REPORTAŻ

Najwięcej gminnych referendów w Polsce odbyło się w tej kadencji na Warmii i Mazurach

Wirus będzie się rozprzestrzeniał

IWONA TRUSEWICZ

W pierwszych czterech latach polskiej samorządności w Olsztyńskiem odbyło się jedno gminne referendum. Okazało się nieważne. W drugiej kadencji referendów było osiem. W dwóch mieszkańcy odwołali władze. Przez pół obecnej kadencji na Warmii i Mazurach przeprowadzono jedenaście referendów, z których ważne były cztery.

Na swoją kolejkę czekają dwa następne, a w pięciu gminach trwa zbieranie podpisów pod wnioskami o głosowanie nad odwołaniem rad i zarządów.

- Nie ma jednoznacznej odpowiedzi, dlaczego referendów jest coraz więcej. Sprawa jest złożona. Część inicjatyw to skutek konfliktów powstających przy wprowadzaniu reform, szczególnie edukacji i opieki zdrowotnej, ale także wzrostu społecznej świadomości. Gminne referenda bywają również próbą powrotu przegranych wójtów, burmistrzów, radnych na zajmowane w poprzednich kadencjach stanowiska - wymienia Walery Piskunowicz, dyrektor wojewódzkiej delegatury Krajowego Biura Wyborczego w Olsztynie.

Anna Lubaczewska z Krajowego Biura Wyborczego w Warszawie uważa, że wzrost liczby referendów w całym kraju ma związek "z upublicznieniem tej instytucji".

- Im biedniejszy region, tym więcej referendów. Na takich terenach jak Warmia i Mazury ludzie coraz częściej postrzegają pracę w gminnym urzędzie, udział w radzie jako szansę na polepszenie sobie warunków życia - ocenia Tadeusz Wojnicz, powiatowy lekarz weterynarii z Bartoszyc. 

Przed pięciu laty to on był inicjatorem referendum, które - pierwsze w drugiej kadencji polskiego samorządu - doprowadziło do zmiany gminnych władz.

Sposób  na udane referendum

Sępopol to miasteczko na końcu Polski. Gmina graniczy z Rosją. Ludzie mówią, że droga tu prowadzi w jedną stronę - w głąb kraju. Przed pięciu laty Sępopol przodował w wojewódzkich statystykach umieralności, a ciągnął się w ogonie wydatków budżetowych. Padły zakłady pracy i ogromny kombinat rolny dający zatrudnienie 700 osobom. Śmierdziały rzeki Łyna i Guber, bo miasto nie miało oczyszczalni. Krzywe chodniki, dziurawe jezdnie, odrapane domy dopełniały szarego obrazu.

Sześciu ludziom ten obraz nie spodobał się tak bardzo, że zawiązali grupę inicjatywną ds. referendum. Na czele stanął Tadeusz Wojnicz, weterynarz i właściciel domu nad śmierdzącą rzeką. Dołączył do niego sąsiad Zygmunt Daniluk, wówczas bezrobotny na zasiłku, z zawodu instalator, szef Stowarzyszenia Bezrobotnych, były właściciel upadłego zakładu usługowego, niedoszły prezes spółki komunalnej.

Do głosowania przygotowali się bardzo starannie. Za własne pieniądze wydrukowali trzysta plakatów, tysiąc pięćset ulotek z odezwami. Jeździli po wsiach, rozmawiali z mieszkańcami. Wynajęli dziesięć samochodów dostawczych do przewożenia chętnych do punktów głosowania. 

Kiedy w przeddzień głosowania dowiedzieli się, że zarząd gminy odmówił mieszkańcom kilku odległych wiosek autobusu na przejazd do lokalu, pojechali do Bartoszyc i w prywatnej firmie przewozowej zamówili dwa autokary. 

I wygrali, choć w referendalną niedzielę 3 września 1995 r. lał deszcz i zacinał zimny wiatr. Na 5350 sępopolan uprawnionych do głosowania do lokali dotarło prawie 36 procent. 1682 oddało głosy za odwołaniem rady. 

Ludzie się spalili

Tadeusz Wojnicz dwa lata był w Sępopolu burmistrzem. Czesław Sekita został zastępcą. Zygmunt Daniluk szefował zakładowi gospodarki komunalnej, Jerzy Baran był radnym. W miasteczku załatano dziury w jezdniach, wybudowano mostki na rzece, na chodnikach pojawiła się kostka, przybyły dwa wiejskie wodociągi i centrala telefoniczna. Opracowany został projekt oczyszczalni ścieków i rozstrzygnięty przetarg na wykonawcę. Potem przyszły nowe wybory i Tadeusz Wojnicz przegrał walkę o fotel burmistrza jednym głosem.

- Nie dość dobrze przygotowaliśmy się do tamtego głosowania - przyznaje Zygmunt Daniluk. 

Choć wciąż mieszka w Sępoplu, pracuje w Bartoszycach. Jego miejsce w zakładzie gospodarki komunalnej zajął Czesław Sekita. Hanna Sawicka przeniosła się do Reszla, Jerzy Baran dalej jest radnym. Tadeusz Wojnicz sprzedał dom i wyjechał z miasta.

- Ci ludzie się spalili, nie wytrzymali społecznej presji - uważa Roman Rodzik, którego wojniczowe referendum pozbawiło w 1995 r. fotela burmistrza. Teraz pracuje w sąsiednim Bisztynku i ocenia, że przez całe referendalne zamieszanie Sępopol "stracił wiarygodność".

- Referendum miało sens, bo pokazaliśmy, że można coś zrobić. Ludzie to wspominają - rozmarza się Zygmunt Daniluk.

On sam już się w politykę nie bawi. - Wcześniej czy później ludzie, z którymi współpracowaliśmy, dojdą do głosu. A mnie nadarzyła się okazja, więc z Sępopola uciekłem. Nie można wiele zrobić, póki o wyborze burmistrza decydują radni. Taki burmistrz jest zakładnikiem grupy radnych. Musi się zmienić ordynacja, tak aby burmistrza wybierali mieszkańcy w wyborach powszechnych - Tadeusz Wojnicz uważa, że w miarę ubożenia Warmii i Mazur niezadowolenie społeczne, a z nim liczba referendów będzie rosła. - Ten wirus będzie się rozprzestrzeniał - przepowiada były burmistrz  Sępopola.

Jeden przeciw władzy

W Zalewie do referendum doprowadził jeden człowiek. Sam opracował zarzuty, zebrał podpisy, sam prowadził agitację, sam tworzył grupę inicjatywną. I choć do urn poszło 19,37 proc. dorosłych mieszkańców gminy, Zbigniew Kozak mówi, że ma satysfakcję. 

Mogło być przecież tak jak w Kowalach Oleckich, gdzie w lutym do głosowania wybrało się dwieście siedem osób, czyli 5,1 proc. uprawnionych. Konflikt, zogniskowany wokół miejscowego lekarza, stracił rację bytu jeszcze przed głosowaniem, kiedy lekarz przeniósł się do Olecka.

- Od razu ogłosiłem, że nie mam zamiaru kandydować na radnego, gdyby rada została odwołana - zapewnia Zbigniew Kozak.

Radnym i przewodniczącym rady był w poprzedniej kadencji.

- Kłopotem każdej rady jest burmistrz - uważa Kozak.

Burmistrz Zalewa Bogdan Hardybała motywy Kozaka ocenia krótko: to dawny przewodniczący rady, który się w tej kadencji nie dostał do władz i dlatego mnie chciał dokuczyć. 

Bogdan Hardybała uważa, że "im biedniejsze społeczeństwo, tym łatwiej wzbudzić niechęć do władzy i przyciągnąć na głosowanie". A Zalewo to środowisko ubogie, gdzie 2700 zł otrzymywane miesięcznie przez burmistrza, to dużo pieniędzy. Zbigniew Kozak przyznaje, że ludzie mu zarzucali, iż przedstawił gminnym władzom "kiepskie zarzuty". - Gdybym ja miał mocne zarzuty, to bym poszedł do prokuratora, a nie robił referendum. A tak wiem, że ludzie lubią bać się władzy - dodaje.

Po fakcie wie też, jakie popełnił błędy: nie zrobił zebrań we wsiach, aby wytłumaczyć mieszkańcom, o co mu chodzi. - A teraz to mi burmistrz napisał, że najlepiej, jakbym się z gminy wyprowadził. Więc się zastanawiam, czy mam już zakładać związek wypędzonych...

Problem rolnika

Podobny wynik jak w Zalewie (19,9 proc.) miało referendum w podolsztyńskim Barczewie. Frekwencja okazała się za niska, by zmienić władze. Inicjatorowi głosowania - Komitetowi Obrony Rolników RP - nie podobało się, że gmina nie obniża podatku rolnego, choć sytuacja na wsi jest zła i wielu gospodarzy odłoguje pola.

- Nie ukrywam, że na początku był mój prywatny problem z władzami gminy. Potem jednak okazało się, że podobne kłopoty mają inni rolnicy Dołączyli do nas handlowcy i właściciele małych firm - wymienia Wojciech Stasiak ze wsi Niedźwiedź, pełnomocnik grupy inicjatywnej, rolnik gospodarujący na prawie tysiącu hektarach.

Niepowodzenie referendum tłumaczy tym, że "zjawisko jest nowe i ludziom nie znane". - Pomimo przegranej uważam, że warto było włożyć w organizację własną pracę i pieniądze. Nasza kampania uświadomiła mieszkańcom, ile ich kosztuje władza i co z tego mają. Myślę, że zaprocentuje to w najbliższych wyborach samorządowych - podsumowuje Wojciech Stasiak. 

Wyjątkowe Rybno

W grudniu 1999 r. odbyło się referendum w Rybnie, niewielkiej gminie w powiecie działdowskim. Zarzuty inicjatorów mówiły o arogancji władzy, utracie zaufania, problemach z opieką zdrowotną. 

Druga strona wymieniała: od 1994 roku gmina ma nowoczesną centralę telefoniczną, oczyszczalnię ścieków, skanalizowano gminną wieś, a w ośmiu innych wybudowano wodociągi. Pod względem procentowego udziału inwestycji w budżecie Rybno zajmowało 7. miejsce w kraju. 

Do urn poszło 27 proc. mieszkańców. Do ważności wyniku zabrakło trzech procent, czyli 149 głosów. Organizatorzy zaprotestowali w  Sądzie Okręgowym w Warszawie i sąd uznał zasadność protestu. Decyzję podtrzymał Sąd Apelacyjny, nakazując powtórzenie referendum. Po raz pierwszy w Polsce. - To dla nas wielki znak zapytania, bo o decyzji sądu dowiedzieliśmy się z prasy. Od pierwszej rozprawy w styczniu nie otrzymaliśmy z sądu ani decyzji, ani uzasadnienia - mówi Marek Dzieńkowski, wójt Rybna. Pierwsze referendum kosztowało gminę 20 tys zł. Powtórzenie to kolejny taki wydatek.

Nadzór nad prawidłowym przeprowadzeniem referendum w Rybnie miała elbląska delegatura Krajowego Biura Wyborczego. Jej dyrektor Czesław Pieprzak uważa, że wszystko zostało przygotowane prawidłowo. 

Walery Piskunowicz, dyrektor delegatury olsztyńskiej, pojechał do Rybna w dniu głosowania, bowiem "doszły nas sygnały, że coś złego może się dziać". - W gminie nie było rozplakatowanych obwieszczeń o referendum, a w jednej z miejscowości nie sposób było znaleźć lokalu wyborczego - wymienia dyrektor.

Burmistrz  kontra burmistrz

W Korszach, w referendum przeprowadzonym w listopadzie ubiegłego roku, naprzeciwko siebie stanęli dwaj burmistrzowie. Grupie inicjatywnej przewodził były burmistrz Jerzy Skórko, którego na stanowisku zastąpił Henryk Rechinbach. 

Jednym z pierwszych posunięć nowego burmistrza było obniżenie sobie poborów o ponad 3000 zł. Henryk Rechinbach uznał, że ubogiej gminy nie stać na tyle, ile zarabiał jego poprzednik, czyli 6380 zł brutto.

- Ja sobie sam nie ustaliłem poborów. Rada je przyznała, doceniając mój wkład pracy w rozwój Korsz. A ludzie widać też to docenili, bo w referendum zagłosowali za odwołaniem władz - mówi Jerzy Skórko. 

W głosowaniu wzięło udział 38,2 proc. uprawnionych, 2952 osoby opowiedziały się za odwołaniem rady. Jerzy Skórko uważa, że aby referendum było ważne, w ludziach musi być "autentyczne niezadowolenie".

- Nie mielibyśmy żadnych szans, gdyby w grę wchodziły tylko moje ambicje. W gminie musi być 70 procent niezadowolonych, żeby trzydzieści poszło zagłosować - dodaje Skórko. Swoje i sponsorów wydatki na referendalną kampanię szacuje na 14 tys. zł.

Henryk Rechinbach nie pogodził się z przegraną. Zarzuty oponentów o niegospodarności uważa za nieprawdziwe, a kampanię za prowadzoną w sposób nieuczciwy.

- Kiedy w 1998 r. zostałem burmistrzem, zastałem gminę bez płynności finansowej, z długami sięgającymi jeszcze 1997 r. na sumę 1,2 mln zł. Korsze nie miały oczyszczalni ścieków i kanalizacji ani studium zagospodarowania przestrzennego. Po roku zostawiałem gminę bez długów, z płynnością finansową i z zaawansowanymi pracami nad planami zagospodarowania i oczyszczalni - wyjaśnia i dodaje: - Ludzie byli dowożeni do lokali, byli też częstowani alkoholem, a cisza wyborcza została naruszona przez Radio Olsztyn.

Tych argumentów nie podzielił Sąd Okręgowy w Olsztynie ani Sąd Apelacyjny. Złożone protesty wyborcze zostały odrzucone. Sprawa trafiła do rzecznika praw obywatelskich, a jeżeli to nic nie da, Henryk Rechinbach zapowiada wystąpienie przeciwko Polsce do Trybunału w Strasburgu. Jego zdaniem sąd był stronniczy i popełnił szereg błędów proceduralnych.

21 maja doszło w Korszach do przedtreminowych wyborów. Wystartowali obaj burmistrzowie i ich zwolennicy. Blok Jerzego Skórko zdobył 10 mandatów. Henryk Rechinbach także będzie radnym.

- Intencje organizatorów referendów muszą być bardzo czyste. Jeżeli wyprowadzą ludzi na ulicę dla celów prywatnych, to nie poradzą sobie z otrzymaną władzą i sytuacja szybko obróci się przeciwko nim - przestrzega Tadeusz Wojnicz, były burmistrz Sępopola.

Ustawa o gminnym referendum została uchwalona w październiku 1991 r. W I kadencji samorządów w Polsce odbyło się 40 referendów, w tym 3 ważne. W II kadencji referendów było 104, z czego 9 skutecznych. Od trzeciej kadencji z inicjatywą referendalną można występować rok od wyborów. W okresie od października 1999 r. do połowy maja 2000 r. odbyło się 59 referendów, w tym 13 ważnych. Najwięcej w woj. warmińsko-mazurskim  - 11, 10 w dolnośląskim i 8 w zachodniopomorskim. 

W tej kadencji samorządu przeprowadzono na Warmii i Mazurach referenda w Barczewie, Fromborku, Gołdapi, Korszach, Kowalach Oleckich, Morągu, Płośnicy, Rybnie, Świętajnie, Wydminach i Zalewie. Ważne okazały się referenda we Fromborku (frekwencja 37,8 proc.), Korszach (38,2 proc.), Morągu (30,37 proc.) i Wydminach (33,1 proc.). Powtórzone zostanie referendum w Rybnie.



