ROZMOWA

Jerzy Dudek, bramkarz Feyenoordu i reprezentacji Polski

Życie w klasztorze

FOT. (C) REUTERS

Jerzy Dudek (na zdjęciu obok z lewej strony) ma 27 lat. 

Od 3 lat nie opuścił ani jednego oficjalnego meczu Feyenoordu.  28 sierpnia  na gali zorganizowanej przez holenderski związek piłki nożnej otrzyma nagrodę dla najlepszego piłkarza ligi holenderskiej w minionym sezonie.  Ostatni piłkarz z zagranicy otrzymał takie wyróżnienie 20 lat temu.

Czy będzie pan grał do końca kontraktu, czyli do roku 2003 w Rotterdamie?

JERZY DUDEK: To zależy od klubu. Jeżeli klub dostanie poważną ofertę, to trzeba będzie ją rozważyć. Życie piłkarzy zawodowych to wieczna tułaczka. Nie mamy prawa do niczego się przyzwyczaić. Ciężko się będzie rozstać z Holandią.

W jakim klubie chciałby pan grać?

Jak byłem małym chłopcem, to chciałem grać w III lidze w Górniku Knurów. Po 100 meczach w III lidze marzyłem o I lidze. Teraz gram w Feyenoordzie i słyszę o innych klubach. Gra w czołowym klubie włoskim, angielskim czy hiszpańskim - w Barcelonie, AC Milan, Realu, Interze Mediolan, Juventusie, Arsenalu - jest marzeniem każdego zawodowego piłkarza.

Według prasy holenderskiej za grę w Lidze Mistrzów do kasy Feyenoordu wpłynęło 30 milionów guldenów, czyli ok. 12 mln dolarów. Ile dostali z tego piłkarze?

Brutto ok. 7 mln dolarów. Zapłaciliśmy jednak od tej kwoty wielki podatek, bo 60 procent.

Jak pan trafił do Rotterdamu?

Przez przypadek, w 1996 roku. Najpierw byłem tam na obozie zimowym z moim klubem, Sokołem Tychy. Rozegraliśmy dwa sparingi z rezerwami Feyenoordu i zainteresował się mną menedżer Feyenoordu. Wróciłem do Polski i po pół roku Feyenoord przeprowadził z Sokołem poważne rozmowy. Oba kluby szybko dobiły targu. Z ciężkim sercem jechałem do Holandii. Byłem wtedy bramkarzem bez doświadczenia, rozegrałem w I lidze tylko 15 meczów. Nie płacono nam pensji przez kilka miesięcy. Koledzy sami mnie popychali, żebym wyjechał za granicę, bo dzięki pieniądzom z mojego transferu mogli egzystować. W lipcu 1996 roku podpisałem z Feyenoordem 6-letni kontrakt.

Ile zapłacił Feyenoord za pański transfer?

Czapkę gruszek. Suma jest 6-cyfrowa, śmiesznie mała. Lepiej jej nie wymieniać.

Zbigniew Małkowski jest trzecim Polakiem w Feyenoordzie, oprócz pana i Tomasza Rząsy. Jak porozumiewacie się z holenderskimi kolegami?

W szatni z Tomkiem żartujemy oczywiście po polsku. Na boisku dominuje język piłkarski i holenderski. Znajomość języka zawsze się przydaje. Kiedy do klubu przybyło 7 - 8 obcokrajowców, klub zlecił nam obowiązkową naukę holenderskiego. Lekcje odbywały się dwa razy w tygodniu.

Ostatnio odszedł z Feyenoordu trener Leo Beenhakker. Dlaczego?

Oficjalna przyczyna - to brak wyników. Razem z Tomkiem uważamy, że Beenhakker nie powinien odchodzić.

Reprezentacja Polski nie zakwalifikowała się do finałów mistrzostw Europy. Jakie są tego przyczyny?

Futbol to gra zespołowa. Liczą się nie tylko indywidualne umiejętności zawodników, ale i to, żeby wszystkim się chciało grać. Nie zawsze tak jest. Niektórzy myślą, żeby jak najszybciej urwać się ze zgrupowania i pojechać do domu. Wielu piłkarzy z reprezentacji Polski gra w zachodnich ligach. Podobnie jest z reprezentacją Holandii. Niestety, w naszej kadrze nie ma takich piłkarzy, jakich ma Holandia - oni grają w najlepszych klubach Europy, w Barcelonie, Manchesterze United, Interze, Arsenalu. Piłkarze holenderscy zajmują tam pierwszoplanowe role, decydują o obliczu tych zespołów. Niektórzy polscy piłkarze wręcz siedzą na ławce rezerwowych w zachodnich klubach. A w kraju udają wielkich piłkarzy i twierdzą, że od razu im się należy miejsce w reprezentacji. Moim zdaniem na to miejsce trzeba zasłużyć grą w klubie.

Wyniki reprezentacji są pochodną organizacji tego sportu w Polsce. Nie ma bazy treningowej dla juniorów. W Holandii każda wioska ma takie boiska treningowe, jakich u nas nie ma narodowa drużyna. U nas juniorzy muszą grać na wynik. W Holandii na tym etapie szkolenia wynik nie jest ważny. Mówią: "Przegrajmy mecz, ale nauczmy się czegoś. To będzie w przyszłości procentować." W Holandii dziecko zaczyna chodzić na treningi, gdy ma 6 lat. W Polsce szkolenie zaczyna się późno, od 11 roku życia. To wynik złej sytuacji finansowej klubów. Poza tym ludzie nie są przyzwyczajeni do płacenia składek na klub ani zawożenia dzieci na mecze swoimi samochodami. Polscy piłkarze przyzwyczaili się, że klub musi im wszystko dać.

Jak wygląda pański przeciętny dzień? Trenuje pan więcej niż w Polsce?

Środy są wolne, to dzień dla rodziny. Zwykle o 10.30 zaczynam 30-, 45-minutowy trening z dwójką innych bramkarzy, mamy własnego trenera. Później dołączam do grupy. Po 1,5 - 2 godzinach treningu czeka mnie siłownia i masaże. Obiad jemy o 13.00. Poza tym żyjemy według własnych zasad, ale do wielu rzeczy w nowym środowisku trzeba się dopasować, bo inaczej zaczynają się problemy.

Zawsze chciał pan być bramkarzem?

Zaczynałem jak wszyscy, od gry na podwórku. Byłem najmłodszy i stawiano mnie do bramki, bo wszyscy chcieli strzelać gole i się cieszyć. Potem byłem w klasie sportowej. Gdy miałem 13 lat, trener zaczął wystawiać mnie w polu, ale minął rok i wróciłem do bramki. Trener uznał, że tam przydam się najbardziej.

Jakie ma pan hobby?

Moja rodzina to moje hobby, żona Jolanta i 3-letni syn. Jestem domatorem. Kolekcjonuję koszulki znanych piłkarzy i bramkarzy, mam ich ponad 30. W Feyenoordzie mamy tylko po dwa zestawy koszulek, wiec w meczach ligowych nie ma mowy o wymianie. Na grę w Lidze Mistrzów mieliśmy więcej koszulek i mogłem się wymieniać.

W telewizji belgijskiej nazywają pana "Jerzy Jurek Dudek".

Nie mogę wytłumaczyć niektórym Holendrom, ani Belgom, że imię Jurek to zdrobnienie od Jerzy. Imienia Jerzy nie mogą wymówić, więc podpisuję się Jurek. Jedni nazywają mnie Jurek, inni Jerzy Jurek.

Jest pan popularny. Niektórzy mówią o "dudkomanii". Czy ma pan jakieś przywileje w sklepach?

Dają mi zniżki przy zakupach. Znajomy Włoch za darmo chce gościć mnie i moją rodzinę w swojej restauracji. Twierdzi, że to przywilej dla przyjaciół. Ale ja nie chcę ludzi wykorzystywać.

W Holandii stał się pan idolem młodzieży. Dostrzegło to haskie Ministerstwo Spraw

Zagranicznych. Chcą pana sfilmować w Polsce, przybliżyć nasz kraj młodym Holendrom i w ten sposób propagować akces Polski do Unii Europejskiej. Co pan na to?

Słyszałem o tych planach od mojego menedżera. To poważna sprawa. Jeżeli mogę w ten sposób pomóc ojczyźnie, to oczywiście się zgadzam. Wejście Polski do Unii to sprawa bardzo poważna. Ma to plusy i minusy. Nie chciałbym jednak, żeby po wejściu Polski do UE nasi rolnicy czekali pod moim domem i mówili: "Ty, my nie chcemy do Unii".

Czy pańscy klubowi koledzy wiedzą coś o Polsce?

Dwa lata temu dwóch moich kolegów obejrzało film "Lista Schindlera" i postanowili pojechać do Polski, do Krakowa, aby zobaczyć na własne oczy miejsce akcji filmu i książki. Ja im pomogłem, pojechałem razem z nimi. Zwiedziliśmy Kraków, getto, gdzie nakręcono film, byliśmy w Oświęcimiu. Wycieczka wywarła na nich wielkie, pozytywne wrażenie. Miło się później wypowiadali o Polsce w prasie holenderskiej. W tym roku koledzy wybierają się do Berlina.

Czy Holendrzy mają szansą wygrać mistrzostwa Europy?

Chciałbym, żeby tak było. Będzie im bardzo ciężko, będą pod wielką presją i nie wiem, czy zawodnicy będą w stanie sobie z tym poradzić. Ja będę im kibicować przed telewizorem w kraju. Mam zaplanowany miesięczny urlop z rodziną. Czekają mnie też dwa benefisowe mecze: jeden z moich pierwszych trenerów obchodzi 60. urodziny, a trener Kaczmarek 30-lecie pracy trenerskiej. Na początku lipca wracam do Rotterdamu, do pracy i życia w klasztorze.

Rozmawiała w Rotterdamie

Małgorzata Bos-Karczewska


