JUGOSŁAWIA

Ludzie nie narzekają. Czekają na dalsze wydarzenia. Przede wszystkim na sformowanie rządu republiki Serbii.

Naród sięga po władzę

Grupa belgradczyków celebruje przy pieczystym obalenie Slobodana Miloszevicia

FOT. (C) EPA

PIOTR JENDROSZCZYK 

z Belgradu

W Belgradzie życie toczy się tak, jakby nic się w ostatnich dniach nie wydarzyło. Ruch na ulicach jak w Warszawie w godzinach szczytu, mimo że benzyna kosztuje 1,25 niemieckiej marki za litr i dostępna jest jedynie za dewizy. W sklepach niczego nie brakuje, ale nie ma też wielu chętnych do kupowania. Przeciętna płaca - od trzech do czterech tysięcy dinarów, czyli w granicach 50 dolarów, kiedy kilogram chleba kosztuje 20 dinarów, a kilogram mięsa 10 marek - świadczy najlepiej o standardzie życia. 

Ale ludzie nie narzekają. Czekają na dalsze wydarzenia. Przede wszystkim na sformowanie rządu republiki Serbii. W czasie przetargów i negocjacji z partią byłego prezydenta Slobodana Miloszevicia, radykałami Vojislava Szeszlja i Serbskim Ruchem Odnowy, niegdysiejszego lidera opozycji Vuka Draszkovicia, demokratyczna opozycja nowego prezydenta Vojislava Kosztunicy dysponuje co najmniej dwoma atutami. Pierwszym, o którym mówi Boris Tadić, jeden z liderów opozycji z Partii Demokratycznej (największa partia opozycji), jest możliwość wyprowadzenia ludzi na ulice. - Nie robimy tego jednak, bo pragniemy wyczerpać wszystkie opcje pokojowego przekazania władzy. Ale wiemy, że czas ucieka. Nie jestem pewien, czy odwołanie się do mas będzie możliwe jeszcze za miesiąc - mówi Tadić. Z drugiej jednak strony koalicja partii opozycyjnych DOS (Demokratyczna Opozycja Serbii) rośnie w siłę. Jej zwolennicy zajęci są od kilku dni formowaniem tzw. sztabów kryzysowych w instytucjach państwowych, przedsiębiorstwach, bankach i innych organizacjach. Sztaby przejmują władzę i stają się realną siłą kontrolowaną przez DOS.

Demokracja  przede wszystkim

Jeden ze sztabów kryzysowych powstał kilka dni temu w przedsiębiorstwie budowlanym Trudbenik. Firma znana jest także w Polsce. Kilka lat temu wybudowała w Szamotułach wytwórnię margaryny. Jej siedziba mieści się w centrum Belgradu. W wielkiej sali konferencyjnej zebrali się w ubiegły piątek rano po raz drugi członkowie sztabu kryzysowego. Jest ich trzydziestu pięciu. Zostali delegowani do tej pracy przez ponad trzytysięczną załogę. Zastępują kierownictwo firmy. Przewodniczącym sztabu jest główny technolog Djordje Żivković. Sztab powstał z jego inicjatywy w środę. Dwa dni trwały przygotowania. Żivković podzielił się w poniedziałek swym pomysłem z dwoma przyjaciółmi. Objechali place budowy i podczas zebrań z robotnikami uzyskali ich poparcie. Wszyscy byli zgodni, że firmą nie może już kierować dyrektor z partyjnej miloszeviciowskiej nomenklatury. Na pierwszym zebraniu sztabu postanowili przeprowadzić strajk ostrzegawczy. Odbył się on w czwartek i trwał zaledwie godzinę. Wtedy wystosowano ultimatum do dyrekcji oraz szefa lokalnej organizacji związków zawodowych, aby do wtorku podali się do dymisji. Jeżeli tego nie uczynią, rozpocznie się bezterminowy strajk.

Rewolucyjny zapał

Wczoraj w sali konferencyjnej członkowie sztabu kompletowali dokumenty mające świadczyć o korupcji w kierownictwie firmy. - Wiemy o wszystkim, co tu się działo. Jak wypływały pieniądze z firmy, jak nas okradano i wykorzystywano. Opracujemy materiał na ten temat i przedstawimy odpowiednim władzom - mówi Żivković. Jakie to będą władze, nikt nie ma ma pojęcia. Członkowie sztabu narzekają na brak wiarygodnych dokumentów, ale nikomu nie przychodzi do głowy, aby sięgnąć do archiwum przedsiębiorstwa. - Włamanie się do tego pomieszczenia byłoby działaniem nielegalnym. Tego nie zrobimy. Sami udowodnimy, że przewodniczący związków zawodowych założył własną firmę budowlaną, korzystał ze sprzętu przedsiębiorstwa i brał łapówki. Wszystko to działo się za zgodą dyrektora, który zawierał fikcyjne umowy. Po skompletowaniu dokumentów będziemy szukać sprawiedliwości w sądzie - wyjaśnia Żivković. - Tego oczekuje od nas prezydent Kosztunica. Jako prawnik nie toleruje bezprawia - zapewnia Mira. Na archaicznej maszynie przepisuje dokumenty sztabu kryzysowego.

Tym samym zajmuje się od kilku dni w największym jugosłowiańskim szpitalu w Belgradzie 38-letnia lekarka Żeljika Ilić. Od sześciu lat jest w opozycji. W ramach Partii Demokratycznej utworzyła komisję zdrowia, licząc, iż któregoś dnia reżim Miloszevicia upadnie, trzeba więc się przygotować do objęcia władzy. Rozmawiamy w gabinecie dyrektora naczelnego szpitala. Następnego dnia po rewolucji dyrektor, członek partii JUL (Lewica Jugosłowiańska, na której czele stoi żona Slobodana Miloszevicia), podał się do dymisji. Po prostu zawiadomił sekretarkę, że już się więcej nie pojawi w gabinecie. Żeljika Ilić zajęła gabinet dwa dni później. Utworzyła w szpitalu sztab kryzysowy złożony z dziesięciu członków. Przez dwa dni sztab pracował nad stworzeniem dokumentu, będącego czymś w rodzaju protokołu przejęcia. Wynika z niego, że szpital, zatrudniający dwa tysiące lekarzy i personelu pomocniczego, ma 7 miliardów dinarów długów. - Liczymy tylko na pomoc humanitarną. W budżecie pustki i nie ma mowy o żadnym dofinansowaniu - mówi Żeljika. Ma zamiar kierować sztabem kryzysowym do czasu powstania rządu i powołania przez ministra zdrowia Serbii nowego dyrektora szpitala. Dwoi się i troi, równocześnie rozmawia przez dwa telefony, podejmuje decyzje i odpowiada na pytania tłoczących się w gabinecie współpracowników.

Jej 28-letnia przyjaciółka, Slavica Vuijkadinović, uczestniczyła z ramienia Partii Demokratycznej w tworzeniu sztabów kryzysowych w dwu innych szpitalach w Belgradzie. - Nie robię tego dla kariery. Tuż przed wyborami zrobiłam specjalizację. Jestem lekarzem ogólnym i gdy nastąpi przekazanie władzy, poświęcę się swemu zawodowi. Mam jedynie nadzieję, że na początek zdołam zarobić 300 marek miesięcznie - mówi. Jest to suma dwukrotnie wyższa, niż wynosi obecnie pensja lekarska. Slavica przekonuje, że nie potrzebuje więcej pieniędzy. - Mam samochód, telefon komórkowy, wkrótce kupię mieszkanie. Mam bogatych rodziców. Oboje są adwokatami - opowiada. Matka Slavicy była wiceministrem spraw wewnętrznych, zanim Miloszević objął władzę. Ojciec był w przeszłości szefem gabinetu ministra w MSW. - W opozycji jest sporo ludzi zamożnych. Jest to gwarancją, że w nowych władzach nie będzie korupcji - przekonuje Slavica.

Wszechwładna korupcja 

- To jest Jugosławia. Korupcja zawsze tutaj była, jest i będzie, bez względu na to, kto jest u władzy - twierdzi z kolei Dragoljub, kierowca taksówki. Nie jestem po żadnej stronie, chociaż popieram prezydenta Kosztunicę. Interesuje mnie, ile kosztuje ropa do mego samochodu i za co mam utrzymać rodzinę. Haruję po dwanaście godzin na dobę i zarabiam na czysto maksimum 20 marek.

W siedzibie Partii Demokratycznej zapewniają, że sztaby kryzysowe powstają spontanicznie. - Nie mamy żadnych zastrzeżeń co do legalności takiego działania. Jest to konieczne - mówi Boris Tadić. Innego zdania jest Borka Vutić, od kilku lat prezes największego w Jugosławii banku Beograd Banka. -  Sztaby działają bezprawnie. Nie mam zamiaru rezygnować ze stanowiska pod presją żadnego sztabu. W moim banku na 13 tysięcy pracowników listę z żądaniem mojej dymisji podpisało zaledwie 68 osób. Wszyscy z departamentów, w których jest najmniej roboty. Oczywiście jestem członkiem miloszeviciowskiej nomenklatury. I nie żałuję. Przez 30 lat pracy w banku widziałam, jak się rozwinął właśnie w czasach Miloszevicia - mówi pani prezes na konferencji prasowej. Pytają o pieniądze Miloszevicia i jego rodziny. - Nic o tym nie wiem. Bank ma ponad sto tysięcy klientów - odpowiada Borka Vutić.

Sztab kryzysowy nie powstał do tej pory w państwowej telewizji. - Nie ma tam po prostu ludzi, którzy nie byliby skompromitowani współpracą z byłym reżimem - przekonuje Filip David, były pracownik telewizji, zwolniony kilka lat temu za antyrządowe poglądy. Jego zdaniem, konieczne jest zatrudnienie w telewizji młodych ludzi z opozycji, najlepiej z niezależnego radia B92. - Byłaby to doskonała gwarancja niezależności telewizji - przekonuje

Bez kontroli nad telewizją trudno sobie wyobrazić możliwość rzetelnego informowania społeczeństwa o tym, co się naprawdę w kraju dzieje. David przyznaje jednak, że telewizja nie jest już taka jak dawniej. Wszystko się w Jugosławii zmieniło. Ludzie mają nadzieję, że to dopiero początek.


