ANALIZA

Telewizja publiczna po wyborach

Apetyt Sojuszu na prezydencką TVP

Robert Kwiatkowski osobiście angażował się w tworzenie jak najlepszego wizerunku Aleksandra Kwaśniewskiego, na przykład wstrzymując emisję kompromitujących kaset z Charkowa. Mało kto oczekuje jednak, że będzie on nadstawiał karku także za potknięcia SLD.

FOT. ANDRZEJ  WIKTOR

LUIZA ZALEWSKA

Już wkrótce nie tylko AWS będzie się domagała głowy prezesa telewizji publicznej. Coraz większy apetyt na TVP ma teraz SLD, a to dlatego, że po wyborze prezydenta przyszedł czas na kampanię parlamentarną, w której największa stacja - co dowiodła ostatnia kampania - może mieć bardzo dużo do powiedzenia. A prezes wywodzący się z obozu prezydenckiego to nie to samo, co cieszący się poparciem Sojuszu.

Jeszcze do niedawna SLD dość gorliwie bronił, wywodzącego się z obozu prezydenta, prezesa TVP Roberta Kwiatkowskiego. Czasami nawet zbyt gorliwie, co wiosną tego roku wytykano rzeczniczce SLD Danucie Waniek. Po skandalu w łódzkim ośrodku TVP, który promował zabójcę ks. Jerzego Popiełuszki oraz antyklerykalny tygodnik, tak komentowała ona sytuację: - Przewodniczący SLD Leszek Miller wyraził ubolewanie z powodu tego incydentu, a szef TVP Robert Kwiatkowski podjął stosowne decyzje personalne, czyli ze strony SLD nastąpiła właściwa reakcja.

Dziś trudno mówić o takiej jedności, bo SLD z coraz większym dystansem przygląda się temu, co dzieje się w telewizji. Nie pomogła obecność prezesa TVP na kongresie założycielskim SLD ani na pierwszym kongresie tej partii.

Niedawno podczas posiedzenia Sejmowej Komisji Kultury i Środków przekazu, kiedy prezes TVP wygarnął posłom, co myśli o sensie transmitowania obrad Sejmu, wiceprzewodniczący komisji Andrzej Urbańczyk (SLD) łapał się za głowę. I to on zwrócił Kwiatkowskiemu uwagę na niestosowność ostrych sformułowań. Niedługo później, gdy podczas posiedzenia komisji sposób przeprowadzenia reformy TVP zmieszano z błotem, żaden z posłów SLD nie stanął w jej obronie.

Czas na zmiany

Wygląda na to, że scenariusz SLD w sprawie telewizji publicznej jest następujący: do wyborów prezydenckich TVP władają ludzie Kwaśniewskiego, by mógł on pozostać w Pałacu Prezydenckim na drugą kadencję, co leży przecież także w interesie Sojuszu. Ale potem powinien nadejść czas na zmiany - TVP potrzebna będzie partii, by z jak najlepszym wynikiem mogła ona wygrać wybory parlamentarne, i po to, by później właściwie informować o poczynaniach nowego rządu. - Jeśli sprawy w kraju będą szły w złym kierunku, do kogo będzie należało mówienie, że idą w dobrym? Do telewizji - mówią osoby związane z obecnymi władzami TVP.

Na pierwszy rzut oka niezadowolenie SLD z dzisiejszych władz TVP może wydawać się śmieszne - za czasów prezydenckiego prezesa Leszek Miller nie miał powodów, by słać skargi do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Czyniła to prawica, skarżąc się na eksponowanie lidera lewicy.

Mimo to Miller mówi dziś "Rzeczpospolitej": - Jako widz dobrze oceniam pracę obecnych władz TVP, bo według badań telewizja cieszy się zaufaniem ponad 70 proc. Polaków. Ale jako polityk mam czasem pretensje, że w TVP widać przechył w prawą stronę. Potwierdzają to sondaże opinii publicznej.

- Nas po prostu w telewizji jest za mało - dodają zwolennicy zmian. - Czy w programach TVP widać naszych ekspertów, czy z należytą uwagą eksponuje się nasz program, czy wreszcie nasi ludzie zajmują tam jakiekolwiek stanowiska i mają cokolwiek do powiedzenia? Nie. Wszystkim rządzi Pałac.

SLD nie ma stuprocentowego zaufania do prezesa cieszącego się poparciem prezydenta i trudno się temu dziwić. Robert Kwiatkowski osobiście angażował się w tworzenie jak najlepszego wizerunku Aleksandra Kwaśniewskiego, na przykład wstrzymując emisję kompromitujących kaset z Charkowa. Mało kto oczekuje jednak, że będzie on nadstawiał karku także za potknięcia SLD. - I kiedy będzie dochodziło do konfrontacji między nowym, lewicowym rządem a prezydentem, który na przykład ten rząd zacznie krytykować, to nie ma wątpliwości, po której stronie opowie się prezes - dodają komentatorzy.

Pytany, czy potrzebne są zmiany we władzach stacji, Leszek Miller odpowiada: - Wobec tego, że TVP jest zbyt prawicowa, byłoby lepiej, gdyby telewizja publiczna była bardziej przyjazna lewicy.

Lider SLD zastrzega przy tym, że jego "opinia jest w tej sprawie zbędna, bo władze TVP powoływane są w sposób od polityków niezależny". Rzeczywiście, choć już dziś pojawia się wiele nazwisk przyszłych prezesów (od szefa Canal Plus Lwa Rywina, sekretarza Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji Włodzimierza Czarzastego po wiceprezesa TVP Jarosława Pachowskiego związanego z SLD), by zmienić skład zarządu TVP lewica będzie musiała włożyć sporo wysiłku. Prezesa odwołać może tylko rada nadzorcza (wybrano ją kilka miesięcy temu na czteroletnią kadencję i nie można jej odwołać przed tym terminem), a w niej trudno dziś znaleźć osoby związane wprost z SLD. Nawet trzej członkowie rady kojarzeni z lewą stroną to przede wszystkim ludzie Kwaśniewskiego. Wystarczy przypomnieć, że dwóch kilka lat temu rekomendował do rady poprzedniej kadencji nie kto inny jak Robert Kwiatkowski, wówczas "prezydencki" członek KRRiTV. Wniosek o odwołanie prezesa musiałoby poprzeć siedmiu na dziewięciu członków RN.

Wojna na dwóch frontach

Co będzie, jeśli prezydent - który ponoć też nie zawsze zadowolony jest ze swojego prezesa - mimo wszystko nie odda władzy nad największą telewizją albo przynajmniej nie podzieli się nią z SLD bardziej sprawiedliwie? - To może oznaczać wojnę. Taką samą jaką toczomy dziś z awuesowskim ministrem skarbu. A ponieważ już teraz trwa ona zbyt długo, skutki przeciągania tego sporu z nowym ministrem z nowego rządu będą dla TVP jeszcze poważniejsze - przewidują osoby związane z obecnymi władzami stacji. Minister skarbu pełni obowiązki właściciela TVP i jako walne zgromadzenie akcjonariuszy tej spółki jest jej najwyższą władzą. Dotychczas blokował on większość planów telewizji, która w czasach gwałtownego rozwoju platform cyfrowych i wejścia do Polski zachodnich koncernów medialnych zmuszona była zająć defensywne pozycje. Między innymi z powodu sprzeciwu ministra nie utworzyła kanału informacyjnego, choć jej potencjał pozwalałby uruchomić go z dnia na dzień.

Wojna toczyć się będzie mogła również na innym froncie,  mianowicie w Sejmie. W obecnej kadencji Sejmu władze TVP, w których nie ma żadnego reprezentanta prawicy, nie mogły liczyć na jakiekolwiek wsparcie parlamentarnej większości. Mimo wielu monitów w sprawie spadku wpływów z abonamentu radiowo-telewizyjnego posłowie nie kiwnęli palcem, by wprowadzić przepisy umożliwiające bardziej skuteczny jego pobór. A zmniejsza się on z miesiąca na miesiąc, co w połączeniu z zapaścią na rynku reklamowym nie wróży sytuacji finansowej TVP najlepiej. Mimo to trudno liczyć, by posłowie lewicy mający apetyt na telewizję, która nie będzie od nich w pełni zależna, będą chcieli pomóc w przyszłej kadencji Sejmu. A jeśli tak, to mogą blokować także wiele innych pomysłów TVP. Na przykład plan pozbycia się "niepotrzebnego balastu" w postaci części majątku spółki, w tym na przykład ośrodków terenowych. Jedna z koncepcji polega na tym, by je - na wzór regionalnych rozgłośni radiowych - usamodzielnić, oddając przy tym część władzy nad nimi w ręce samorządów. Ale by było to możliwe, potrzebna jest zgoda Sejmu, bo takie zmiany będą możliwe dopiero po znowelizowaniu ustawy.

Poszukiwanie poparcia

Prawdopodobnie dlatego dzisiejsze władze TVP szukają poparcia u Unii Wolności, która firmując obecny układ w mediach publicznych, nie miała do tej pory z tego większego pożytku, oraz w środowiskach, które UW sprzyjają. Tak można interpretować zwolnienie z pracy Andrzeja Kwiatkowskiego, jednego z telewizyjnych dyrektorów, o którego losach przesądziła krytyka ze strony przewodniczącego KRRiTV Juliusza Brauna. Teraz władze TVP próbują zdobyć przychylność Unii, godząc się na oddanie jej kilku istotnych stanowisk, np. wicedyrektora Telewizyjnej Agencji Informacyjnej, którym po wyborach zostać ma Jarosław Szczepański. Pozostaje pytanie, czy wsparcie UW w jakikolwiek sposób pomoże odeprzeć atak SLD na prezydencką TVP?

Prawica, która nie ma żadnego wpływu na publiczne media, bez żadnych emocji przygląda się walce o fotel prezesa. - W telewizji jest tak źle, że nawet jeśli będzie gorzej, to w ogólnym rozrachunku nie będzie to miało większego znaczenia - uważa Tomasz Wełnicki (AWS). - To wewnątrzpartyjne rozgrywki postkomunistów, które mogłyby przynieść korzyść tylko wówczas, gdyby się wszyscy nawzajem wykończyli.


