ŚWIĘTA WIELKANOCNE W DAWNEJ POLSCE

Wylewało się, najlepiej na kogoś, postny żur, który przez czterdzieści dni był podstawowym jadłem

Śledzie na drzewie

EDMUND SZOT

Święta kościelne w dawnych wiekach odgrywały rolę o wiele większą niż teraz. I to nie tylko z powodów czysto religijnych, ale także ze względu na inne potrzeby człowieka, takie jak chęć manifestacyjnego uczestniczenia w życiu zbiorowości, okazja potwierdzenia swojego miejsca w hierarchii społecznej, wreszcie możliwość brania czynnego udziału w obrzędach, a nawet wnoszenia własnego wkładu w ich treść i formę. Odpowiadały na odwieczne zapotrzebowanie pospólstwa, któremu chyba od zawsze trzeba było "chleba i igrzysk".

W bogatym kalendarzu ówczesnych świąt religijnych święta Wielkanocy odgrywały rolę szczególną. Następowały tuż po ciężkiej zazwyczaj zimie oraz po okresie wielkiego postu, w czasie którego jadło się naprawdę niewiele i lada co. Budząca się akurat do życia przyroda w najlichszym nawet stworzeniu budziła nadzieję na lepsze. Wszystko to składało się na nadzwyczaj radosny charakter Wielkanocy. A że była ona ustanowiona na pamiątkę tego, iż Chrystus zmartwychwstał - tym lepiej. Był to niejako "dodatkowy" powód do wszechogarniającej radości.

Wielkanoc poprzedzał jednak wielki post, zaczynający się we Wstępną Środę, czyli - inaczej mówiąc - środę popielcową. Kościół dbał o to, by była to uroczystość przede wszystkim religijna. Księża posypywali głowy wiernych popiołem sporządzonym z palm poświęconych w Kwietną Niedzielę, ale plebs i tak wiedział swoje: był to popiół z trupich kości. Popielec - jak pisze nieżyjący już Zbigniew Kuchowicz ("Obyczaje staropolskie") - miał dwa nurty: religijno-ascetyczny i rozrywkowo-zwyczajowy. Jak z tego widać, Amerykanie ze swoim na wesoło obchodzonym dniem Wszystkich Świętych nie są prekursorami.

Różnych figli dokazując

Jędrzej Kitowicz, najbardziej znany kronikarz czasów saskich, zanotował: "Po wielkich miastach w Wstępną Środę czeladź jakiego cechu poubierawszy się za dziadów i Cyganów, a jednego z między siebie wystroiwszy za niedźwiedzia w czarnym kożuchu, futrem na wierzch wywróconym okrytego i około nóg czysto jak niedźwiedź poobwiązywanego wodzili od domu do domu różnych figli z nim dokazując, którymi grosze i trunki z pospólstwa chciwego na takie widoki wyłudzali".

Że ówczesne pospólstwo było chciwe na takie widoki, dziwić się nie ma czemu. Nie mogło przecież popatrzeć w telewizję, posłuchać radia czy z racji powszechnego wtedy analfabetyzmu poczytać gazet. Gust miało przy tym lada jaki, o czym świadczy choćby zwyczaj zaprzęgania niezamężnych niewiast do kłody, która miała symbolizować małżeńskie jarzmo.

"Schwytane dziewki prowadzono potem do karczmy, gdzie następowały wyzwoliny, czyli ogólna pijatyka - wyjaśnia kronikarz. - Chwytano nawet leciwe niewiasty, np. przekupki, które zaprzęgano do wielkich kloców, bito je, a przy okazji pustoszono im stragany i po prostu okradano". W pierwszej połowie XVII wieku ten typowo polski barbarzyński obyczaj panował nawet na królewskim dworze. W XVIII wieku utrzymał się już tylko po wsiach. Ale nie przepadł zupełnie. Pozostałością po nim było przypinanie niewiastom na plecach kurzych nóg, skorupek od jajek, czasem były to indycze szyje, rury wołowe itp. "materklasy". Nieświadoma niczego niewiasta postępowała z taką "ozdobą" pod sam ołtarz, śmiech czyniąc z siebie dookoła.

Po na wpół wesołym Popielcu następowało czterdzieści dni ścisłego prawie postu, którego surowych reguł pilnie na ogół przestrzegano. Uciech tzw. śródpościa, kiedy to młodzież obsypywała przechodniów popiołem tylko po to, by ich ubrudzić, co "wielką wesołość wywoływało", można nie liczyć.

Przecież to Judasz

Wielkanoc poprzedzała Niedziela Palmowa, w czasie której łykano dla zdrowia wierzbowe bazie i uderzano się gałązkami wierzbiny. Rozpoczynała ona Wielki Tydzień, który był już prawie nieprzerwanym pasmem uciech. W Wielką Środę, gdy po odprawieniu jutrzni księża na pamiątkę męki Chrystusowej uderzali o ławki trzymanymi w ręku brewiarzami, bywali w tym wspomagani przez swawolników, którzy walili w ławki kijami z całej mocy, aż na ów tumult wpadała służba kościelna z batami i zaczynała się "zadyma" jak na niejednym dziś polskim stadionie.

Wyrzuceni z kościoła swawolnicy robili ze słomy kukłę, która miała przedstawiać Judasza, i wkładali jej do kieszeni trzydzieści kawałków szkła (na pamiątkę trzydziestu srebrników), wnosili ją na kościelną wieżę i z wrzaskiem zrzucali pod nogi oczekujących z kijami kompanów. Czasem zamiast kukły, o czym pisze jeden z osiemnastowiecznych badaczy obyczaju, "w Wielką Środę po ciemnej jutrzni kocura żywego w garncu obsutego popiołem z dziury kościelnego sklepienia na kościół zrzucano". Biednego zwierzęcia nikt, oczywiście, nie żałował, przecież to był Judasz!

Ale uwaga, uwaga, nasi rozmiłowani w tradycji narodowcy: "Jeżeli Żyd jakowy niewiadomy tej ceremonii nawinął się im - porzuciwszy zmyślonego Judasza - prawdziwego Judę tak długo i tak szczerze kijami okładali, póki się do jakiego domu nie salwował".

Okazji do uciech nie brakło i w Wielki Czwartek, kiedy to biegało się po ulicach z grzechotkami, czyniąc piekielny hałas. Z kolei w Wielki Piątek rodzice dzieci, a majstrowie czeladników okładali rózgami, dodając: "Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami".

Pochówek wielkiego postu

Przed Wielkanocą trzeba było jeszcze urządzić pochówek wielkiemu postowi. Wieszało się na drzewie śledzie - za to, że przez sześć niedziel panowały nad mięsem, wylewało się też, najlepiej na kogoś, postny żur, który przez czterdzieści dni był podstawowym jadłem.

Największą atrakcją Wielkanocy była naturalnie możliwość konsumowania do woli sutego i smakowitego jadła. Dla Kościoła jest to święto najważniejsze w roku, dla wiernych bywało takie nie zawsze. Trafnie oddał to poeta Wacław Potocki:

"Co żywo na jutrznię się spieszy.

Aż nam znowu w kościele dłużej siedzieć ckliwo;

O mięsie myśląc, kwapi do stołu co żywo.

I nabożeństwo z głowy wyleci i kościół,

Chce wraz powetować, co tak długo pościł.

Żre drugi, potem pije, tka jako do woru;

Ten chory, ów pijany, zapomni nieszporu".

Popatrzmy zatem, co "tkano do woru": kiełbasa z gorczycą, chrzan, jaja i masło były obowiązkowo na wszystkich, najbiedniejszych nawet stołach. U bogatych mieszczan trafiały się całe prosięta, wędzone szynki, baranki z masła, kołacze z miodem, placki, babki, makowce. Stoły szlachty - zapewnia Kuchowicz - były jeszcze bardziej suto zastawione. Potrawy  bogatszych obywateli były przez księży święcone w domach, biedota udawała się w tym celu do kościoła.

Przydybać damę w łóżku

Wielką Niedzielę spędzano głównie przy stole (w późniejszych godzinach bywało, że i pod), ale już w Wielki Poniedziałek wracała ochota do igrców. W Krakowie obchodzono tzw. emaus, czyli odpust na Zwierzyńcu, organizowany na pamiątkę uciekających z Jerozolimy apostołów. Uchodzili oni właśnie do Emaus, małej miejscowości na północny zachód od Jerozolimy. Odpustowi tradycyjnie towarzyszyły w Polsce różne atrakcje, tym razem było ich jeszcze więcej. Chłopcy uderzali baziami dziewczęta albo staczali między sobą walki na kije, bractwa religijne przeciągały z uroczystymi procesjami - natłok wrażeń był ogromny.

Dzień później, w wielkanocny wtorek, ludność Krakowa bawiła się na tzw. Rękawce. Bogatsi mieszczanie zgromadzeni na górze obok kościoła na Krzemionkach (dziś jest tu siedziba krakowskiej telewizji) rzucali w dół biedocie "bułki, placki, jaja, kiełbasy i pierniki". Dopieroż było uciechy patrzeć na bójki między chwytającymi te specjały. Gdyby ktoś miał wówczas kamerę, w cuglach wygrałby wszystkie konkursy w dzisiejszym telewizyjnym programie "Śmiechu warte".

Najważniejszym wielkanocnym obyczajem był oczywiście śmigus-dyngus. Był to zwyczaj jeszcze z czasów pogańskich i początkowo nie polegał na samym tylko polewaniu się wodą. Wręczano sobie także podarki, zwłaszcza jaja, ale i okładano się pięściami, rózgami itp. Kościół potępiał te zabawy, wiele z tych obrzędów więc zanikło, ale z wodą nie udało się to do tej pory.

"Stoły, stołki, kanapy, łóżka - wylicza Jędrzej Kitowicz - wszystko to było zmoczone, a podłogi - jak stawy - wodą zalane. Dlatego gdzie taki dyngus, mianowicie u młodego małżeństwa, miał być odprawiony, pouprzątali wszystkie meble kosztowniejsze i sami się poubierali w suknie najpodlejsze, takowych materyi, którym woda niewiele albo wcale nie szkodziła. Największa była rozkosz przydybać damę w łóżku, to już ta nieboga musiała pływać w wodzie między poduszkami i pierzynami jak między bałwanami, przytrzymywana albowiem przez silnych mężczyzn nie mogła się wyrwać z tego potopu; którego unikając miały w pamięci damy w ten dzień wstawać jak najraniej albo też dobrze zatarasować pokoje sypialne".

Gmin bawił się jeszcze brutalniej, zanurzając dziewczyny po szyję w fosach, rzekach, stawach i jeziorkach, co, biorąc pod uwagę porę roku, często kończyło się ciężkim przeziębieniem albo zapaleniem stawów, po którym zostawała choroba reumatyczna na całe życie.

Niewiasty mogły się rewanżować swoim prześladowcom już na drugi dzień, i tak aż do Zielonych Świątek. Korzystały z tego jednak rzadko. Przebiegła ta płeć woli zmywać mężczyznom głowy przez cały rok.


