Reportaż

"Platinum Ray" zwodowany

Z modlitwą rabina, z błogosławieństwem księdza

Niezwykłość ceremonii wtorkowego chrztu w Stoczni Gdynia SA polegała na tym, że pierwszy raz w historii polskiego okrętownictwa za statek i załogę modlił się rabin i ksiądz katolicki. Na zdjęciu rabin David Lau.

Fot. Piotr Kowalczyk

Piotr Adamowicz

Samochodowiec "Platinum Ray" przewozi sześć tysięcy pojazdów. Bywają jednak większe. Niezwykłość ceremonii wtorkowego chrztu w Stoczni Gdynia SA polegała na tym, że pierwszy raz w historii polskiego okrętownictwa za statek i załogę modlił się rabin i ksiądz katolicki.

W Gdyni statek zamówił armator izraelski. Stąd obecność rabina Davida Laua, syna naczelnego rabina Izraela. - Aby Bóg chronił statek przed niebezpieczeństwami na morzu - modlił się po hebrajsku rabin. Kiedy ksiądz Krzysztof Niedałtowski rozpoczął "Ojcze nasz", Żydzi zdjęli czarne kapelusze z głów. Mimo że modlił się po polsku, wielu gości z Izraela rozumiało jego słowa. - Moja rodzina wywodzi się z Radomia, mojej żony z Warszawy, babcia ukończyła gimnazjum w Wolnym Mieście Gdańsku, rodzina rabina jest z Piotrkowa, rodzina... - wyjaśniał, nie kryjąc wzruszenia, Rami Ungar, armator, przywołując również tragiczną przeszłość swojego narodu. - Morza i oceany nie mają swego króla, mają Boga - powiedział. - Niech to symboliczne wydarzenie będzie znakiem pokoju między Polakami i Żydami, między wszystkimi wyznawcami jednego Boga - odpowiedział na to ksiądz, kropiąc święconą wodą burtę statku.

Nim zabrzmiały hymny izraelski i polski, aktor Chaim Topol, znany z najsłynniejszej wersji "Skrzypka na dachu", odśpiewał żydowską pieśń.

- Skoro chrześcijańskie ręce zbudowały ten statek, to niech będzie i chrześcijański obrządek - wyjaśnił potem zaproszenie księdza na uroczystość jeden z członków izraelskiej delegacji.

Różna tradycja

Chrzestna tradycyjnie rozbiła o burtę butelkę szampana. - Hindusi schodzili do doku, rozbijali kokos i wylewali mleczko na stępkę, odmawiali modlitwy w strojach rytualnych. Podobnie Indonezyjczycy. Chińczycy mają inny obyczaj. Polewają statek mlekiem. Ale jak odbierali statek w Gdyni, przyjęli zwyczaj europejski. Natomiast Pakistańczycy wcierali krew z jagnięcia - objaśnia tradycje chrztów Ludwik Zawiślak, zastępca dyrektora ds. obsługi handlu kontraktowego Stoczni Gdynia SA, który zajmował się sprzedażą ponad czterystu statków.

Świecka ceremonia zazwyczaj łączy się z religijną. W Polsce Ludowej krajowi armatorzy nadawali statkom imiona bez udziału duchownego, jednak ceremonię tę nadal nazywali chrzcinami. Ale za pierwszej "Solidarności" na uroczystość wodowania budowanego pod patronatem Socjalistycznego Związku Młodzieży Polskiej "Daru Młodzieży" związkowcy sprowadzili do Stoczni Gdańskiej księdza Henryka Jankowskiego. Na trybunie honorowej stała w tym czasie pokaźna ekipa aparatczyków. 

Inaczej było z armatorami zachodnimi. Nawet w komunizmie obowiązywała reguła "klient nasz pan". - Kiedy budowaliśmy w tamtych czasach statki dla armatorów z Ameryki Południowej, ksiądz zawsze przy wodowaniu był. Bo tamci armatorzy zdecydowanie sobie tego życzyli - wspomina inżynier Henryk Jankowski, stoczniowiec z czterdziestoośmioletnim stażem, dziś jeden z dyrektorów Stoczni Gdańskiej SA. Francuzi też żądali chrztu z księdzem. Szwedzi przywozili własnego pastora lub zapraszali sopockiego.

Chrzestna nie jest osobą przypadkową

Różne są powody, dla których wybiera się kogoś na matkę chrzestną. Decydującą rolę odgrywa chęć uhonorowania danej osoby. Skandynawowie zazwyczaj na chrzestną wybierają kobietę, która zrobiła coś ważnego dla firmy armatorskiej. Rosjanie z ZSRR przywozili na oddanie statku matkę chrzestną (oni również zachowali słownictwo, choć dla nich "matka chrzestna" była tylko "matką nadającą imię") zasłużoną na przykład dla Ministerstwa Floty. Jedną z radzieckich matek chrzestnych była kosmonautka Walentyna Tierieszkowa.

Za czasów PRL chrzestnymi bywały żony działaczy partyjno-państwowych, na przykład Józefa Cyrankiewicza, Edwarda Gierka czy Piotra Jaroszewicza.

Teraz żony współczesnych polityków również chrzczą statki, zrobiły to Jolanta Kwaśniewska, żona prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, oraz Ludgarda Buzek, żona premiera Jerzego Buzka.

Chrzestnymi bywają także kobiety z rodzin królewskich.

Matka chrzestna ma wiele przywilejów. Może na przykład odbyć dziewiczy rejs chrzczonym statkiem, ma także prawo do wejścia na jego pokład "o każdej porze". Często portrety chrzestnych wiszą w oficerskich mesach.

Rozbije się czy nie

Podczas ceremonii chrztu wszyscy z niepokojem czekają, czy butelka z szampanem rozbije się o burtę od pierwszego uderzenia. Dawniej, jeśli się to nie udało, statek uważano za mniej szczęśliwy i marynarze niechętnie się na niego mustrowali. Dziś większość załóg nie zważa na to, niektórzy jednak nadal przywiązują do tego wagę. Więc matki chrzestne są najczęściej mocno zdenerwowane. Wiedzą, czego wszyscy oczekują.

- To jest sztuka, żeby odpowiednio przygotować sznurek z butelką. Trzeba obliczyć jego długość. Butelki nie można rzucać. Należy ją pchnąć - wyjaśnia Jankowski. W podziękowaniu matka chrzestna zawsze dostaje jakiś prezent od stoczni i szyjkę od rozbitej butelki szampana.

Teresa Drobińska do dziś świetnie wszystko pamięta. - Był 3 stycznia 1976 roku. Potwornie zimno, nadawałam imię, czyli - po mojemu - chrzciłam stutysięcznik dla armatora radzieckiego, "Marszałka Koniewa". Wtedy, w latach siedemdziesiątych, pracowała w stoczni eksperymentalna brygada malarska, składająca się z 35 kobiet, a ja byłam pierwszą kobietą mistrzem malarskim w przemyśle okrętowym. Z tej racji mnie poproszono na matkę chrzestną. Całą noc nie spałam. Żeby się nie pomylić, powtarzałam formułę chrztu: "Płyń po morzach i ocenach, sław imię radzieckiego marynarza i polskiego stoczniowca". I ciągle się myliłam. Zamiast radzieckiego marynarza wychodził radziecki żołnierz. Może dlatego, że w tamtym czasie było tyle filmów radzieckich o wojnie? A może dlatego, że statek nosił imię marszałka Koniewa?

Radziecki armator nie respektował przywileju odbycia dziewiczego rejsu, więc nie popłynęła. Za to spędziła cały miesiąc nad Morzem Czarnym. Zaprzyjaźniła się z kapitanem chrzczonego statku i jego rodziną. Utrzymywała z nimi kontakt. Od trzech lat nie ma już jednak wiadomości o "swoim" statku. Pewnie dlatego, że jego kapitan przeszedł na emeryturę.

"Bierut" nie chciał spłynąć

Najczęściej nadawanie imienia statkowi połączone jest z wodowaniem. Jeśli jednak matka chrzestna nie może być na wodowaniu lub armator nie chce pokazać gościom niewykończonego statku, ceremonia chrzcin odbywa się później.

W nowych stoczniach, takich jak gdyńska, nie ma klasycznych pochylni do wodowania. Są suche doki. Wpuszcza się do nich wodę i statek opuszcza dok. Nie ma poważniejszego ryzyka.

Tradycyjnie statek schodzi z pochylni. Jeśli rufą - jest to wodowanie wzdłużne. Posadowiony na specjalnych płozach statek spływa wtedy do wody majestatycznie, jakby jechał na saniach. Bardziej widowiskowe jest wodowanie boczne: uderzający burtą w taflę wody statek wywołuje wysokie fale.

- Każde wodowanie jest skomplikowane i obciążone dużym ryzykiem technicznym. Jak zwolnimy statek ze stoperów, praktycznie nie jesteśmy już w stanie go kontrolować. Po komendzie "Woduj!" nie ma siły ludzkiej, żeby go zatrzymać. Ten proces musi się zakończyć. Pomyślnie lub wypadkiem - mówi inżynier Jankowski.

W Gdańsku pamiętają dwa takie wypadki. W 1987 roku podczas wodowania bocznego zatonął żaglowiec zbudowany dla ZSRR.

W latach pięćdziesiątych przez kilkanaście godzin nie chciał wodować "Bolesław Bierut". W związku z tym podejrzewano sabotaż gospodarczo-polityczny, chociaż przyczyna była prozaiczna: gwałtownie spadła temperatura, powodując zakrzepnięcie smarów umożliwiających wodowanie.

- W tych czasach nie było żartów. Jak coś się nie powiodło, a nadającej imię statkowi matce chrzestnej nie chciała rozbić się butelka z szampanem, chodził za tym Urząd Bezpieczeństwa - wspomina Ludwik Zawiślak ze Stoczni Gdynia SA.


