Kim Dzong Il i Kim De Dzung spotykają się w Phenianie podczas historycznego szczytu koreańskiego

Jak pierwszy krok człowieka na księżycu

Południowokoreańscy parlamentarzyści w trakcie uroczystości palenia świec wokół mapy Półwyspu Koreańskiego dla uczczenia spotkania przywódców państw koreańskich w Seulu

FOT. (C) AP

OD NASZEGO SPECJALNEGO WYSŁANNIKA

Po raz pierwszy od podziału Korei na dwa wrogie sobie państwa ich przywódcy uścisną sobie dziś dłonie. "To dla nas to samo co dla świata pierwszy krok człowieka na Księżycu"- napisała wczoraj jedna z seulskich gazet. Przez trzy dni, od dziś do czwartku, północnokoreański przywódca Kim Dzong Il będzie gościł w Phenianie prezydenta Korei Południowej Kim De Dzunga.

Choć spotkanie zapowiedziano przed dwoma miesiącami, opinia publiczna na Południu wciąż nie może ochłonąć z oszołomienia. Ogłoszone w ostatniej chwili jednodniowe opóźnienie szczytu pogłębiło tylko panujące na Południu wrażenie nieprzewidywalności dalszych wydarzeń.

- Jesteśmy jak widzowie w teatrze - przyznaje Ju Kun Il, publicysta dziennika "Chosun Ilbo", jeden z najbardziej wpływowych komentatorów politycznych w kraju, znany z konserwatywnych poglądów. - Możemy jedynie z osłupieniem obserwować błyskawiczny rozwój wydarzeń, do końca nie rozumiejąc, dokąd zmierzają.

Przez ostatnie pół wieku Seul i Phenian to szczerzyły do siebie zęby, to próbowały ze sobą rozmawiać, ale bez większego skutku. Stan uśpionej wojny i całkowita izolacja Korei Północnej od świata sprawiły, że Koreańczycy na Południu zdążyli przyzwyczaić się do zimnowojennego status quo, którego nie zmienił nawet koniec zimnej wojny między USA i ZSRR. Szczyt prezydencki był blisko w 1994 roku, ale niespodziewana śmierć północnokoreańskiego przywódcy Kim Ir Sena doprowadziła do zerwania dialogu. Jeszcze w zeszłym roku, mimo prowadzonej przez Seul "słonecznej polityki" angażowania Północy, doszło do starcia okrętów obu państw u wybrzeży półwyspu.

Dwa wewnętrzne  przełomy

Wszyscy w Seulu zadają więc sobie pytanie: skąd ten nagły przełom? Czemu Kim Dzong Il, którego reżim tak długo nie chciał rozmawiać z "amerykańskimi marionetkami z Południa", nagle zgodził się przyjąć ze wszystkimi honorami południowokoreańskiego prezydenta? Zdaniem Czoj Dzin Wuka, analityka z Koreańskiego Instytutu Zjednoczenia Narodowego, o wszystkim zadecydowały sprawy wewnętrzne obu państw. Nagłe przyspieszenie tajnych negocjacji i ogłoszenie wspólnego komunikatu tuż przed wyborami parlamentarnymi na Południu nie pozostawia żadnych wątpliwości - Kim De Dzung, który nie może się pochwalić znaczącymi sukcesami na innych frontach, potrzebował spektakularnego sukcesu swej polityki wobec Korei Północnej, by zapobiec przewidywanej w sondażach katastrofie wyborczej jego partii. Partia co prawda przegrała, ale porażka była znacznie łagodniejsza, niż przewidywano, i Kim De Dzungowi udało się utrzymać niezbędny do swobodnego rządzenia stan posiadania w parlamencie.

Dla Kim Dzong Ila, który najwyraźniej zdążył już okrzepnąć u władzy po śmierci swego legendarnego ojca Kim Ir Sena, traktowanego na Północy z boską czcią, szczyt jest szansą na ugruntowanie swej pozycji i wystąpienie w roli przyszłego przywódcy zjednoczonej Korei. Już teraz tak właśnie określają go północnokoreańskie media. Między innymi dlatego Północ nalegała na zorganizowanie szczytu w Phenianie, tak by to prezydent Południa przyjechał na Północ i niejako uznał zwierzchnictwo tamtejszego przywódcy.

Pod władaniem Kim Dzong Ila kraj pogrążył się w najgłębszej od wojny koreańskiej zapaści gospodarczej, po części w wyniku nawiedzających go rok po roku klęsk żywiołowych, po części wskutek izolacji, a po części z powodu niewydolności systemu komunistycznego. Przeczekawszy najgorsze, Kim Dzong Il przystąpił do dyplomatycznej ofensywy na nie spotykaną w historii Korei Północnej skalę. W ciągu paru miesięcy Phenian nawiązał stosunki dyplomatyczne z Włochami i wznowił rozmowy z Japonią. Przed dwoma tygodniami Kim Dzong odbył swą pierwszą podróż zagraniczną od 17 lat i odwiedził Pekin, tradycyjnego sojusznika KRL-D. Wkrótce przyjmie u siebie prezydenta Władimira Putina. Mówi się, że osobiście wystąpi podczas sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ.

Ryzykowny sukces

Wbrew pozorom szczyt jest politycznie bardziej ryzykownym przedsięwzięciem dla prezydenta Południa. To Północ dyktuje warunki - jak widać na przykładzie decyzji o opóźnieniu szczytu o jeden dzień - i to ona będzie mogła bez problemu wykorzystać szczyt do własnych, wewnętrznych i zewnętrznych, celów. Zdaniem seulskich specjalistów od Korei Północnej, tamtejsza propaganda działa tak sprawnie, a społeczeństwo jest kontrolowane w tak wielkim stopniu, że szczyt będzie odbierany przez społeczeństwo tak, jak tego będą chciały władze.

Przed prezydentem Kim De Dzungiem, któremu na ręce patrzą nie tylko opozycja i media w kraju, ale i zagraniczni sojusznicy, stoi dużo trudniejsze zadanie. Zdaniem politologa Kim Wu Sanga, prezydent Kim De Dzung może i zapewne będzie rozmawiać o pomocy gospodarczej dla Północy, ale nie może sobie pozwolić na dyskusje w sprawie poważnych zmian politycznych, o co zapewne zabiegać będzie strona północna. Chodzi na przykład o żądania Phenianu wycofania wojsk amerykańskich z półwyspu czy zniesienia ustawy o bezpieczeństwie narodowym, wymierzonej w zwolenników Phenianu na Południu.

- Wszelkie nagłe przełomy polityczne podczas tego szczytu mogły być dla nas katastrofalne w skutkach - mówi politolog Kim. Zdaniem jego i większości południowokoreańskich analityków bezpieczeństwa, sojusz militarny z USA to podstawa bezpieczeństwa Korei Południowej, a więc zgoda na wycofanie wojsk amerykańskich czy choćby uznanie, że może być ono przedmiotem negocjacji, są zwyczajnie niebezpieczne. Z kolei ustępstwa w sprawie ustawy o bezpieczeństwie narodowym oznaczałyby uznanie prawa Phenianu do wtrącania się w wewnętrzne sprawy Południa. Kim De Dzung będzie się poruszał po dość grząskim gruncie. Z punktu widzenia stosunków międzykoreańskich decyzja o szczycie to ze strony Kim De Dzunga hazardowa zagrywka - mówi Czoj Dzin Wuk. - Każdy nieuważny krok może mieć opłakane skutki.

Spotkanie obu Kimów będzie więc udane, jeśli przełamie powstałe przez pół wieku lody i zapoczątkuje dalszy dialog - więcej trudno się spodziewać. - Największym sukcesem tego szczytu będzie to, że się odbył - mówi Kim Wu Sang, politolog z renomowanego Uniwersytetu Jonsej.

Ostrożnie  ze świętowaniem

Sukcesem będzie więc sam fakt, że przywódcy obu państw koreańskich będą ze sobą normalnie rozmawiać, a nie przerzucać się inwektywami ponad szczelną barierą strefy zdemilitaryzowanej, oddzielającej te kraje. Jak mówi się w Seulu, wielki sukces oznaczałoby ustalenie stałych kanałów negocjacji lub porozumienie w sprawie podzielonych rodzin. - Ale najważniejszy jest precedens, danie impulsu do zmian, stworzenie lepszej atmosfery - dodaje Kim Wu Sang.

Na Południu już widać zmianę nastawienia do Phenianu. Książki o Korei Północnej, zwykle cieszące się miernym zainteresowaniem południowokoreańskich czytelników, sprzedają się ostatnio jak świeże bułeczki. W telewizji nieustannie pokazywane są nieliczne dostępne materiały filmowe z Północy.

Media, w których jeszcze parę lat temu celowo unikano przedstawiania wizerunków przywódców z Północy, pełne są Kim Dzong Ila. Zmienił się też ton, w jakim mówi się o skrytym północnokoreańskim przywódcy. Kiedyś południowokoreańska propaganda przedstawiała go jako playboya i półidiotę, teraz mówi się o nim zwyczajnie jak o polityku o "odmiennym niż Kim De Dzung stylu i życiorysie". Jedna z największych firm zajmujących się organizacją ślubów i wesel przeprowadziła konkurs na sobowtórów obu koreańskich przywódców. Dom towarowy Lotte zorganizował dla swych klientów zabawę w przecinanie kolczastego drutu.

- Tu, na Południu, odbiera się ten szczyt zbyt emocjonalnie, panuje nastrój narodowej fiesty - uważa publicysta Ju Kun Il. - Tymczasem to nie są żarty, powinniśmy do sprawy podchodzić chłodno, kalkulować jak brydżyści, pamiętać, z kim rozmawiamy. Mam nadzieję, że prezydentowi nie udzieli się ta ekscytacja.

Sojusznicy patrzą

Od Pekinu po Waszyngton, od Tokio po Moskwę - obu Kimów w napięciu obserwować będą także największe mocarstwa świata. Każde z nich ma na Półwyspie Koreańskim wiele do zyskania i równie wiele do stracenia.

Gra o zjednoczenie Korei stała się na przykład głównym frontem batalii politycznej między USA a Chinami o dominację na Dalekim Wschodzie. Obu krajom gwałtowne zjednoczenie jest nie na rękę, ale zdają sobie dobrze sprawę, że nagłe załamanie reżimu na Północy może sprawić, że sytuacja wymknie się spod czyjejkolwiek kontroli. Każda ze stron mówi więc: jeśli już Koreańczycy się zjednoczą, to niech to następuje stopniowo i pod naszą kuratelą. Gra toczy się o wielką stawkę. Dotąd to Amerykanie rozgrywali karty, kontrolując poczynania Seulu i utrzymując Koreę Północną w politycznej oraz gospodarczej izolacji. Ale tajne negocjacje prowadzące do koreańskiego szczytu odbywały się w Chinach.

W czwartek Amerykanie zapowiedzieli rychły przełom w swoich stosunkach z Phenianem. Nieoficjalnie mówi się o zniesieniu przez USA sankcji wobec Phenianu i wstrzymaniu przez Koreę Północną prac nad rakietami balistycznymi coraz dalszego zasięgu. Już na następny dzień do gry włączyła się Rosja, która ogłosiła, że w najbliższym czasie prezydent Putin złoży wizytę oficjalną  w Phenianie.

Jak mówi jeden z dyplomatów zagranicznych w Seulu, koreańska kurtyna poszła w górę i zaczął się spektakl, którego scenariusza nie są w stanie dokładnie przewidzieć nawet jego współtwórcy.

Piotr Gillert z Seulu







