Po 100 dniach od przejęcia władzy przez Putina Rosja wciąż czeka na jego strategię

Rakieta ważniejsza od rządu

Putin tak dobrze czuł się na rosyjskich okrętach pełniących służbę na Morzu Barentsa, że nie zdążył wrócić do Moskwy na ważne posiedzenie rządu

FOT. (C) AP

SŁAWOMIR POPOWSKI

z Moskwy

W niedzielę 9 kwietnia minęło równo sto dni, odkąd namaszczony przez Borysa Jelcyna Władimir Putin zaczął pełnić obowiązki prezydenta. Czego udało mu się w tym czasie dokonać? Złośliwi twierdzą, że powiodło mu się wyłącznie w dwóch sprawach: pozbył się drażniącego tytułu "p.o." i potrafił wykreować swój wizerunek jako człowieka silnej ręki.

Oprócz tego - pisze ironicznie dziennik "Wriemia" - Rosjanie dowiedzieli się o Putinie tylko tyle, że uprawia dżudo, bardzo lubi jeździć na nartach, ma pudla Tosię, a jego nauczycielka zmieniła niedawno kanapę. To niewiele jak na Wielką Nadzieję Rosjan.

Prezydent na miotle

Jeszcze przed wyborami prezydenckimi w Moskwie żartowano, że jeśli Putin nagle przyleci gdzieś na miotle, to i tak nikogo to nie zdziwi. Dlatego kiedy w ostatniej chwili okazało się, że na stacji kosmicznej Mir zabrakło miejsca dla mającego tam nakręcić kilka scen do filmu aktora Walerija Stiekłowa, natychmiast pojawił się dowcip, że stało się tak za sprawą p.o. prezydenta, który chciał zwolnić miejsce dla siebie...

Putin, który dwukrotnie podróżował już myśliwcem i nawet wykonał na nim efektowną beczkę, nie ukrywa, że lubi mocne wrażenia. O ile jednak w okresie kampanii wyborczej można było znaleźć jakieś uzasadnienie dla jego podniebnych wyczynów i wytłumaczyć je chęcią przedstawienia siebie jako kogoś sprawnego, zdrowego i zupełnie innego od Jelcyna, o tyle po wyborach tego rodzaju ekstrawagancje zaczynają budzić wśród konserwatywnych w gruncie rzeczy Rosjan coraz większe zażenowanie.

To wspaniale - pisały niedawno "Izwiestia" - że prezydent-elekt zechciał spędzić noc na największym rosyjskim atomowym okręcie podwodnym i dopełnić obowiązku chrztu podmorskiego na głębokości 50 metrów (nawiasem mówiąc, prawdziwy chrzest powinien się odbywać poniżej 100 metrów). Dlaczego jednak dzieje się to kosztem ważnych spraw państwowych? Można zrozumieć, że prezydent, jako głównodowodzący rosyjskimi siłami zbrojnymi, chce zobaczyć, jak odpala się rakietę dalekiego zasięgu, ale jego zachowanie - zwraca uwagę dziennik - aż za bardzo przypomina postępowanie mężczyzny, któremu z dzieciństwa pozostał niedosyt zabawy w wojnę.

Dokładnie w tym samym czasie, gdy prezydent-elekt podziwiał biały pióropusz ciągnący się za startującą rakietą, w Moskwie, ze względu na nieobecność szefa, odwoływano ważne posiedzenie rządu, na którym miały zapaść decyzje dotyczące rosyjskiego bilansu paliwowo-energetycznego. Co więcej, do ostatniej chwili nie było wiadomo, czy pływający po Morzu Barentsa prezydent zdąży na spotkanie z zastępcą szefa Międzynarodowego Funduszu Walutowego Stanleyem Fischerem, aby porozmawiać o planach współpracy z MFW. Zdążył, choć dotarł do Moskwy dopiero wieczorem. Pozostało jednak wrażenie, że prezydent fascynujący się myśliwcami, okrętami podwodnymi i nartami, a przy tym często zmieniający plany i spóźniający się na ważne spotkania w rzeczywistości stara się maksymalnie opóźnić moment, kiedy będzie musiał zająć się o wiele trudniejszymi i bardziej ryzykownymi problemami ekonomicznymi lub dyplomatycznymi.

Skarcona bezczynność?

Z punktu widzenia polityki gospodarczej lub zagranicznej dotychczasowy dorobek Putina nie wygląda imponująco. Dzięki wojnie w Czeczenii udało mu się skonsolidować społeczeństwo rosyjskie, ale wbrew zapewnieniom koniec operacji na północnym Kaukazie ciągle jeszcze wydaje się bardzo odległy. A co gorsze dla Putina, wraz z rozpoczęciem przez Czeczenów prawdziwej wojny partyzanckiej - która latem, jak tylko góry się zazielenią, może przybierać na sile - rosyjscy generałowie zaczęli tracić inicjatywę. Przybywa ofiar po stronie wojsk federalnych. Prezydent-elekt zapowiedział co prawda ogłoszenie własnego politycznego planu uregulowania konfliktu, ale nikt jeszcze nie wie, na czym miałby on polegać. Pojawiają się sprzeczne doniesienia. Część ekipy kremlowskiej mówi o wprowadzeniu w Czeczenii bezpośrednich rządów prezydenckich, ale jeszcze tego dnia inny przedstawiciel tej samej ekipy kategorycznie to dementuje, podczas gdy szef państwa milczy.

Putin jest też coraz częściej krytykowany za zaniedbanie rosyjskiej polityki zagranicznej. W Moskwie politycy przeszli do porządku dziennego nad surową dla Rosji rezolucją Parlamentu Europy, ale w podtekście wielu komentarzy zawarty zarzut przeciwko Putinowi, że zaniedbał wysiłków dyplomatycznych, aby udowodnić własne racje. Poprzestał na spotkaniu w petersburskiej operze z brytyjskim premierem Tonym Blairem i kilku rozmowach telefonicznych z przywódcami europejskimi. A to o wiele za mało. Jak pisały "Izwiestia", na tle poczynań, a właściwie bezczynności obecnego gospodarza Kremla, nawet ulubione przez Jelcyna spotkania dyplomatyczne "bez krawatów", w bani i na wspólnym wędkowaniu sprawiały wrażenie głęboko przemyślanej strategii.

Wreszcie gospodarka. Wyniki są obiecujące. Kolejny kwartał Rosja obywa się bez kredytów zagranicznych i jest gotowa przetrwać bez nich choćby do końca roku. Nawet decyzja członków Organizacji Państw Eksporterów Ropy Naftowej (OPEC) o zwiększeniu wydobycia ropy naftowej i spadek jej ceny do około 21 dolarów za baryłkę nie stanowi dla Moskwy większego kłopotu. Dla Putina to dobra wiadomość, ale co będzie dalej?

Bez wyboru

Prezydent-elekt do tej pory realizował politykę "małych kroków", choć jednocześnie - podobnie jak kiedyś Jelcyn - zapowiada szybkie nadejście lat tłustych i epoki dynamicznego rozwoju. Rosjanie w to wierzą, bo nie mają innego wyboru. Tak przyjmuje się każdą zmianę władzy w Moskwie. Najpierw są wielkie nadzieje, a potem zaczyna się okres długiego, zwykle nieskończenie długiego oczekiwania...

Putin zakłada, że będzie rządzić co najmniej do roku 2010 i na tej dacie kończą się jego plany strategiczne. Tyle że ciągle jeszcze nie wiadomo, na czym będzie polegała owa "strategia Putina". Jej założenia przygotowuje kierowane przez Germana Grefa Centrum Studiów Strategicznych. Początkowo mówiło się, że Centrum ogłosi wyniki swoich prac jeszcze przed wyborami prezydenckimi, potem zapowiadano, że Rosjanie będą mogli zapoznać się z wybraną dla nich przez Putina strategią tuż po jego inauguracji na szefa państwa, czyli na początku przyszłego miesiąca. Teraz wspomina się o końcu maja, ale i ta data wydaje się coraz bardziej wątpliwa. Czyżby znów miała się spełnić zasada Wiktora Czernomyrdina: chcieliśmy jak najlepiej, a wyszło jak zawsze? Na razie trzeba się zadowolić kolejnymi ogólnikami o konieczności kontynuowania liberalnych reform - obowiązkowo z podkreśleniem konieczności zmniejszenia ich kosztów społecznych.

W sumie, poza retoryką, dotąd nie ma żadnej zmiany i nawet zapewnienia prezydenta-elekta, że będzie trzymał wszystkich oligarchów na dystans, nie wywołały w ich szeregach nadmiernego niepokoju. Co najwyżej, spowodowały nasilenie walki o to, kto spośród równych okaże się jednak równiejszy.

Nie działać pochopnie

W swoim wywiadzie-rzece, opublikowanym tuż przed wyborami, Putin z pełną szczerością powiedział: "Teraz nikt mnie nie kontroluje. To ja kontroluję wszystkich. Nigdy nie działałem pochopnie. Najpierw uważnie przyglądałem się sytuacji, a potem podejmowałem te decyzje, które uważałem za ważne".

Prezydent-elekt postępuje obecnie właśnie w taki sposób. Jeździ po kraju, bada sytuację i nie spieszy się z powzięciem decyzji. Stać go też na takie poczynania, jak choćby wizyta w centrum Gazpromu w celu pogodzenia dwóch rywalizujących ze sobą oligarchów "wagi superciężkiej" - Rema Wiachiriewa i Anatolija Czubajsa. Może i jest w tym metoda. Po burzliwych latach gorbaczowowskiej pieriestrojki i jelcynowskiej postpieriestrojki, kiedy każdy rok wstrząsał posadami państwa, Rosja potrzebuje obecnie spokoju i czasu na zastanowienie.


