Stany Zjednoczone

Bushowi brakuje do zwycięstwa charakteru, a McCainowi - poparcia republikanów

Będą go błagać o wybaczenie

Krzysztof Darewicz

z Waszyngtonu

Cała Ameryka zastanawia się teraz, czy ubiegający się o nominację prezydencką z ramienia Partii Republikańskiej George W. Bush zdołałby pokonać w listopadowych wyborach kandydata demokratów, o sprawowaniu urzędu prezydenckiego już nie wspominając. Z jego ojcem było dokładnie tak samo.

Podczas kampanii prezydenckiej w 1987 roku tygodnik "Newsweek" użył w tytule artykułu o Bushu seniorze słowa "słabeusz". Wściekły Bush zadzwonił do autora tekstu i wrzeszczał: "jesteś skończony!", po czym wygrał wybory, ale na "Newsweeka" gniewał się jeszcze ponad rok. Teraz na wiecach wyborczych rywal Busha, John McCain, opowiada swój ulubiony dowcip. - Do zakładu fryzjerskiego przychodzi kandydat na prezydenta. "Jestem kandydatem na prezydenta" - mówi nie okazującym mu większego zainteresowania fryzjerom, którzy odpowiadają: "Wiemy, wiemy, właśnie przed chwilą śmialiśmy się z tego do rozpuku".

McCain narzuca taktykę

Chciałem zadać Bushowi juniorowi pytanie, kim byłby dziś, gdyby nie nazwisko. Staliśmy pod tanią knajpą "Wiejska szynka u Toma". W ortalionowej sportowej kurteczce, ze swoim ironicznym uśmieszkiem i wąskimi szparkami oczu wyglądał jak cwaniaczek z bazaru, ktoś, na kogo nie zwróciłbyś uwagi na ulicy, chyba że nadepnąłby ci na nogę.

Pytania jednak zadać nie zdążyłem. Pod knajpę podjechała nagle wywrotka z kierowcą przebranym za prosiaka. Z wywrotki poleciała na ulicę kupa nawozu. Policja rzuciła się na "prosiaka", działacza organizacji przeciwnej zabijaniu zwierząt, a dziennikarze otoczyli Busha. - Gubernatorze! - wołali jeden przez drugiego. - Czy jest pan za wegetarianizmem? - Właśnie przed chwilą zjadłem na śniadanie bekon. - Ale czy jest pan przeciw zabijaniu zwierząt? - Jeśli już za czymś jestem, to za naleśnikami.

Zdenerwowani zajściem z "prosiakiem" goryle eskortowali Busha do samochodu. - McCain dużo mówi, ale tak naprawdę nic nie zdziałał - tłumaczyła mi tymczasem Karen Hughes, odpowiedzialna w sztabie Busha za kontakty z prasą. - A Bush ma na swym koncie mnóstwo osiągnięć, on wie, co trzeba robić.

To Karen wymyśliła, w drodze do fryzjera, nowy slogan wyborczy Busha: "reformator z wynikami", bo po jego sromotnej porażce z McCainem w stanie New Hampshire "współczujący konserwatysta" brzmiało jak "słabeusz".

Niektórzy ciągle wierzą, że tylko podyktowana poczynaniami McCaina taktyka zmusza Busha do ciągłego odchodzenia od głównej strategii - zrywania ze skrajnym konserwatyzmem w stylu Newta Gingricha oraz pozyskiwania republikańskiego centrum i niezależnych. - Jeśli Bush wygra walkę z McCainem, to powrót do tej strategii będzie dla niego stosunkowo łatwy. On ma zupełnie inny charakter niż ten, który kreują dotąd media - twierdzi Ed Goeas, zajmujący się przeprowadzaniem sondaży opinii publicznej dla Partii Republikańskiej.

Czy Bush jest wielbłądem

Ale wielu republikanów dochodzi do odmiennego wniosku. Dla nich każde posunięcie Busha to kolejny błąd. Rezygnacja z udziału w debacie telewizyjnej przed prawyborami w New Hampshire. Fatalny wywiad, w którym Bush nie potrafił podać nazwisk kilku zagranicznych przywódców. Brak zdecydowanego stanowiska w sprawie flagi konfederackiej, która powiewa nad kongresem stanu Karolina Południowa i jest źródłem narastającego konfliktu między Murzynami a republikańskimi konserwatystami. Czy wreszcie wystąpienie Busha w Karolinie Południowej na Uniwersytecie Boba Jonesa, gdzie Kościół katolicki nazywa się "sektą", papieża "szatanem", a białym studentom zabrania się kontaktów z czarnoskórymi.

- Bush wpadł w pułapkę własnego niezdecydowania. Pozwolił, by McCain narzucił własną koncepcję reformy i nowej Partii Republikańskiej. W ten sposób Bush sam ograniczył sobie pole manewru i musiał pójść tam, gdzie nie chciał, czyli na prawo - uważa William J. Benett, doradca Busha. Toteż przez ostatnich kilka dni Bush zajmuje się tłumaczeniem, że nie jest wielbłądem. - Nie zgadzam się z poglądami głoszonymi na Uniwersytecie Boba Jonesa. Nie jestem przeciwko katolikom, nie popieram segragacji rasowej.

Tymczasem prawybory w Karolinie Południowej, które Bush wygrał, zostały uznane za "najbrudniejsze" w historii rozgrywek politycznych na amerykańskiej scenie. Radykalni sympatycy Busha wykonali setki tysięcy telefonów oraz rozesłali setki tysięcy kartek pocztowych do wyborców. Wyleli też na McCaina wiadra pomyj - twierdzili, że jest skorumpowany, psychicznie niezrównoważony, a do tego komunista, bezbożnik i dyktator. Nie zapomniano też przypomnieć o przedmałżeńskim romansie McCaina ze striptizerką, a jego obecnej żonie, Cindy, przypisano uzależnienie od leków uspokajających, co jakoby skłoniło ją nawet do kradzieży tych środków ze szpitala.

Gubernator w mundurze

W sztabie McCaina wisi "trumienny" portret Lee Atwatera, jednego z najbardziej kontrowersyjnych strategów politycznych, który doradzał Bushowi seniorowi i Ronaldowi Reaganowi, aby bezlitośnie obrzucali błotem rywali wyborczych. - Na łożu śmierci Atwater prosił ofiary swych bezceremonialnych ataków o przebaczenie. Dlatego powiesiliśmy tu jego portret - tłumaczy Drew, wolontariusz.

Drew wyszedł z wojska i miał zostać policjantem, ale zafascynowała go postać McCaina, więc zgłosił się na ochotnika do jego sztabu. - To jest prawdziwa szkoła polityki. Zobaczysz, jak John wygra, oni też będą go błagać o wybaczenie.

- Bush jest zdesperowany - włącza się do rozmowy Jack, który wziął zwolnienie z pracy i też ochotniczo pomaga w sztabie McCaina. - Te wszystkie chwyty poniżej pasa to jeszcze nic, ale zobacz, jak on się teraz stara upodobnić do Johna.

McCain ma autobus "szczerej rozmowy", którym jeździ z wiecu na wiec i całe godziny rozmawia z dziennikarzami. Bush, który do niedawna latał samolotem, przesiadł się do autobusu nazwanego "ekspresem zwycięstwa" i też zaczął kokietować przedstawicieli mediów. McCain pojawia się na wiecach w otoczeniu weteranów wojny wietnamskiej. Nic trudnego, do Busha też dołączyło grono wiernych mu byłych jeńców wojennych.

Na wszystkich materiałach propagandowych widnieje zdjęcie młodego McCaina w mundurze lotniczym. Jaki problem, przecież Bush też ma, przysługujący mu z urzędu, mundur lotnictwa Gwardii Narodowej stanu Teksas. Do wyborców w Virginii rozesłano już tysiące broszurek ze zdjęciem umundurowanego gubernatora. Karykaturzysta zaraz to podchwycił. Na rysunku Bush mówi do oglądających go w telewizji wyborców: "Byłem więźniem wojennym w teksańskim lotnictwie Gwardii Narodowej".

- Jestem prawdziwym reformatorem - zapewnia McCain. - To ja jestem prawdziwym reformatorem - przekonuje Bush. - Jestem jak Luke Skywalker z "Gwiezdnych wojen"! - woła McCain, wymachując na wiecach zabawką "mieczem świetlnym" rycerzy Jedi. - W tym niebezpiecznym świecie potrzebujemy ostrego miecza - ripostuje Bush.

Muzułmanie wybierają papieża

W przeciwieństwie do otoczonego tłumem doradców Busha McCain nie ma zorganizowanego sztabu politycznego. - On słucha wszystkich i nikogo, przede wszystkim jednak swojej intuicji. Tu wszystko dzieje się ad hoc, strategia kształtuje się w wyniku doraźnych luźnych dyskusji - mówi Mark Salter, który zapewnia, że tylko "formalnie" kieruje ludźmi pracującymi dla McCaina. W jego biurach wyborczych pozornie panuje kompletny rozgardiasz. Fruwają papiery, kłębią się tłumy ochotników - odwrotnie niż u Busha. A jednak wszystko jest zrobione na czas. Zresztą, dopóki ta kampania jest konfrontacją charakterów, a nie zbliżonych do siebie programów, na niewiele zdają się sztaby doradców bezbarwnego Busha w starciu z McCainem - człowiekiem orkiestrą.

- Jaki tam ze mnie bohater. Po prostu przechwyciłem swym samolotem wietnamską rakietę - żartuje na spotkaniach z wyborcami McCain, którego samolot zestrzelili Wietnamczycy, co skończyło się dla niego ponad pięcioma latami w niewoli. - Kiedyś pewnie nakręcą o mnie film. Tylko kto miałby mnie zagrać? Ja wolałbym, żeby Tom Cruise. A moje dzieci, żeby komik Danny de Vitto.

McCain - bohater jak z filmu, ulubieniec mediów, idol młodzieży - obiecuje "zwrócić ludziom władzę" i rozbić "układy" w Waszyngtonie. Zapowiada też reformę systemu finansowania kampanii wyborczych, żeby wielkie korporacje nie mogły za pomocą wielkich pieniędzy uzależniać od siebie polityków. Urzędowi prezydenckiemu chce przywrócić "godność i wiarygodność", a do tego deklaruje, że jest przeciwny całkowitemu zakazowi aborcji. Pasuje to jak ulał demokratom, liberałom i całemu elektoratowi środka. Dlatego we wszystkich dotychczasowych prawyborach, w których ordynacja umożliwiała głosowanie takim wyborcom na republikanina, wygrywał McCain. To trochę tak, jakby muzułmanie wybierali papieża. Ale co dalej?

Korzysta Al Gore

Dopóki nierepublikański elektorat faworyzował McCaina, mało kto zastanawiał się, jaki naprawdę jest ów "autentyczny" kandydat, który przez czternaście lat zasiadania w Senacie zawsze głosował przeciwko aborcji i ograniczeniu dostępu do broni palnej. Który głosował przeciwko stworzeniu funduszu na poprawę opieki zdrowotnej dla dzieci i za zakazem wpuszczania do USA osób zakażonych wirusem HIV. Który głosował przeciw zakazowi dyskryminacji pracowników z powodu ich orientacji seksualnej i przeciw zwiększeniu wydatków na ochronę środowiska. Który raz twierdzi, że flaga konfederatów to "symbol rasizmu", a kiedy indziej, że to "symbol tradycji historycznej". Który nigdy dokładnie nie wyjaśnił, jakie "układy" chciałby rzeczywiście rozbić i który bez oporów przyjmuje dotacje od wielkich korporacji.

Bush, który dotychczas zdobył dwa razy więcej republikańskich głosów niż McCain, twierdzi, że jego rywal "igra z katastrofą polityczną". Bo prawybory w kolejnych stanach przeważnie będą już ograniczone do elektoratu republikańskiego. A poza tym, przekonują zwolennicy Busha, demokraci i wyborcy niezależni z pewnością odwrócą się od republikańskiego kandydata podczas listopadowych wyborów prezydenckich i będą głosowali na bliższego im polityka demokratycznego.

Kto więc dostanie nominację prezydencką Partii Republikańskiej? Czy republikanie postawią na efektownego, ale nieprzewidywalnego McCaina, czy też wybiorą bezbarwnego, ale próbującego niczym zaskoczyć Busha? Każdy kto mówi, że zna odpowiedź na te pytania, po prostu kłamie. A im dłużej nie ma na nie odpowiedzi, tym szerszy uśmiech kwitnie na twarzy Ala Gore'a. Bo czyż nie uczy stare przysłowie, że gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta.


