POLSKA - UNIA EUROPEJSKA

Scalanie kontynentu po 50 latach różnej pod każdym względem drogi rozwoju dwóch jego części stanowi przedsięwzięcie gigantyczne

Im bliżej, tym dalej

KATARZYNA KOŁODZIEJCZYK

Polska w Unii Europejskiej - kwestia, która od lat dominuje w polityce państwa, zdominowała ostatnio także media. Byłby to sygnał świadczący o tym, że Polacy oswajają się powoli z problemami członkostwa w Unii, gdyby nie to, że przeciętnemu czytelnikowi trudno się zorientować, jak naprawdę układają się sprawy pomiędzy Polską i UE. 

Bywa, że uchodzimy za prymusa i cel wydaje się w zasięgu ręki. To znów nasze członkostwo się oddala, na przykład z powodu reform wewnętrznych samej Unii, my zaś ciągniemy się w ogonie coraz to dłuższej kolejki, w której ustawiają się - z lepszym niż Polska skutkiem - coraz to nowi kandydaci. Dowiadujemy się nawet, że przez własne opóźnienia Polacy nie tylko przekreślają swoją szansę, ale blokują drogę innym kandydatom, jak pisał ostatnio "Die Welt".

Zamieszania powstało także niedawno wokół wyznaczonego przez nas samych terminu gotowości przystąpienia Polski do Unii. Przez moment nie było pewne: obstajemy przy terminie, czy też nie?

Doniesienia z ostatniego szczytu UE w Feirze nie zabrzmiały optymistycznie. Niemiecka "Stuttgarter Zeitung" skomentowała go krótko: rezultaty szczytu okazały się poniżej oczekiwań, ponieważ Unia nie zwiększyła swojej zdolności do przyjęcia nowych członków ani o milimetr.

Wspólzależność interesów

Dobrze byłoby, oceniając sprawy, jakie toczą się pomiędzy UE i Polską oraz innymi kandydatami, uświadomić sobie właściwą miarę rzeczy. Scalanie kontynentu po 50 latach różnej pod każdym względem drogi rozwoju dwóch jego części stanowi przedsięwzięcie gigantyczne. Nie ma jednak podstaw obawiać się, że UE mogłaby z tego projektu zrezygnować. W tej kwestii interesy narodowe państw członkowskich Unii oraz kandydatów są współzależne: jedni muszą się modernizować, żeby przetrwać, i do tego celu potrzebują Unii. Inni z kolei obawiają się, że jeśli podział w Europie się utrzyma, UE nie sprosta wyzwaniom globalnym, a w razie czarnego scenariusza zostanie wciągnięta w otwarte konflikty we wschodniej i południowej części kontynentu z powodu niekończących się sporów, biedy i zacofania (Bałkany, problem imigracji i przykład Dover - to gorzkie lekcje dla Unii).

Kwestią rozstrzygającą o powodzeniu rozszerzania Unii jest wybór metody - logiczny i zrozumiały sposób postępowania UE wobec kandydatów. Takiej jasności w postępowaniu Unii nie ma. Nie ułatwia to kandydatom, w tym Polsce, realizowania programu przystosowawczego i utrudnia przebieg negocjacji. O kwestii tej wspomniał premier Francji Lionel Jospin (Francja przejmuje przewodnictwo w UE w drugim półroczu bieżącego roku). Niektórzy z kandydatów - stwierdził Jospin - "oczekują, że w czasie naszego przewodnictwa zapadną decyzje, jeśli nie wytyczające daty następnych etapów rozszerzenia, to przynajmniej jednoznacznie wskazujące metody zakończenia negocjacji".

Ruchomy cel

Jasność postępowania wobec kandydatów jest niezbędna. Tym bardziej że realizując program dostosowawczy, kandydaci mają przed sobą ruchomy cel. Chodzi nie tylko o przeprowadzane reformy wewnątrz Unii, ale i o zmiany w dziedzinach, które stanowią o istocie UE - takie jak powołanie Unii Walutowej, wspólnej polityki bezpieczeństwa i obrony, Karty Praw Podstawowych - a także o nowe regulacje w dziedzinach właśnie negocjowanych (ochrona środowiska, polityka socjalna). W trakcie negocjacji Unia zmienia wymagania i zasady postępowania w niektórych dziedzinach. Teraz na przykład nie wystarczy włączyć unijnego dorobku prawnego do narodowego, trzeba też wykazać, że państwo potrafi nowe prawo stosować w praktyce.

Kwestia niejasnego i niespójnego postępowania Unii wymaga racjonalnej korekty. Z jednej strony program dostosowawczy kandydatów nie powinien hamować wewnętrznego rozwoju ani zmian zachodzących w samej Unii, z drugiej - wewnętrzne sprawy Unii nie mogą hamować ani oddalać momentu zakończenia negocjacji i dopuszczenia kandydatów do członkostwa. Inaczej będzie to dla nich oznaczało sytuację zgoła paradoksalną: im bliżej, tym dalej.

Również nie do końca jasna jest zasada wyłaniania kandydatów do UE. Jeśli się potwierdzą domniemania, że poprzez dopuszczanie coraz większej grupy kandydatów do negocjacji (dziś 12) Unia zmierza do zamazania różnic dzielących grupę kandydatów zaawansowanych od gorzej przygotowanych, aby w ten sposób opóźnić rozszerzenie, to będzie to oznaczało utratę wiarygodności Brukseli. W tej kwestii przestrzeganie zasady przejrzystości wprowadziłoby więcej spokoju we wzajemne stosunki.

Potrzebne przyspieszenie

W ostatnim półroczu Polska nie była prymusem. Ma poważne opóźnienia w dostosowaniu własnego prawa do unijnego. Nie zamknęła też zamierzonej liczby rozdziałów w procesie negocjacyjnym. Z czyjej winy? Premier Portugalii, Antonio Guterres, stwierdził krótko: kto zamyka mało rozdziałów, sam jest sobie winien.

Jednak wiele wskazuje na to, że Warszawa upora się z zaległościami. Świadczy o tym z jednej strony przyjęta zasada uchwalenia w jednym pakiecie ustaw europejskich, z drugiej zaś powołanie "wielkiej komisji" - reprezentacji głównych partii - której zadaniem jest szybkie i sprawne przeprowadzenie ustaw w parlamencie.

To parlamentarne przyspieszenie jest odpowiedzią na wątpliwości, czy Warszawa utrzyma wyznaczony przez Polskę termin gotowości do członkostwa na pierwszy dzień 2003 roku.

Wątpliwości powstały, kiedy Bronisław Geremek, minister spraw zagranicznych RP, oświadczył w Luksemburgu (14 czerwca), że Polska nie robi już głównego problemu z określenia daty członkostwa w UE, by nie stracić poparcia Francji i Niemiec. Ale dodał też: "Nie zmieniamy naszego stanowiska. Uważamy, że powinna być data..." Wobec rewelacji pierwszego zdania prasa na ogół omijała drugi człon wypowiedzi, choć mógł on wskazywać na chęć pobudzenia do działania zarówno strony polskiej, jak i państw członkowskich UE, które się opierają przed wyznaczeniem daty poszerzenia. Toteż przy pierwszej okazji premier Jerzy Buzek oświadczył w Portugalii w rozmowie z premierem Guterresem (18 czerwca), że "Polska podtrzymuje stanowisko, że na początku 2003 roku chcielibyśmy być pełnymi członkami Unii Europejskiej".

Romano Prodi, przewodniczący Komisji Europejskiej, przyznał, że określenie terminu poszerzenia UE miałoby efekt mobilizujący, i powołał się na przykład z wprowadzeniem euro. Jednak Bruksela nadal unika podania terminu. Być może dlatego, że jak długo nie pojawi się data, tak długo jest nadzieja, że znajdzie się jakaś ważna kwestia, która pomoże oddalić na jakiś czas kłopotliwe przyjęcie nowych członków.

Zaproponowaną przez Warszawę datę za swoją przyjęła reszta kandydatów z pierwszej grupy. Teraz całej grupie nie pozostaje nic innego, jak dotrzymać słowa, to znaczy być gotowym do członkostwa na początku 2003 roku. Będzie to godzina prawdy dla obu stron. Dla Unii także.

Federacja, ale jaka

Jaki jest finalny cel integracji europejskiej, jaka będzie ostateczna konstrukcja zjednoczonej Europy? - tego nie wie jeszcze nikt. Pewne jest tylko jedno: nie będzie miał wpływu na kształt Europy, kto nie znajdzie się w Unii. Przez kilka ostatnich lat trwała cisza wokół koncepcji przyszłej Europy. Przerwało ją wystąpienie Joschki Fischera.

Zanim czytelnicy w kraju zdążyli się zapoznać z treścią wywodu, podniosły się alarmistyczne głosy. Niektórzy polscy publicyści przestraszyli się koncepcji ministra spraw zagranicznych Niemiec i uznali, iż oznacza ona podział na lepszych i gorszych, na członkostwo pierwszej i drugiej kategorii. Wyrażano wątpliwości, czy zamiast integrować, koncepcja Fischera nie utrwali podziału w Europie. Czy nie zagrozi spoistości samej Unii oraz sprawnemu funkcjonowaniu jej instytucji (federacja ma działać wewnątrz Unii). Projekt Fischera wywołał też ostre kontrowersje wśród państw członkowskich UE.

Nie wszystkie kraje "15" odniosły się entuzjastycznie do koncepcji sfederowanej Europy. Projekt federacji u części państw europejskich, szczególnie tych, które - o własnych siłach - odzyskały niedawno niepodległość i suwerenność, nie może wywołać euforii. Fischer jest Niemcem i idea federacji jest mu bliska, bo tkwi korzeniami w dziejach jego kraju. Wszystkim Niemcom jest ona historycznie bliższa niż Francuzom, Brytyjczykom, czy obywatelom krajów skandynawskich. Te różnice, historycznie usprawiedliwione, trzeba dostrzec i uszanować, jeśli Europa ma być jedna. Pomysł federacji wymaga więc oswojenia i przyjrzenia się istocie propozycji.

Nie jest to propozycja na najbliższą przyszłość. Jeszcze długo, a może na zawsze, federacja pozostanie kwestią wolnego wyboru państw UE, które nie muszą przecież wejść do federacji, jeśli sobie nie życzą. Według Fischera federację winna tworzyć awangarda. Wiele państw - także Polska - chciałoby do awangardy Unii należeć, ale niekoniecznie znaleźć się w federacji. Jak rozwiązać ten dylemat? Odwołując się do doświadczeń historycznych Europy, Fischer zastrzega się, że "nie chodzi o utworzenie europejskiego supermocarstwa porównywalnego z USA, lecz o łączenie suwerennych interesów narodów europejskich we wspólnych instytucjach i polityce", i mówi o zachowaniu państw narodowych. Ta logika może wydać się pociągająca, ale wymaga większej jasności w szczegółach.

Być przy stole

Wielką zaletą idei niemieckiego ministra jest to, iż pobudza do myślenia i zmusza do zajęcia stanowiska. Jest to więc dobra okazja, żeby i strona polska rozpoczęła poważne rozważania nad pytaniem: jak widzi przyszłość Europy i miejsce Polski na tym kontynencie? Propozycja utworzenia awangardy państw, o czym chętnie mówiono na szczycie w Feirze, może wzbudzić większe obawy, ponieważ nawiązuje do od dawna rozważanej możliwości utworzenia kół centrycznych lub Europy państw o różnej prędkości (państwa mniej zintegrowane nie mogłyby hamować inicjatywy państw bardziej zaawansowanych). Koncepcja ta przedstawiona przez niemieckich polityków z CDU - Karla Lamersa i Wolfganga Schublego, zmierzała do zinstytucjonalizowania tego pomysłu, co groziło podziałem Unii na państwa pierwszej i drugiej kategorii. Jednak dopóki Fischerowska idea awangardy pozostanie otwarta dla każdego, kto chce i potrafi sprostać zadaniu, dopóty może ona być atrakcyjna także dla Polski.

Jeden z polityków małego kraju z zachodniej Europy zapytany, czy nie obawia się o suwerenność swego kraju, miał odpowiedzieć, że tak długo, jak siedzi przy stole, przy którym zapadają decyzje, nie ma żadnych obaw. Może jest to recepta także na polskie wątpliwości?


