ROZMOWA

Wojciech Fibak, były tenisista zawodowy, uczestnik turniejów wimbledońskich od 1970 roku

Największy był Laver

FOT. ZDZISŁAW LENKIEWICZ

Rz: Co pan pamięta z pierwszej wizyty na Wimbledonie?

WOJCIECH FIBAK: Miałem 18 lat, złe obuwie i przewracałem się, ale byłem w ćwierćfinale, tak jak teraz, po trzydziestu latach, Łukasz Kubot. Wygrałem z najlepszym Amerykaninem, przegrałem z Australijczykiem Warwickiem.

W latach 1977-81 przyszedł czas, że pana rozstawiano, wcześniej tylko raz w 1939 roku numer 8 dostał Ignacy Tłoczyński. Za co właściwie Anglicy dają ten przywilej, bo przecież nie kierują się do końca rankingiem?

Jeśli ktoś grał kiedykolwiek na Wimbledonie w turnieju głównym, nie w eliminacjach, to już jest coś. A mnie może wyróżniali, bo grałem w ćwierćfinale, no i nie przegrałem nigdy na korcie centralnym.

To znaczy ile razy pan nie przegrał?

Dwa razy przez trzy dni. Raz z Mottramem, angielską rakietą nr 1, drugi raz z Gerulaitisem, wówczas nr 3 na świecie. Oba mecze pięciosetowe. Ten drugi trwał dwa dni, bo padało.

Ostatni Wimbledon podobał się panu?

To był najsłabszy męski Wimbledon, jaki pamiętam, z wyjątkiem kilku meczów, w tym na szczęście finału, w którym grało dwóch tenisistów, grających normalnie na trawie, czyli biegających do siatki oraz półfinału, w którym był kontrast stylu Raftera i Agassiego.

Co konkretnie było nie do oglądania?

Tenisiści grają zdecydowanie gorzej przy siatce i nie lubią grać przy siatce. Jeżeli mają dużo czasu na korcie ziemnym, to grają dobrze, jeżeli natomiast wchodzą na szybką trawę, na której piłka pędzi płasko i przyspiesza w ostatniej chwili, nie mają czasu, aby dobrze grać. Tenis technicznie już się nie rozwija. Zawodnicy grają dzisiaj mocniej, agresywniej i w związku z tym ludziom się wydaje, że bardziej ofensywnie, a jest dokładnie odwrotnie.

W latach 60., gdy grali wielcy Australijczycy i Amerykanie, gdy ja grałem, to znaczy w latach 70. i 80. - 90 procent potrafiło grać stylem serwis-siatka, i to po obu serwisach. Adaptowali w naturalny sposób swą grę do trawy. Dziś 90 procent startujących na Wimbledonie nie potrafi grać na trawie, i zostaje tak naprawdę Rafter, Sampras, Philippoussis, Rusedski, Krajicek, Henman i może Pioline.

Nie wszyscy z wymienionych przeszli I rundę...

Dwóch przegrało pechowo. Pioline z Wołczkowem pewnie by nie przegrał w ćwierćfinale. W Wimbledonie tak bywa, że pierwszy mecz jest bardzo trudny. Sam pamiętam swe pierwsze wielogodzinne pojedynki, w których wygrywałem po jakichś dramatach. Borg wygrywał wielkie Wimbledony, ale w pierwszych rundach wisiał na włosku z Amayą, czy Pilicem.

A skąd są ci młodzi, którzy bili mistrzów, Popp, Wołczkow, Rochus?

Na trawie kanony upadają, gra jest jednak bardziej przypadkowa.

Dlaczego zatem znów wygrał Sampras?

Może powiedzmy, dlaczego przegrał Rafter. Po pierwsze, dlatego, że Sampras jest wielki, dwa - bo wyszedł trud psychiczny i fizyczny meczu z Agassim. Pierwszy raz coś w nim pękło w drugim tie-breaku. Grał do tej pory najlepiej jak potrafił, dawał z siebie wszystko, by iść równo z Samprasem i udawało mu się wychodzić z opresji. W tym drugim tie-breaku Sampras z początku był nie w sosie, myślał pewnie przy stanie 1-4, że nie wygra tego seta. W tym momencie dwa razy Rafter biegł do swego krzesełka i szukał małego plastykowego krzyżaczka, by włożyć go między struny (on gra jelitowym, naturalnym naciągiem). Biegł szybciuteńko, bo jest grzeczny, dobrze wychowany, nie wybierał długo, jak Lendl, nowej rakiety, tylko biegł spocony dwa razy tam i z powrotem i wstawiał te zabezpieczenia. Zaserwował średnio, Sampras odpowiedział średnio, Rafter wali woleja w siatkę. Potem robi podwójny błąd serwisowy. To był przełom w meczu. Gdyby Australijczyk wygrał drugiego seta, to moim zdaniem przegrałby prawdopodobnie gładko trzeciego i wygrał czwartego. Nie wygrał i stał się do końca meczu męczennikiem.

To co było ładnego w tym zakończeniu?

To, że nie grało dwóch bombardierów. Że obaj mają niebywały talent do wolejowania, cudowną rękę i znakomicie biegają. Nie są dryblasami, którzy siłą zdobywają Wimbledon.

Sampras jest teraz dla pana największy?

Tytuły Samprasa są wspaniałe, ale największy był Rod Laver. Gdyby nie sześć lat przerwy, gdy był zawodowcem, to miałby pod 30 Wielkich Szlemów. W jego czasach w Forest Hill, Wimbledonie i Australii grało się na trawie, a on potrafił także wygrywać w Paryżu. Sam Roy Emerson mówił mi, że to przypadek, że jest liderem, bo nikogo nie można porównać do Lavera.

Z Wimbledonem kobiecym było lepiej, niż męskim?

Tak, poziom jest coraz wyższy. Jest coraz więcej młodych zdolnych, które grają coraz lepiej na trawie. Dziewczyny grają płasko, lepiej przy siatce i ogólnie widzę rozwój. Rozczarowały mnie tylko mecze półfinałowe i finał. Nagle to wszystko jakoś wygasło. Punktem kulminacyjnym był mecz Williams z Hingis. Finał się odbył wcześniej, w ćwierćfinale.

Mecz sióstr Williams, to nie to?

On przypomniał mi, jak grałem podobne mecze z Ivanem Lendlem. To nigdy nie jest to. Potem finał wygrały nogi Venus z silną ręką Lindsay. Co ciekawe, tu nie ma reguł, bo w zeszłym roku z Davenport przegrała Steffi Graf, która najpierw pokonała Venus Williams, a potem okazało się, że atletyzm Davenport zwyciężył lekkość i technikę Niemki. To było zdumiewające.

Magda Grzybowska pana nie zdumiała?

Trudno nie wspomnieć o Grzybowskiej. Po grze na korcie centralnym z Anke Huber we Francji wydawało mi się, że znów nabiera odwagi, rutyny i klasy. Na Wimbledonie mogła daleko zajść, bo uważam, że trawa to jej najlepsza nawierzchnia. Powinna była wygrać mecz z Hiszpanką Torrens-Valero. Jest mocniejsza, może na ziemi jej płaska gra nie jest najlepsza, ale na trawie tak. Powinna wyjść i próbować wygrać ostro 6:2, 6:2 i do domu. Perspektywa gry z Sereną Williams na korcie numer 1 zbliżyłaby Grzybowską do czołówki światowej. Mecz z Sereną, nawet niezależnie od wyniku to byłby krok bliżej najlepszych i braku tego sukcesu trzeba żałować.

Skoro finał był w ćwierćfinale, to co pan sędzi o perspektywach pokonanej Martiny Hingis?

Gwiazda Hingis może przygasnąć. Jej tenis, na normy sióstr Williams jest za delikatny. Ona jest nieduża, one dwie duże i prędzej, czy później ją pobiją. Hingis ma lekkość, talent, ale rakiety są lżejsze, piłki szybsze. Obawiam się, że tenis atletyczny, także Pierce, czy Davenport będzie skuteczniejszy.

Ciemnoskóre siostry będą zatem długo rządziły w kobiecym tenisie?

Dla mnie faworytką jest Serena Williams. Jest ogromnie dynamiczna, choć obie siostry są wytrenowane przez ojca perfekcyjnie.

A nie przeszkadzają panu maniery i pozy tej rodziny?

Patrzę na klan Williamsów z pewną dozą tolerancji. Są tacy, jak Amerykanie przyjeżdżający do Europy na wakacje. Są naiwni, nie mają świadomości tych wszystkich manier. Gdyby finał Wimbledonu wygrała Bułgarka, czy nawet dziewczyna z Normandii, to cicho cieszyłaby się w kącie i niczego by nie powiedziała. One są naturalne, głośne, śmieją się gdy mają ochotę, a przecież do swych sukcesów doszły bardzo ciężką pracą, co też trzeba uszanować. To jest naiwność i świeżość Ameryki i tak na to patrzmy.

Rozmawiał Krzysztof Rawa


