GOSPODARKA ŚWIATOWA

Jeśli trzecia droga istnieje, to przebiega ona między państwowym socjalizmem i korporacyjnym, globalnym kapitalizmem

Janusowe oblicze globalizacji

RYS. ALICJA KRZĘTOWSKA

KAZIMIERZ KRZYSZTOFEK

Globalizacja jako najważniejszy bodaj proces naszego czasu zasługuje na to, aby patrzeć na jej dobre i gorsze strony. Nie jest to łatwe, z każdego punktu globu widać ją bowiem inaczej.

Korzyści globalizacji widziane oczami jej zwolenników:

- globalizacja ekonomiczna osiągnięta dzięki usunięciu barier wolnego handlu towarami i pieniędzmi promuje konkurencję, efektywność, przysparza miejsc pracy, obniża ceny dóbr konsumpcyjnych itp.;

- prywatyzacja, która przenosi zarządzanie i zasoby od rządów w prywatne ręce, poprawia efektywność; państwo ma dbać o infrastrukturę, rządy prawa, prawa własności, stać na straży umów;

- bez globalizacji utrudniony jest transfer czynników rozwojowych, nic nie przyciąga inwestorów itp.;

- coraz trudniejszy żywot mają wszelkiego rodzaju dyktatury;

- globalizacja per saldo opłaci się wszystkim społeczeństwom, ponieważ coraz bardziej technologizujący się biznes światowy wymaga coraz więcej tego, co się określa jako kompetencję cywilizacyjną - po prostu coraz lepszego wykształcenia.

Eliminuje wielkie wojny

Optymalne zachowanie jednostek, grup i całych społeczeństw polega do dostosowaniu się do tego procesu, znalezieniu sobie w nim niszy. Alternatywą korporacji ponadnarodowych jest system bazujący na zasadach, które znamy i których wynikiem jest świat wojen i konfliktów wywoływanych nacjonalizmami i szowinizmami. Najnowsza historia daje do ręki argumenty adwokatom globalizacji.

Do najważniejszych zalet globalizacji zalicza się to, że eliminuje ona wielkie wojny. Jeśli się nadal toczą, to przyczyną nie jest globalizacja, lecz - na przekór niej - dogorywające waśnie etniczne. Wszystkie wielkie cywilizacje powstały dzięki ideologicznie, kulturowo czy religijnie usankcjonowanym podbojom. Cywilizacja globalna ma szanse być pierwszą, która powstanie nie w wyniku fizycznych zawładnięć i pokonania schizmy. Globalizacja wymaga przestrzegania pewnych norm, z których najważniejszą jest pokojowe rozwiązywanie konfliktów. Sankcją za nieprzestrzeganie tej normy staje się dziś groźba wykluczenia z "globalnego plemienia", poza którym nikt sobie nie poradzi we współzależnym świecie. Nawet jeśli nie będzie się przestrzegać tej normy z przekonania, to będzie się to czynić z rozsądku: świat staje się tak gęstą siecią powiązań wszelkiego rodzaju, że wszczynanie konfliktów będzie po prostu nieopłacalne, gdy powód, dla którego wszczynano wojny - zawładnięcie obcym terytorium - przestaje się liczyć jako źródło bogactwa i siły. Jedyne wojny, których nie da się uniknąć, to wojny handlowe, ale one nie powodują ofiar.

Pomoże  środowisku naturalnemu

Globalizacja pomoże także środowisku naturalnemu; pod koniec XX wieku świat rozwinięty potrzebuje tylko 50 procent surowców wymaganych do produkcji tej samej wartości dóbr co w 1960 roku. Globalizacja wymusza innowacyjność, a ta oznacza mniejsze koszty, lepsze technologie, przyjazne środowisku i ludziom, energooszczędne. Rezygnacja z tych technologii groziłaby dewastacją planety. Bez czynników rozwoju płynących z rynku globalnego większość krajów nie miałaby szans na rozwój. Dzięki mobilności kapitału w ciągu pół wieku nastąpił pięciokrotny wzrost gospodarczy w skali planety, handel międzynarodowy zwiększył się dwunastokrotnie, a inwestycje bezpośrednie około trzydziestu razy.

Nikt nie wymyślił  lepszej formuły

Wedle raportu Banku Światowego z 1998 roku w latach dziewięćdziesiątych 70 procent nowych firm i fortun wyrosło na rynkach oferujących nowe produkty i usługi, których nie było w poprzedniej dekadzie; w ciągu następnej dekady tempo będzie jeszcze szybsze: 80 - 90 procent sprzętu zostanie wymienione na nowy, oszczędny, tańszy, redukujący zużycie surowców. Coraz więcej inwestycji bezpośrednich kierowanych jest na badania i rozwój, które z definicji są proekologiczne; coraz mniej ludzi w skali globalnej pracuje w wytwórczości, a coraz więcej w "czystych" usługach. Możemy uzyskać błyskawiczne informacje z banków danych na całym świecie. Różne dziedziny wiedzy zapładniają się wzajemnie ideami i pomysłami. Kreatywność ogromnie wzrasta, tempo innowacji będzie bardzo szybkie. Twórczość na potrzeby rynków globalnych daje zajęcie i dochody, a także satysfakcję z tego, że jest się zdolnym do cywilizacyjno-kulturowej kooperacji ze światem.

Globalizacja dopiero raczkuje, korzysta z upadku konkurencyjnego systemu, jakim był socjalizm. Świat jeszcze płaci frycowe. Nie zachęcający początek globalizacji jest koniecznym kosztem, tak jak kapitalizm manchesterski był wprowadzany wielkim kosztem społecznym, zanim doszło do jego humanizacji. Na rezultaty globalnej modernizacji przyjdzie też poczekać. Należy więc zaakceptować obecne nierówności w skali światowej, pod warunkiem jednak, że uzna się je za cenę przyszłych korzyści.

Globalizacja po prostu musi mieć ludzką twarz albo jej nie będzie wcale. Będzie się ona cywilizować, pod warunkiem że nie będzie ruchów antyglobalizacyjnych na wielką skalę. Obrońcy globalizacji twierdzą nie bez racji, że warunki pracy w krajach najbardziej zacofanych odbiegają od tych w krajach centrum, ale biznes lokalny stwarza jeszcze gorsze. To prawda, że ludzie w biednych krajach są eksploatowani, ale dzięki napływowi kapitału setki tysięcy mają jakąkolwiek pracę.

Podsumowując argumenty przemawiające za globalizacją, można powiedzieć, że jej obrońcy stosują retorykę Winstona Churchilla: globalizacja jest może i złą formułą na ład światowy, ale nikt nie wymyślił lepszej. Żaden inny ład nie stwarza nadziei na odzianie, wykarmienie i zapewnienie schronienia sześciu, a w przyszłości więcej miliardom ludzi.

Teraz o negatywach

Zarzuty pod adresem globalizacji czynią ją odpowiedzialną za:

- zdeformowany rozwój większości społeczeństw;

- poważne straty kulturowe;

- erozję społeczeństw obywatelskich tam, gdzie one istnieją, i uniemożliwianie ich powstania na obszarach, na których brak tradycji demokracji;

- osłabianie pozycji państw narodowych jako ważnych aktorów międzynarodowych;

- destabilizację globu przez pogłębianie napięć na tle rosnącego ubóstwa i presji emigracyjnych;

- prowokowanie fundamentalizmów;

- sprzyjanie niekontrolowanym procesom transnarodowym o charakterze patologicznym (korupcja, zorganizowana przestępczość);

- ekspansję ponadnarodowych organizmów, których nikt nie kontroluje;

- przekształcanie milionów ludzi w tani towar;

- niszczenie solidarności społecznej w skali wewnętrznej społeczeństw oraz na skalę międzynarodową przez gwałcenie podstawowych zasad sprawiedliwości.

Na takiej krytyce globalizacji wyrosła cała plejada autorów dorównujących międzynarodowym rozgłosem czołówce jej obrońców. Nie brak wśród nich także autorów pochodzących z USA, kraju, któremu wszędzie na świecie przypisuje się rolę głównego beneficjenta globalizacji. Głośny na Zachodzie, ale mniej znany w Polsce David Korten, zaprzysięgły krytyk korporacji, powiada, że żyjemy w świecie, w którym setki miliardów dolarów goni za zyskami w globalnym kasynie, które nie są inwestowane w produkcję, co powoduje niewyobrażalne marnotrawstwo na skalę światową. Obowiązuje prosty zestaw: uprościć, zredukować, zwolnić zbędną załogę, zrestrukturyzować, zderegulować, zliberalizować, konkurować. Słowem: ekonomia wysokiej wydajności i high-tech pożerają dobrobyt i pracę oraz wypluwają konsumentów.

Zwycięzca bierze wszystko

Taka globalizacja może zagrozić politycznej stabilności demokracji zachodniej: zwycięzca bierze wszystko, znika więcej miejsc pracy, niż się tworzy, los pracownika zależy nie tyle od kondycji firmy, jak to miało miejsce w narodowych przemysłach, ile od globalnej strategii korporacji. Poprzednio narody, społeczeństwa, jednostki konkurowały odpowiednio z innymi narodami, społeczeństwami; dziś jednostka w świecie kurczącej się pracy zabiega o względy swego korporacyjnego pracodawcy. W skali globu pracy nie przybywa, lecz jest jedynie redystrybuowana; wygrywają ci, którzy godzą się na niższe płace, zwolnienia z podatków, obniżone wymogi ekologiczne, gorsze warunki pracy. W ten sposób bogactwo przepływa ze społeczności do korporacji i udziałowców. Trudno w tych warunkach żądać od narodów, aby były bardziej konkurencyjne globalnie, kiedy wiadomo, ze konkurencyjne mogą być jedynie korporacje.

Narody muszą zrozumieć, że sama konkurencja je niszczy, dlatego muszą także rozwijać kooperację. O jakiej zresztą konkurencji można mówić, gdy na globalnym rynku nie ma w zasadzie regulacji, która powściągałaby rynkowe żywioły. Globalizacja to rozciągnięta na świat konkurencja, której nie ma na rynkach narodowych, nawet w takich ostojach liberalizmu jak USA czy jeszcze do niedawna Hongkong. Na rynku są rekiny i płotki, i tych drugich nikt nie chroni. Sytuację mogłaby nieco uzdrowić międzynarodowa solidarność, ale tej nie ma ani po stronie bogatych, ani biednych.

Większość skazana

Jedynie silne i bogate państwa są partnerem, z którym korporacje muszą się liczyć. Dlatego też globalizacja w centrum może mieć ludzką twarz w przeciwieństwie do peryferii, gdzie przybiera często odrażające oblicze. Jest mrzonką, że wzrost bogactwa w skali globalnej wyeliminuje biedę. Rozwój w warunkach globalizacji stwarza szanse mobilności społecznej tylko mniejszości, większość zaś będzie skazana na szukanie szans wyrwania się z nędzy.

David Korten nazywa to zdradzeniem Adama Smitha przez globalny kapitalizm, gdyż pluralizm i konkurencyjne rynki, czyli tradycyjny kapitalizm, są zastępowane przez korporacyjną, centralnie planowaną i zarządzaną gospodarkę. Gospodarka służy ludziom, interesowi publicznemu, jeśli sprzyja rozwojowi wspólnoty, opiera się na zaufaniu, współpracy i wzajemnych zobowiązaniach, niezależnych od dalekich układów, własność jest lokalna, a działalność komercyjna wykonywana przez małe przedsiębiorstwa. Silne demokratycznie i odpowiedzialne rządy wprowadzają w życie produktywną społecznie funkcję rynku, silne i politycznie aktywne społeczeństwa obywatelskie zmuszają rząd do odpowiedzialności za sferę publiczną.

Rynek globalny neguje wszystkie te warunki.

Duży biznes i mały rząd to klęska dla sfery publicznej. Jeśli nie chcemy wtrącania się rozbudowanego państwa w biznes, to ten musi być mały, nie może to być kapitalizm korporacyjny. Jeśli w ogóle jest jakiś sens szukania trzeciej drogi, to przebiega ona między państwowym socjalizmem i korporacyjnym, globalnym kapitalizmem.

Obie szale, na których ważą się plusy i minusy globalizacji, są - jak widać - pełne. Należałoby się zastanowić, jak się  wahają między Odrą i Bugiem.

Autor jest socjologiem. Wykłada w Uniwersytecie Jagiellońskim i Uniwersytecie w Białymstoku.


