ROSJA

Faworyt jest jeden - Putin. Nawet nie stara się przedstawić programu wyborczego. Doskonale za to wchodzi w rolę bohatera, będącego nadzieją wszystkich Rosjan.

Wybory bez wyboru

SŁAWOMIR POPOWSKI

z Moskwy

Czy Władimir Putin wygra już w pierwszej turze wyborów prezydenckich, czy dopiero w drugiej? Od tego - twierdzą niektórzy komentatorzy - zależy, jaka będzie przyszła Rosja. Według sondaży byłego funkcjonariusza KGB popiera ponad połowa Rosjan.

Na dwa tygodnie przed wyborami kampania dopiero zaczyna się rozkręcać. Nie ma jednak tej gorączki co podczas kampanii prezydenckiej z 1996 r. ani nawet podczas ostatnich, grudniowych wyborów do Dumy Państwowej, przed którymi politycy najważniejszych ugrupowań wzajemnie obrzucali się błotem i prowadzili brudną wojnę "na teczki". Teraz może jeszcze były prokurator generalny Jurij Skuratow postara się o podniesienie temperatury kampanii wyborczej. Dziennikarze po cichu na to liczą. W końcu jedyną jego szansą na zdobycie choćby minimalnej liczby głosów jest ujawnienie kilku co bardziej soczystych skandali... Ale i tak nikt nie ma wątpliwości, że wygra Putin. 

Kto startuje?

Ciekawe, że do niedawna otwarta była nawet kwestia, ilu ostatecznie kandydatów dopuszczonych zostanie do udziału w kremlowskim wyścigu. Wprawdzie Centralna Komisja Wyborcza oficjalnie zarejestrowała 11 pretendentów, ale pojawiło się podejrzenie, że listy wyborcze trzech z nich zostały sfałszowane. Zbieraniem podpisów dla nich zajmowała się jedna z firm prywatnych, która załatwiła sprawę prosto: zatrudniła studentów z jednej z moskiewskich szkół wyższych i - płacąc po 80 kopiejek od sztuki - sprokurowała około miliona podpisów. 

Przede wszystkim nie wiadomo było jednak, jak skończy się sprawa Władimira Żyrinowskiego. Komisja początkowo odrzuciła jego zgłoszenie, uznając, że do swojego zeznania majątkowego nie wpisał mieszkania syna, które zgodnie z obowiązującą ordynacją wyborczą powinien był ujawnić. Chodziło o nieduży lokal w Moskwie - pięćdziesiąt kilka metrów kwadratowych. I nie miało znaczenia, że w porównaniu z innymi pozycjami majątku ujawnionymi przez Żyrinowskiego to było nic. Komisja - przy jednym głosie sprzeciwu - opowiedziała się przeciwko umieszczeniu na liście wyborczej lidera Liberalno-Demokratycznej Partii Rosji (LDPR). Ten odwołał się do Sądu Najwyższego i w pierwszej instancji sprawę przegrał, ale 6 marca, na 20 dni przed wyborami, Kolegium Kasacyjne SN uchyliło ten wyrok i kazało wpisać Żyrinowskiego na listę. - To najwspanialszy dzień w moim życiu - cieszył się lider LDPR, zdając sobie sprawę, że nieobecność w wyborach prezydenckich oznaczałaby w istocie porażkę jego partii, od samego początku opartej na kulcie "wodza". 

Sądowe zwycięstwo Żyrinowskiego będzie kosztowało rosyjskiego podatnika 20 milionów rubli, bo tyle już wydano na druk kart wyborczych bez jego nazwiska. Sprawa nie jest jeszcze zakończona. Centralna Komisja Wyborcza, której przewodniczący Aleksander Wieszniakow szczerze nie cierpi Władimira Wolfowicza, odwołała się do wyższej instancji - Prezydium Sądu Najwyższego - i jeżeli wyrok zostanie ponownie zmieniony, wówczas Komisji przyjdzie wykreślać nazwisko Żyrinowskiego.

Ostatecznie więc, jeśli znów nie dojdzie do jakiejś zmiany, w wyborach wystartuje 12 kandydatów: p.o. prezydenta Władimir Putin, lider Komunistycznej Partii Federacji Rosyjskiej Giennadij Ziuganow, szef "Jabłoka" Grigorij Jawliński, Władimir Żyrinowski oraz grupa kandydatów mających niewielkie szanse na zebranie znaczącej liczby głosów. Są to: bliżej nieznany czeczeński biznesmen Umar Dżabraiłow, pierwsza kobieta ubiegająca się o ten urząd, była minister w rządzie Jegora Gajdara, Ełła Panfiłowa, Aleksiej Podbierozkin, w przeszłości związany z komunistami, dziś lider ruchu "Duchowe Dziedzictwo", a także znany reżyser Stanisław Goworuchin, dwóch gubernatorów - "lewicowy" Aman Tulejew i "prawicowy" Konstantin Titow, oraz były kremlowski urzędnik Jewgienij Sawastianow. Dla nich udział w wyborach oznacza albo możliwość darmowej promocji w mediach (Dżabraiłow), albo pozwala przypomnieć publiczności o swojej obecności na scenie politycznej (Panfiłowa, Skuratow, Podbierozkin, Sawastianow i w jakimś stopniu Goworuchin). Wreszcie, jak w przypadku Tulejewa, konkurującego na lewym skrzydle z Ziuganowem, oraz Titowa, któremu nie udało się uzyskać zgodnego poparcia całej rosyjskiej prawicy - udział w wyborach umożliwia przyszłe sojusze polityczne. Jeśli oczywiście dojdzie do drugiej tury i wówczas można będzie wezwać swoje elektoraty do poparcia tego czy innego pretendenta.

Liczy się tylko Putin

W rzeczywistości jest tylko jeden faworyt - Władimir Władimirowicz Putin, a główne pytanie, które nurtuje moskiewskich polityków oraz wszystkie sztaby wyborcze, brzmi: czy wygra już w pierwszej rundzie, czy dopiero w drugiej? Od tego - twierdzą niektórzy komentatorzy - zależy, jaka będzie przyszła Rosja.

Rosyjskie instytuty zajmujące się badaniem opinii publicznej podają różne wskaźniki poparcia dla Putina, ale wszystkie są powyżej 50 proc., co zapewnia mu zwycięstwo już 26 marca. Według przeprowadzonego na przełomie lutego i marca przez jeden z instytutów socjologicznych najbardziej optymistycznego sondażu, gdyby wówczas odbywały się wybory, Putin dostałby 60 proc. głosów, Ziuganow - 23, Jawliński 7,8, a każdy z pozostałych poniżej 2 proc. Badania te prowadzono, kiedy z wyścigu prezydenckiego wyłączony był Władimir Żyrinowski, ale i jego obecność w niczym nie zmieniłaby sytuacji. Co najwyżej wpłynęłaby na zmianę "brązowego medalisty".

Trzeba przyznać, że sztab wyborczy Putina, którego głównym zadaniem jest doprowadzić swojego szefa do zwycięstwa już w pierwszej turze, bardzo umiejętnie prowadzi kampanię. Putin publicznie zrezygnował z debat i reklam telewizyjnych, stwierdzając przed kamerami, że byłoby czymś niewłaściwym, gdyby jako szanujący się urzędnik państwowy miał występować w przerwach między reklamą podpasek i snickersów.

Postępując w ten sposób, Putin nie wykracza poza ramy wizerunku, który już udało się nakreślić w świadomości Rosjan. 25 proc. badanych widzi w nim przede wszystkim energicznego, zdecydowanego polityka, który walczy o interesy państwa, 16 proc. wierzy w to, że będzie dobrym gospodarzem, 13 proc. popiera go za patriotyzm, a 11 proc. zwraca uwagę na to, że jest inteligentem. Jedynie 7 proc. uważa, że może on być przyszłym dyktatorem.

Program dla wszystkich

Putin występuje w roli bohatera, będącego nadzieją wszystkich Rosjan. Być może między innymi dlatego dotąd nie ogłoszono jego szczegółowego programu wyborczego i ograniczono się do opublikowania "Listu otwartego do wyborców", który jest tylko namiastką politycznego planu Putina. W liście tym - pełnym bardzo ogólnikowych stwierdzeń, w rodzaju "Rosja - bogaty kraj biednych ludzi" - p.o. prezydenta deklarował się jako zwolennik silnego państwa, gwarantującego jednakowe reguły gry dla wszystkich uczestników życia politycznego i gospodarczego; umiejętnie dystansował się od znienawidzonych przez Rosjan oligarchów; podkreślał swoje przywiązanie do reguł demokracji; umiejętnie pominął problemy gospodarcze, stwierdzając, że tylko silne państwo może zagwarantować dalsze reformy, i tylko jednym zdaniem wspomniał o operacji w Czeczenii. 

To ostatnie nie było przypadkiem. Wojna w Czeczenii pozwoliła wypromować Putina jako murowanego kandydata na prezydenta, ale mało kto już w Rosji wierzy w jej szybkie zakończenie. W tej sytuacji p.o. prezydenta zaczął stopniowo dystansować się od odpowiedzialności za tę operację i przerzucać ją na wojskowych. Za to sam mógł się zająć sprawami bieżącymi - socjalnymi i gospodarczymi: obiecał podwyżkę emerytur, indeksację wynagrodzeń, podwyżkę płac dla sfery budżetowej oraz ożywienie stacji kosmicznej "Mir". Jak pisał poważny tygodnik "Itogi", to wystarczało, aby przeciętny rosyjski wyborca, i tak już oczarowany Putinem, uznał go za ojca narodu. 

I o to właśnie chodzi. Putin musi wygrać w pierwszej turze, bo tylko takie zwycięstwo daje mu silną legitymację, porównywalną z tą, z jakiej korzystał na początku lat 90. Borys Jelcyn. Jaka będzie potem jego polityka, okaże się po wyborach. 

Walka na zapleczu

W rezultacie najostrzejsza walka wyborcza toczy się obecnie między pozostałymi pretendentami do kremlowskiego tronu. Szczytem marzeń komunisty Giennadija Ziuganowa jest doprowadzić do drugiej tury, ale jego atuty nie są mocne. Może liczyć na swój stały, mniej więcej 20-procentowy elektorat, lecz to nie wystarcza do sukcesu. Poza tym część lewicowych wyborców została "kupiona" hasłami Putina i Ziuganowowi nie pozostaje nic innego, niż dowodzić bez końca, że faworyzowany przez wszystkich kandydat symbolizuje ciąg dalszy rządów tej samej "kremlowskiej rodziny", która - jak twierdzi - doprowadziła kraj do ruiny. Aby przekonać bardziej centrowo nastawionych wyborców, Ziuganow stonował radykalnie komunistyczne hasła i jeśli pokazuje się w swoim gabinecie, to obowiązkowo z portretem Puszkina w tle, a nie wiszącego tam wcześniej Lenina. 

Bój toczy się również o trzecie miejsce. Do czasu rejestracji Żyrinowskiego największe szanse na jego zajęcie miał Grigorij Jawliński, który już po raz trzeci z tym samym programem ubiega się o prezydenturę. Teraz jednak jest duże prawdopodobieństwo, że przegra z Żyrinowskim, który wprawdzie znacznie później włączył się do walki przedwyborczej, ale za to jego widowiskowe spory z Centralną Komisją Wyborczą zapewniły mu pewną sympatię wśród wyborców, nie mówiąc już o dodatkowej, bezpłatnej reklamie w mediach. 

Pojawiły się nawet opinie, że cała historia z Żyrinowskim została wyreżyserowana przez kremlowskich analityków. Według tej koncepcji rozumowanie Kremla było następujące: skoro mimo wszystko może dojść do drugiej tury, to już teraz trzeba myśleć, co będzie potem. A co będzie? Wiadomo. W takim przypadku powtórzy się sytuacja z wyborów w 1996 r., kiedy Borys Jelcyn musiał - za odpowiednio wysoką cenę - skorzystać z pomocy właśnie tego "trzeciego", gen. Aleksandra Lebiedzia. I jeżeli teraz wszystko miałoby się powtórzyć, to lepiej zawczasu wybrać potencjalnego koalicjanta. Czy miałby nim być zawsze opozycyjny wobec Kremla Jawliński, czy też skandalizujący, ale zwykle lojalny Żyrinowski?

Grupa "Niet"

Właśnie przeciwko takiemu traktowaniu polityki i demokratycznych procedur występuje utworzona podczas poprzednich wyborów prezydenckich grupa "Niet", która postanowiła wznowić swoją działalność. W "Deklaracji 2000", opublikowanej na łamach tygodnika "Obszczaja Gazieta" i podpisanej m.in. przez Władimira Bukowskiego, jej autorzy wzywają do głosowania przeciwko wszystkim kandydatom. 

Ich zdaniem obecna kampania wyborcza jest parodią demokracji. Jeśli dla potrzeb poprzednich wyborów zdecydowano się przerwać wojnę w Czeczenii, to teraz odwrotnie, rozpoczęto nową. I jeśli prowokowanie zamachów bombowych i sukcesy wojenne mają pomóc w zwycięstwie wyborczym, to oznacza to, że Rosja zawsze będzie prowadziła wojnę i żyła w warunkach strachu, prowokacji oraz kolejnych "pożarów Reichstagu" - stwierdzono w "Deklaracji". "Przyjmując narzucone reguły gry w Çwybory bez wyborówČ wyborcy biorą na siebie odpowiedzialność za wszystko, co będzie wyczyniać wybrana z zamkniętymi oczami władza. Władza zaś nigdy nie nauczy się szanować swoich wyborców i trzeba ją do tego zmusić".

Program grupy "Niet", szlachetny w swych intencjach, nie ma żadnych szans. Może liczyć na poparcie około 2 proc. wyborców, którzy gotowi są głosować przeciwko wszystkim. To niewielu, ale i tak więcej, niż mogą zebrać Skuratow, Goworuchin czy nawet Panfiłowa i Titow. Nie mówiąc już o Dżabraiłowie.


