TABLICE

Rusza wymiana tablic rejestracyjnych. Na razie białe rejestracje przykręci niewielu kierowców. Większość musi czekać jeszcze przez rok

Spiesz się jak minister transportu

Wzory nowych tablic rejestracyjnych. Od góry rejestracje: tymczasowa, dla pojazdów zabytkowych, normalna, indywidualna i jeszcze raz tablica tymczasowa. 

FOT. PIOTR KOWALCZYK

MICHAŁ MAJEWSKI

Po pierwszym maja zobaczymy na ulicach pierwsze auta z białymi, polskimi tablicami rejestracyjnymi.

Ministerstwo Transportu na przygotowania tej akcji straciło co najmniej trzy lat.

- I tak wszystko jest zrobione na ostatnią chwilę - narzekają urzędnicy w powiatach.

Na razie niewielu kierowców przykręci nowe tablice. Za rejestrację będą musieli słono płacić - ponad dwa razy więcej niż kosztowało to do tej pory.

Kierowcy, którzy po pierwszym maja będą chcieli zarejestrować samochód, muszą wydać 135 złotych, a nie 66, jak do tej pory. W zamian dostaną białą tablicę (podobną do tych w Unii Europejskiej), naklejki legalizacyjne i nowy dowód rejestracyjny. Reszta kierowców, przynajmniej do maja 2001 roku, będzie jeździć z czarnymi rejestracjami. Po tym terminie mogą zgłosić się po nowe tablice. Mogą, ale nie muszą. Ministerstwo Transportu nie wprowadziło nakazu wymiany tablic, co oznacza, że przez najbliższe lata po drogach nadal będą jeździć auta ze starymi numerami. Do kiedy? Przynajmniej przez pięć lat. Potem powoli ministerstwo będzie starało się przymusić kierowców do zmian, chociażby dlatego, że nowe dokumenty i tablice są lepiej zabezpieczone przed fałszerstwem.

Jeśli ktoś szalenie pragnie mieć białe tablice przed majem następnego roku - może "zgubić" dowód rejestracyjny.

- Mam nadzieję, że za kilka dni nie zaczną masowo ginąć te dowody - żartem wtrąca Leszek Kornalewski z Komendy Głównej Policji.

Nowością w amerykańskim stylu będą indywidualne tablice za tysiąc złotych. Właściciel będzie mógł umieścić wymyślony przez siebie napis - od trzech do pięciu znaków. Zgodnie z ministerialnym rozporządzeniem litery nie będą mogły układać się w "wyrazy powszechnie uznane za obraźliwe". - Myślę, że nie zabraknie snobów, którzy zapragną mieć indywidualne rejestracje - ocenia Sławomir Jaszczuk, prezes Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Producentów Tablic Rejestracyjnych.

Koncesje trzy,  dwie albo osiem

Wymiana tablic rejestracyjnych zyskała w ciągu ostatnich trzech lat niezasłużony rozgłos. Największy udział ma w tym dwóch ludzi - Bogusław Liberadzki i Eugeniusz Morawski. O sprawie zrobiło się głośno latem 1997 roku, gdy na światło dzienne wypłynął projekt rozporządzenia w sprawie tablic przygotowany, gdy ministrem transportu (w rządzie Włodzimierza Cimoszewicza) był Bogusław Liberadzki. Według projektu na produkcję tablic miały być tylko trzy koncesje. Do przetargu mogłyby stanąć firmy, które posiadałyby zabezpieczenie w wysokości 1,5 mln euro.

Tu wypada wtrącić, że tablice w Polsce produkuje blisko sześćdziesiąt małych firm. Zrozumiałe, że taki projekt wywołał przerażenie wśród drobnych wytwórców. Przyjęcie takiego rozwiązania oznaczałoby wyeliminowanie ich z rynku - bo nie dość, że koncesje były tylko trzy, to w dodatku potrzebne byłoby ogromne zabezpieczenie - 1,5 mln euro, a takich pieniędzy w małych firmach nikt nigdy nie widział.

Pomysł wydawał się od początku dziwny, ponieważ w większości krajów zachodniej Europy produkcja tablic nie jest koncesjonowana i taką działalnością zajmuje się wiele firm. Sprawa budziła podejrzenia, ponieważ chodziło o gigantyczne pieniądze. W Polsce jest ponad 12 milionów pojazdów. Otrzymanie koncesji oznaczałoby, że zwycięska firma trafia na żyłę złota. Ministerstwo Transportu broniło kontrowersyjnego pomysłu właściwie tylko jednym argumentem - że nowy system uniemożliwi dorabianie tablic na lewo.

W obronie swoich interesów Stowarzyszenie Producentów Tablic Rejestracyjnych podjęło akcję, którą można nazwać "propagandowo-lobbingową". Została do niej włączona fachowa firma public relations. Jej pracownik wędrował po redakcjach i próbował zainteresować dziennikarzy sprawą tablic rejestracyjnych. Stowarzyszenie szukało ratunku w Urzędzie Antymonopolowym, Ministerstwie Skarbu, wśród posłów Komisji Transportu.

Sprawa wydawała się jednak przegrana, gdyż gorącym zwolennikiem koncesji okazał się następca Liberadzkiego, Eugeniusz Morawski (gabinet Jerzego Buzka), rekomendowany przez Unię Wolności. Latem 1998 roku "Rzeczpospolita" zdobyła projekt rozporządzenia, w którym Morawski zapowiedział przyznanie dwóch koncesji. Sprawa lukratywnych kontraktów zaczyna interesować duże firmy. Z zagranicznymi partnerami w spółkę, która ma się zająć produkcją tablic, weszła m.in. Mennica Państwowa. Swoje zainteresowanie potwierdzała firma Zasada SA. Tymczasem minister transportu miał kłopoty z przeforsowaniem swojego pomysłu. Na wydanie koncesji i tym samym zniszczenie drobnych producentów nie godziły się Urząd Antymonopolowy i Ministerstwo Skarbu. W tej sytuacji minister Morawski jeszcze raz zmienił projekt - zaproponował przyznać nie dwie, ale osiem koncesji.

W tym samym czasie przeciwnicy koncesji dostają do ręki bardzo poważny argument. W przyjętej przez Radę Ministrów ustawie o działalności gospodarczej (wejdzie w życie 1 stycznia 2001 r.) są zapisy o koncesjonowaniu np. produkcji alkoholu czy broni, nie ma natomiast mowy o koncesjach na tablice rejestracyjne. Sprawy stają w miejscu i jest jasne, że Ministerstwo Transportu nie dotrzyma terminu wprowadzenia tablic, który wyznaczono na 1 lipca 1999 roku.

Pod koniec 1998 r. z posady rezygnuje Eugeniusz Morawski. Jego następcą jest Tadeusz Syryjczyk. - Z odejściem pana Morawskiego sprawa koncesji przycichła. Okazało się, że nowy minister jest przeciwny koncesjom - opowiada Jerzy Folga, wicedyrektor Departamentu Transportu, który przez długie miesiące gorąco bronił pomysłu koncesjonowania produkcji tablic.

Minister  na ostatnią chwilę

Ostatecznie cała historia skończyła się zwycięstwem drobnych producentów - nie ma koncesji, wystarczy certyfikat Instytutu Transportu Samochodowego, który dostało blisko sześćdziesiąt firm.

Zadowolenia z takiego obrotu spraw nie kryje Tadeusz Aziewicz, prezes Urzędu Antymonopolowego, i Hanna Linke, doradca ministra gospodarki, która zajmowała się sprawą tablic. Cieszy się również inspektor Leszek Kornalewski z Komendy Głównej Policji: - Gorąco popieraliśmy wprowadzenie nowych tablic i zabezpieczeń. Czy nowe dokumenty są do podrobienia? Wszystko można podrobić, ale złodzieje będą mieli utrudnione zadanie.

Mimo iż nowy termin wprowadzenia tablic był znany od wielu miesięcy, trudno nie dostrzec, że Ministerstwo Transportu działa w pośpiechu i przygotowuje dokumenty na ostatnią chwilę. Na przykład bardzo ważne rozporządzenie ministra transportu w sprawie tablic ukazało się dopiero 7 kwietnia. Do wielu powiatów Dziennik Ustaw z tym dokumentem zwyczajnie jeszcze nie dotarł. - Całe szczęście, że do ostatniej chwili wstrzymałem się z zamówieniem tablic, bo to rozporządzenie wprowadza istotne zmiany w oznaczeniach. Miałem szczęście, ale nie dałbym głowy, że inni nie naprodukowali złomu - opowiada Marek Chrzanowski, kierownik Wydziału Komunikacji w starostwie bełchatowskim.

Nadal w drodze jest dokument, który mówi, ile kierowcy mają płacić za nowe tablice i dokumenty (wiadomo, że chodzi o 135 złotych).

W wielu powiatach urzędnicy nie zdążyli zorganizować przetargów dla producentów tablic i posiłkują się, budzącym wątpliwości w tym przypadku, trybem zapytania o cenę. Na przykład w wielkopolskim powiecie Wolsztyn przetarg odbędzie się dopiero 12 maja. Co z pierwszymi dniami nowego miesiąca? - Kupiliśmy kilkaset kompletów tablic, wybierając najlepszą ofertę. Żeby przetrwać do przetargu - mówi Zygmunt Hildebrand, kierownik Wydziału Komunikacji w Wolsztynie. Podobnie jest w wielu innych miejscach.

Ile starostowie płacą producentom za tablice? W Parczewie urzędnicy wynegocjowali 23 złote za komplet, w Wolsztynie i Bełchatowie 40 złotych, w Mońkach 51 złotych.

Teoretycznie powinno im zależeć na wynegocjowaniu jak najniższych stawek. Różnica między opłatą pobieraną od kierowcy za wydanie tablic oraz dokumentów (135 złotych) i ceną wynegocjowaną z producentem trafia do kasy powiatu. Od tego urzędnicy starosty muszą odjąć jeszcze 17 złotych 60 groszy. Tyle kosztują znaki legalizacyjne na tablice, nalepka na szybę i dowody rejestracyjne, które produkuje monopolista - Państwowa Wytwórnia Papierów Wartościowych.

Wiesław Jarocki, z Wydziału Komunikacji w Mońkach koło Białegostoku, trochę się boi reakcji pierwszych petentów, kiedy usłyszą, że cała zamiana będzie kosztować teraz 135 złotych: "Do tej pory kosztowało 66 złotych i co chwila ludzie w urzędzie narzekali, że jest drogo. Lepiej nie myśleć, co powiedzą o nowej cenie...".

Cała operacja zaczyna się za kilka dni. Ministerstwo wybrało ostrożny wariant i na razie sprawa będzie dotyczyła niewielu kierowców - tych, którzy chcą zarejestrować nowy samochód albo muszą przerejestrować swoje auto np. w związku z przeprowadzką do innego miasta. Tak naprawdę zmiana rejestracji ruszy pełną parą dopiero za rok - wtedy będziemy mogli wejść do urzędu z ulicy i postarać się o nowe tablice. Pytanie tylko, czy to wszystko nie trwało odrobinę za długo i czy trzeba było tracić tyle lat na jałowe deliberowanie o koncesjach.


