ROSJA - USA

Putin ma czas

SŁAWOMIR POPOWSKI 

z Moskwy

Bill Clinton po raz ostatni gościł w Moskwie w charakterze prezydenta Stanów Zjednoczonych. Jeszcze miesiąc temu w stolicy Rosji spekulowano o możliwości podpisania porozumienia - choćby wstępnego - w sprawie nowego układu rozbrojeniowego START III. Dowodzono, że jest to marzenie Clintona, który - podobno - chciałby tak mocnym akordem zakończyć swoją prezydenturę. Później jednak nastroje były znacznie bardziej minorowe i - jak stwierdził profesor Gieorgij Arbatow, honorowy dyrektor wpływowego moskiewskiego Instytutu USA i Kanady -  jeśli tylko obu prezydentom uda się powstrzymać, albo przynajmniej spowolnić narastanie negatywnych tendencji w stosunkach dwustronnych, to już to wystarczy, aby szczyt rosyjsko-amerykański można było uznać za udany.

W tej dość sceptycznej ocenie sytuacji nie było żadnej przesady. Stosunki rosyjsko-amerykańskie od dłuższego czasu znajdują się w głębokiej zapaści. Clinton nie był w Moskwie od 1997 roku. Najpierw, dlatego że rosyjska Duma, aż do tego roku, nie chciała ratyfikować układu START II, potem, dlatego że Rosja nie chciała przyjąć do wiadomości rozszerzenia NATO, a jeszcze poźniej, kiedy rozpoczynała się operacja w Kosowie - Jewgienij Primakow, lecący właśnie do Waszyngtonu, w dramatycznym geście zawrócił samolot do Moskwy... 

Potem też było nie lepiej, a wielu komentatorów moskiewskich głośno zaczęło ostrzegać przed możliwością nowego kryzysu w stosunkach Rosja - USA. Teraz przedmiotem fundamentalnego sporu stawała się amerykańska inicjatywa budowy Rakietowego Systemu Obrony (NMD), a dla Rosjan - przyszłość podpisanego w 1972 roku układu ABM. Ich zdaniem, układ ten stanowi fundament całego dotychczasowego systemu wzajemnego odstraszania, na którym opierają się wszystkie kolejne porozumienia rozbrojeniowe. W konsekwencji jednostronne wyjście z niego USA groziłoby zniszczeniem całej konstrukcji.

ABM  czy NMD

Spodziewano się, że Clinton będzie przekonywał Putina do tego, aby się zgodził na "adaptację" układu ABM do warunków współczesnych. Nikt przy tym nie brał pod uwagę możliwości kompromisu ze strony Amerykanów i dominowało przekonanie, że niezależnie od stanowiska rosyjskiego, oni i tak będą  budować swój system NMD.

Patrząc z tego punktu widzenia, sytuacja Putina nie była łatwa. W rosyjsko-amerykańskim sporze o przyszłość systemu NMD mocniejsze karty były i są po stronie Waszyngtonu. W Moskwie nikt nie ma co do tego wątpliwości. Obejmując urząd prezydencki, nowy gospodarz Kremla dość jasno sformułował swoją koncepcję polityki wobec Stanów Zjednoczonych. Jej praktycznym wyrazem było szybkie i gładkie przeprowadzenie ratyfikacji układu START II, na co Jelcynowi nie starczało siły, a także - całkiem niedawno - ratyfikowanie układu o zakazie przeprowadzania prób z bronią jądrową. W ten sposób Putin oczyścił drogę do kolejnych porozumień rozbrojeniowych i dał jednoznacznie do zrozumienia, że jest w stanie zapewnić ich realizację u siebie, w kraju. 

Sygnał ten wyraźnie jednak został zignorowany za Oceanem i w najmniejszym stopniu nie wpłynął na stanowisko w sprawie NMD. W praktyce więc zakwestionowana została podstawowa formuła, na której opiera się promowana przez Putina koncepcja polityki w dziedzinie bezpieczeństwa: maksymalna redukcja zbrojeń przy dostatecznie efektywnej obronie.

Upór Amerykanów, broniących koncepcji NMD, burzył ten system i zmuszał Putina do zajęcia nieprzejednanej pozycji -  rosyjski przywódca na wszelkie próby skłonienia go do ustępstw odpowiadał niezmiennie: jeśli USA wyjdą z układu ABM, wówczas Rosja wycofa się ze wszystkich porozumień rozbrojeniowych - tych dotyczących broni nuklearnych, jak i konwencjonalnych - i przystąpi do realizacji własnej polityki w dziedzinie odstraszania jądrowego. Jedyny kompromis, na jaki dotąd Putin gotów był przystać, to prowadzenie dalszych rozmów w kontekście nie ratyfikowanych dotąd porozumień z 1997 roku. W tej sytuacji było jasno widać, że już przed szczytem układ ten jest on skazany na całkowite fiasko, które jeszcze bardziej zaciąży na stosunkach między Moskwą i Waszyngtonem.

Punkt dla Putina

A jednak - i trzeba oddać to Władimirowi Putinowi - potrafił on znaleźć wyjście z impasu. Na dzień przed spotkaniem z Clintonem, w wywiadzie dla stacji telewizyjnej NBC, rosyjski prezydent zaproponował, aby wspólnie rozwijać system obrony antyrakietowej. Propozycja ta była zaskoczeniem. I to nie tylko dla Amerykanów, ale - być może - w jeszcze większym stopniu dla rosyjskich generałów i przede wszystkim dla dowódcy rosyjskich strategicznych wojsk rakietowych, generała Władimira Jakowlewa. W rzeczywistości nie jest to nawet idea nowa - Moskwa jeszcze za czasów Jelcyna występowała z podobnymi sugestiami, a Putin po prostu ją reanimował. Co przy tym istotne, to to, że ani Stany Zjednoczone, a Rosja tym bardziej, nie są gotowe na realizację podobnego przedsięwzięcia. Realizacja planu budowy amerykańskiego systemu antyrakietowego tylko na Alasce (zasięg w promieniu około 2000 kilometrów, co łącznie z tym, na co zezwala układ ABM, pozwoli zasłonić parasolem antyrakietowym ponad 70 procent terytorium kraju) - kosztować będzie budżet USA prawie 60 miliardów dolarów. I co najmniej tyle samo musiałaby wydać Rosja, a być może nawet więcej, skoro - jak wynika z szacunków rosyjskich wojskowych - aby skutecznie chronić swoje terytorium, z racji warunków geograficznych, Rosja potrzebowałaby od 1000 do 1500 antyrakiet! To jest nierealne i w tym sensie propozycję Putina można porównać do jego wcześniejszej wypowiedzi o gotowości przystąpienia Rosji do NATO.

I mimo wszystko posunięcie rosyjskiego prezydenta było celne. Putin w istocie nie miał wyboru. Gdyby Clinton otwarcie odrzucił propozycję swojego rosyjskiego partnera, wówczas gospodarz Kremla miałby do wyboru dwie możliwości: albo ustąpić i przystać na rozmowy na warunkach Waszyngtonu, ale wówczas straciłby twarz i powtórzył doświadczenia Jelcyna, który nie raz straszył świat, a potem gładko się wycofywał; albo też rzeczywiście musiałby spełnić swoje groźby, co oznaczałoby konieczność zapomnienia na długie lata o równowadze strategicznej i podjęcie nowego wyścigu zbrojeń. 

Moskwy nie stać

Moskwa w żadnym razie nie może sobie na to pozwolić, bez powtórzenia tragicznych doświadczeń z czasów stalinowskich i okresu "wielkiej industrializacji". Pod względem wielkości produktu krajowego brutto Rosja zajmuje dziś 21. miejsce na świecie i pod tym względem ustępuje USA 45 razy. W przeliczeniu na głowę ludności wynik jest nieco lepszy, ale i tak ciągle jeszcze 25 razy gorszy niż w Stanach Zjednoczonych. Już teraz, jak otwarcie stwierdzano w toku debaty ratyfikacyjnej nad układem START II, Rosję stać na utrzymanie około 1000-1500 rakiet strategicznych i dokładnie tyle proponowała ona zapisać w porozumieniu START III. I nie może być inaczej, skoro roczne wydatki Rosjan na zbrojenia wynoszą zaledwie około 0,5 procent podobnych wydatków w USA.

Gra na czas

Putin znakomicie zdaje sobie z tego sprawę i trudno odmówić racji Siergiejowi Karaganowowi, który komentując propozycję rosyjskiego prezydenta twierdzi, że miała ona wyłącznie charakter polityczny. Z jednej strony - jest ona swego rodzaju "testem" wobec Amerykanów, a z drugiej - pozwala uniknąć konfrontacji z USA i to na okres 10-15 lat. Mówiąc inaczej, mając do wyboru otwarte starcie i unik, Putin wybrał to drugie, wychodząc z założenia, że skoro nie ma się w ręku dostatecznie mocnych kart, to przynajmniej dobrze jest wygrać na czasie. W końcu - jak twierdzi Karaganow - amerykańska inicjatywa, w krótkim okresie, jest bardziej niepokojąca dla Chin niż dla Rosji.

Zdaniem Siergieja Rogowa - dyrektora Instytutu USA i Kanady - w obecnej sytuacji trudno będzie przeciwdziałać próbom Amerykanów narzucenia Rosji drugoplanowej roli na arenie międzynarodowej i ignorowania jej interesów. Ale właśnie dlatego Moskwa nie powinna dopuszczać do dalszego zaostrzania napięcia i musi zachować wszystkie podstawowe mechanizmy stabilizujące stosunki rosyjsko-amerykańskie. I to był w istocie program minimum szczytu Clinton-Putin, z założeniem, że dialog będzie kontynuowany już z następnym gospodarzem Białego Domu. Temperatura i intensywność tego dialogu w dużej mierze będzie zależeć od tego, kto nim zostanie. Putin ma czas. Poczeka.



