WŁADZA

Zapowiedź zmian w Kancelarii Premiera - Poza nią najbliżsi współpracownicy 

Eksperyment się nie powiódł

FOT. JAKUB OSTAŁOWSKI

MAłGORZATA SUBOTIĆ

Szykuje się kolejna burza personalna w Kancelarii Premiera Jerzego Buzka. Wojciech Arkuszewski, jeden z czterech najwyższych rangą urzędników, złożył dymisję. 

Zrezygnować ma również zamiar, według nieoficjalnym informacji, Kazimierz Marcinkiewicz, szef gabinetu politycznego premiera. 

Niemal dokładnie rok temu Jerzy Buzek przeprowadził reorganizację swojej Kancelarii, w tym radykalne zmiany personalne. Kancelaria miała się stać rzeczywistym zapleczem merytorycznym szefa rządu. Chyba nikt nie ma dzisiaj złudzeń - eksperyment się nie powiódł.

Formalnie powodem dymisji Arkuszewskiego, sekretarza stanu odpowiedzialnego za sprawy parlamentarne, jest objęcie przez niego stanowiska sekretarza generalnego Stronnictwa Konserwatywno-Ludowego. Ale tajemnicą poliszynela jest, że wysocy rangą urzędnicy Kancelarii składali już wcześniej rezygnacje. Do tej pory wszystko wracało na stare tory. Tym razem prawdopodobnie tak się nie stanie, bo także najbliżsi współpracownicy premiera oceniają, że "Kancelaria jest podzielona parytetami politycznymi, a powinni w niej być bliscy współpracownicy szefa rządu".

I efekt jest taki, że ośrodek decyzyjny znalazł się poza strukturami formalnymi. Decyzje będące w gestii premiera nie zapadają w Kancelarii, choć z założenia ma to być jego zaplecze. Tylko że Jerzy Buzek Kancelarii nie traktuje jako swojego zaplecza. Tego, że premier zamierza odwołać ministra łączności, Macieja Srebro, żaden z prominentnych urzędników Kancelarii nie wiedział. Nie mówiąc już o tym, że Jerzy Buzek tej decyzji z pracownikami swojego zaplecza nie konsultował. Przypadek ministra łączności nie jest wyjątkowy, ponieważ Kancelaria nie zajmuje się sprawami personalnymi. Decyzje o nominacjach, na przykład na wojewodów i wicewojewodów, zapadają bez wiedzy ministrów z Kancelarii. (Po wejściu w życie ustawy o działach administracji rządowej premier przejął kompetencje związane z wojewodami od MSWiA.)

Nie tylko  Marian Krzaklewski

Opinie o tym, że "Marian Krzaklewski kieruje rządem z tylnego siedzenia", są już w polskim życiu politycznym banałem. Ważniejsze decyzje Jerzy Buzek rzeczywiście konsultuje z przewodniczącym największego klubu koalicji. Ale na co dzień ma swoich zaufanych współpracowników, których się radzi i którzy mają wpływ na jego decyzje. Nie są oni jednak członkami formalnego zaplecza.

Według opinii z wielu źródeł najbliższym doradcą premiera jest Teresa Kamińska, szefowa Urzędu Nadzoru Ubezpieczeń Zdrowotnych. Formalnie nie jest ani członkiem rządu, ani nawet politykiem. Oprócz Teresy Kamińskiej grono najbliższych doradców tworzą ministrowie: Longin Komołowski - minister pracy i wicepremier, Janusz Pałubicki - minister koordynator służb specjalnych, Janusz Steinhoff - minister gospodarki.

- Jest to grono, z którym premiera łączą związki nie tyle polityczne, ile towarzyskie - ujawnia pragnący zachować anonimowość polityk. Ale dodaje, że mimo wszystko są to najbliżsi współpracownicy szefa rządu, osoby, które mają na niego największy wpływ, ponieważ: "Jerzy Buzek nie jest politykiem, nie był nim i przez dwa i pół roku premierowania nim się nie stał; jest nieufny wobec polityki, nie chce się dać w nią wmanewrować, a każdy, o kim sądzi, że próbuje to robić, traci jego zaufanie".

Dlaczego akurat te osoby, a nie ktoś inny? Jednej odpowiedzi na to pytanie nie ma. Ale najbardziej ogólna - jak przekonuje znawca kulis polityki - brzmi: to wszystko "chemia". - To znaczy, że albo między ludźmi jest wzajemne zaufanie i wiara, że warto razem pracować, albo tego nie ma. Działa chemia albo nie. Dotyczy to także relacji między szefem a podwładnym.

Najbliższe otoczenie premiera spotyka się nie tylko w gmachu Kancelarii Premiera, ale także w mieszkaniach służbowych. W budynku przy Alejach Ujazdowskich często bywa Teresa Kamińska. Urzędnicy widują o różnych porach dnia jej kierowcę (był on kierowcą także w okresie, gdy Kamińska była ministrem koordynatorem ds. reform społecznych) przechadzającego się po korytarzach Kancelarii.

Teresa Kamińska sama zrezygnowała z ministerialnego stanowiska, gdy rok temu Jerzy Buzek zaczął przeprowadzać reorganizację swojej Kancelarii. Premier proponował, by została jej szefem. Szefowa UNUZ (już wtedy pełniła tę funkcję), odmówiła.

Michał Wojtczak, poseł AWS, od lat współpracujący z Kamińską: "Niezwykle zaangażowana w to, co robi, typ pasjonatki, ale w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Angażuje się emocjonalnie. Ma szczerość mówienia krytycznych rzeczy o osobach, z którymi współpracuje. Jest bardzo kobieca, roztacza wokół siebie aurę, która sprawia, że choć naraża się innym, jest lubiana. Formalnie politykiem nie jest. Bardzo męska w sposobie analitycznego myślenia, potrafi powiązać różne zjawiska lepiej niż wielu innych, choć już z wnioskami nie zawsze trzeba się zgadzać. Jej pozycja została zbudowana w tym czasie, gdy pełniła funkcję ministra koordynatora ds. reform społecznych, gdy znalazła się w bezpośredniej orbicie szefa rządu. Byłaby bardziej naturalnym kandydatem na szefa Kancelarii Premiera niż wielu innych. Dlaczego nie została, nie wiem. O ile wiem, to wciąż jej pozycja jako doradcy premiera jest bardzo wysoka".

Wicepremier Komołowski, jak twierdzą osoby go znające, jest pod niektórymi względami psychicznie bardzo podobny do premiera. To niestrudzony negocjator ze wszystkimi, "gotów negocjować dopóty, dopóki pozostaje jeszcze ktoś żywy."

Janusz Pałubicki jest bliskim współpracownikiem premiera nie tylko w sprawach bezpieczeństwa i lustracji. Początek bliskości nastąpił zapewne wtedy, gdy posłowie KPN-OP kwestionowali prawdziwość oświadczenia lustracyjnego premiera. Pałubicki zdecydowanie powiedział wtedy przed telewizyjnymi kamerami, że u premiera ubeka nigdy by nie pracował. Była to jedna z pierwszych publicznych reakcji na oskarżenia ze strony posłów KPN-OP.

Z kolei Janusz Steinhoff to kolega premiera z Gliwic. Pracowali na tej samej uczelni - Politechnice Śląskiej, startowali do Sejmu z tego samego okręgu wyborczego.

Miara pozycji

Miarą pozycji ludzi z otoczenia szefa rządu jest ich wpływ na decyzje. Trudno go jednak ocenić.

Dlatego też urzędniczo-polityczne wygi stosują inne miary. Najważniejszą z nich jest dostęp do premiera. To, czy dla danej osoby drzwi do gabinetu są zawsze otwarte i jak często ma ona bezpośredni kontakt z szefem rządu.

"Cesarz" Ryszarda Kapuścińskiego: "Stopnie władzy układały się w pałacu nie według hierarchii stanowisk, lecz według ilości dojść do przezacnego pana. Takie było nasze wewnątrzpałacowe ułożenie. Mówiło się: ważniejszy jest ten, kto ma częściej ucho cesarskie. Częściej i dłużej... Takiemu, o którym wiedziało się, że dysponuje dużą ilością wejść bezpośrednich, wszyscy w pas się kłaniali, choćby nie był ministrem. A taki, któremu ilość dojść spadała, wiedział już, że dobrotliwy pan przesuwa go po linii pochyłej."

Zachowując wszelkie proporcje, można powiedzieć, że bez względu na szerokość geograficzną i epokę mechanizmy władzy są więc dość podobne. Czwórka osób z najbliższego otoczenia premiera nie ma żadnego problemu z "ilością wejść".

Nie można jednak tego powiedzieć o pracownikach Kancelarii, także tych wyższych rangą.

Po reorganizacji Kancelarii, której dokonano rok temu, jest w niej czterech sekretarzy stanu, przedstawicieli tzw. R-ki. (Jan Kułakowski i Maria Smereczyńska, także w randze sekretarzy stanu, tylko formalnie są podłączeni pod Kancelarię. Zajmują się własnymi działkami. Pierwsza z tych osób odpowiada za nasze negocjacje z Unią Europejską, druga - jest pełnomocnikiem rządu ds. rodziny.)

Parytety w Kancelarii

Jerzy Widzyk (RS ASW) jest szefem Kancelarii. Podlega mu ponad 30 z 39 departamentów w tym urzędzie. Mimo że premier sam go wybrał po odwołaniu poprzedniego szefa kancelarii Wiesława Walendziaka, jego pozycja jest słaba. Prawdopodobnie "chemii" między obu panami brakuje. Mirosław Koźlakiewicz (RS AWS) jest zastępcą szefa Kancelarii. Zajmuje się współpracą z wojewodami. Ale jak mówią złośliwi, ogranicza się to do organizowania dla nich obiadów i kolacji. Wojciech Arkuszewski (SKL) odpowiadał za Departament Współpracy z Parlamentem. Przez pierwsze miesiące był dość bliskim współpracownikiem premiera, obaj znali się dobrze z działalności związkowej. (Jedyny, który pozostał z "R-ki" po reorganizacji Kancelarii, ale jego kompetencje zostały znacznie ograniczone, także formalnie.)

Kazimierz Marcinkiewicz (ZChN) jest od roku szefem gabinetu politycznego premiera. Początek współpracy z premierem rokował duże nadzieje. Nie wiadomo jednak, czego zabrakło. Mówi się o nim, że jest bardzo pracowity. Przeciwnicy zarzucają mu, że jest skupiony na promocji własnej partii.

Wyjątkiem wśród pracowników Kancelarii, jeśli chodzi o "liczbę dostępów" do premiera, jest Krzysztof Kwiatkowski, wicedyrektor sekretariatu prezesa Rady Ministrów, a wcześniej doradca premiera. Kwiatkowski zajmuje się organizowaniem politycznych kontaktów premiera, przede wszystkim z Ruchem Społecznym AWS oraz patronatami szefa rządu. Pozostali wicedyrektorzy to: Krzysztof Gołaszewski, który zajmuje się sprawami typowo kancelaryjnymi, pismami, które wpływają do premiera, zapytaniami, prośbami, korespondencją z ministerstw, oraz Joanna Gepfert, która odpowiada za krajowe wyjazdy premiera Buzka.

Od niedawna nowym dyrektorem sekretariatu premiera - po Gabrielu Beszłeju, który został ambasadorem w Meksyku - jest Tomasz Troniewski. Ostatnio pracował w PricewaterhouseCoopers, renomowanej firmie audytorskiej. Z premierem zna się z Gliwic.

Za wyjazdy zagraniczne szefa rządu odpowiadają Jerzy Marek Nowakowski, doradca główny ds. międzynarodowych, oraz Robert Kostro, dyrektor Departamentu Spraw Zagranicznych (ma odejść do MSZ).

Asystenci, zdaniem krytyków, pełnią niewspółmiernie dużą rolą jak na swoje funkcje. Są to młodzi ludzie: Piotr Tutak, Rafał Halabura. Umawiają premiera na niepubliczne spotkania, prowadzą kalendarz spotkań nieformalnych. Kalendarzem spotkań publicznych zajmuje się natomiast Kazimierz Marcinkiewicz. W tych sprawach nie ma problemu z kontaktami z premierem.

Dobrze przyjąć gości

Odprawy szefostwa Kancelarii odbywają się raz w tygodniu, w poniedziałek. Przez kilka pierwszych miesięcy (za czasów Walendziaka) takie spotkania odbywały się codziennie rano, ale premier szybko ich zaniechał. Żadne decyzje na tych spotkaniach nie zapadały. Jerzy Buzek zrezygnował z nich na rzecz konsultacji telefonicznych i kontaktów za pośrednictwem notatek i dokumentów. Jak mówią ci, którzy z premierem współpracowali bądź współpracują, jest on nieufny wobec współpracowników ("po jakimś czasie przestaje ufać ludziom, z którymi współpracuje"). Tą cechą premiera można wyjaśnić zadziwiające kariery niektórych osób i ich koniec: Magdaleny Boruc, Krzysztofa Augustina (specjaliści od p.r.), a także Krzysztofa Lufta, który, choć jest rzecznikiem rządu, ze swoim szefem ma słaby kontakt.

Premier dość szybko przerzuca sympatię z jednych osób na inne, zraża się do ludzi, bo nie spełniają jego oczekiwań. Ale podwładni nie wiedzą, jakie są te oczekiwania. Jerzy Buzek nie formułuje ich wprost. Mówi: "goście mają być dobrze przyjęci" - i to wszystko. A co to dla premiera znaczy, nie wiadomo. Przynajmniej nie wiedzą tego jego współpracownicy.


