REPORTAŻ

Po obaleniu Miloszevicia jugosłowiańska wieś oczekuje kolejnego cudu

Nareszcie będzie inaczej

Starsi ludzie wspominają, jak żyło się dawniej i chcieliby, aby wróciły stare czasy. Z jednej strony chcieliby, aby system polityczny Jugosławii był taki jak dawniej, z drugiej, aby wszystko uległo zmianie na lepsze.

FOT. (C) AP

PIOTR JENDROSZCZYK

z Bogaticia

Milica jest już trochę pijany. Pije jednego szpryca za drugim, czyli białe wino z wodą sodową. Siedzimy pod namiotem na ławach rozstawionych wzdłuż stołów. Na zewnątrz, na ogromnym ognisku piecze się byk. Wszystko to dzieje się w Bośni, w centrum miasteczka Bogatić, niedaleko granicy z Republiką Serbską. Do Belgradu jedzie się stąd dwie godziny. Piknik zorganizowali mieszkańcy ulicy dla uczczenia zwycięstwa opozycji w niedawnych wyborach. Świętują obalenie Slobodana Miloszevicia. O tym fakcie przypominają dziesiątki nalepek ze słowami: "gotov je" (jest skończony).

W powiecie Bogatić opozycja otrzymała 9896 głosów, a partia Miloszevicia - 9238. Nie była to miażdżąca przewaga, ale nie zepsuła tutejszym opozycjonistom smaku zwycięstwa. Milica zapraszał nawet na dzisiejszą uroczystość Zorana, który mieszka dokładnie naprzeciw. Ale w oknach domu Zorana jest ciemno. Nie ma nikogo, wszyscy wyjechali. - Schowali się ze wstydu - twierdzi Milica, przekonując, że dla Serba najlepszym przyjacielem powinien być sąsiad.

Kilka dni przed wyborami Zoran stał się pośmiewiskiem miasteczka. Wszyscy wiedzieli, że jest po stronie Miloszevicia, ale nie wiedzieli, że szpieguje. Wyszło to na jaw, gdy spadł z drzewa. Wdrapał się na nie, niedaleko swego domu, w ruchliwym miejscu, aby podsłuchiwać rozmowy ludzi przed wyborami. - Najprawdopodobniej otrzymał zadanie od swej partii, aby badać nastroje społeczne - komentuje Milica. Miał jednak pecha. Pod ciężarem 120 kg złamała się gałąź.

Wszyscy śmieją się z tego do dzisiaj. - Nie mamy zamiaru nikogo teraz krzywdzić za współpracę z starymi władzami. Zaczynamy wszystko od nowa - mówi Milica.

Nikt nie mówi  o przeszłości

Jutro rano odbędzie się pierwsze posiedzenie nowej rady powiatu i wybór przewodniczącego. Na 31 radnych opozycja zdobyła 17 mandatów. Dla porównania na 110 radnych w Belgradzie partia Miloszevicia zdobyła zaledwie pięć mandatów.

- Nareszcie będzie inaczej, nareszcie wszystko się zmieni. Od dzisiaj może już być tylko lepiej - przekonuje Milica. Ma 39 lat. Kilka lat spędził w USA, pracował w Holandii, Austrii i Niemczech. To było w latach 80., kiedy każdy miał w domu paszport i cały świat stał otworem. - Widzisz tego chłopca na rowerze? To mój syn, ma 11 lat, a dopiero dzisiaj jestem spokojny i mogę mu spojrzeć prosto w oczy, wiedząc, że zrobiliśmy wszystko, aby pozbyć się Miloszevicia i stworzyć dla naszych dzieci lepszą przyszłość - kończy swą tyradę Milica.

Zwycięstwo opozycji w gminie Bogatić było nie tylko dla tutejszej opozycji całkowitym zaskoczeniem. - Do dzisiaj nie mogę zrozumieć, jak to się stało - mówi Marinko Uroszević, właściciel prywatnej stacji radiowej z odległego o kilkanaście kilometrów Szabacu. Przyjechał z operatorem ze swej miniaturowej stacji telewizyjnej, aby nakręcić kilka kadrów i zrobić wywiady w czasie pikniku. Jeździ po takich piknikach już cały tydzień. W czasie kampanii wyborczej jego radio zmuszone była nadawać materiały propagandowe partii Miloszevicia. Emitował je pod groźbą zamknięcia radiostacji. Założył ją sześć lat temu. Koncesji nigdy nie dostał. Ale radiostacja mogła działać, gdyż opłacał lokalnych urzędników, którzy bez końca rozpatrywali jego kolejne wnioski o koncesję. Na podobnych zasadach działało siedem innych prywatnych radiostacji w kilkudziesięciotysięcznym Bogaticiu, centrum całego rolniczego regionu, jednego z najbogatszych w Jugosławii.

Radiostacja Marinko unikała jak ognia tematów politycznych. Nie zapobiegło to jednak dwa lata temu konfiskacie całego wyposażenia radia i minitelewizji, RTV "AS". Marinko odzyskał sprzęt dopiero w roku ubiegłym, ale za cenę współpracy z reżimem. Ludzie w Bogaticiu rozumieją to doskonale i nie mają do Marinko żadnych pretensji. Nikt tutaj nie mówi o przeszłości. Wszyscy oczekują przemian, które sprawią, że ich nędzne bytowanie stanie się jedynie przedmiotem niemiłych wspomnień.

Odbić się od dna

Jednym z radnych w tym powiecie jest Duszan Manojlović. Mandat z ramienia niewielkiego lokalnego ugrupowania opozycyjnego zdobył w pobliskiej wiosce Belotić. Następnego dnia po wyborach ktoś usiłował podpalić mu pole kukurydzy. - Z trudem udało nam się ugasić pożar. Nie wiem, kto to mógł zrobić - mówi Duszan. Cała rodzina znana była z tego, że jest w opozycji od niepamiętnych czasów. Dokładnie od czasu, kiedy ojciec Duszana, Miodrag, w czasie II wojny był w antykomunistycznej partyzantce czetników.

50-letni Duszan rozpoczyna prezentację swego gospodarstwa od piwniczki z czterema dębowymi beczkami rakii, czyli śliwowicy. Gospodaruje na siedmiu hektarach. Pomagają mu dwaj dorośli synowie z żonami. Cała rodzina składa się z ośmiu osób, wliczając żonę Duszana oraz jego rodziców. Prócz domu mieszkalnego, który zamieszkują trzy pokolenia, gospodarstwo składa się z dwu sporych rozmiarów budynków. Jeden to coś na kształt stodoły, w której przechowuje się zbiory kukurydzy, drugi to dwie obory, pomiędzy którymi stoi pod dachem jeden z dwu traktorów. W jednej z obór dwadzieścia dorastających cieląt, w drugiej tyle samo świń. Na pobliskiej łące pasie się jeszcze stado baranów oraz cztery krowy. Całe gospodarstwo jest schludne, wszędzie wzorowa czystość. Widać, że Duszan jest dobrym gospodarzem.

Ziemia jest tu urodzajna. W przeszłości Duszan żył więc dobrze. Z tego okresu pochodzą dwa traktory oraz dwa kilkunastoletnie dzisiaj samochody. Stać go było na turystyczne wyprawy do Austrii i Włoch. Właściwie jeździł tam, aby kupić coś do ubrania dla siebie i rodziny. Źle zaczęło się dziać w 1993 roku, w czasach hiperinflacji. Wspomina, jak jesienią owego roku sprzedał bydło za równowartość 48 tys. niemieckich marek. Ale państwowe przedsiębiorstwo wypłaciło mu pieniądze w dinarach dopiero po dwu tygodniach. Mógł za nie kupić zaledwie 7 tys. marek. To był początek kłopotów finansowych, które trwają do dzisiaj.

- Bylibyśmy zadowoleni, gdyby dochód naszej całej rodziny wynosił ok. 200 marek miesięcznie. Niestety jest znacznie niższy i nie stać nas dzisiaj na nic. Opłacalność produkcji rolnej jest zerowa - mówi Duszan częstując śliwowicą. Cała rodzina żyje dzisiaj nieomal wyłącznie z produkcji warzyw pod folią: papryki, pomidorów, ogórków, które sprzedaje na lokalnych bazarach. Pozostałą produkcję sprzedawać trzeba w skupie państwowym po niezwykle niskich, regulowanych cenach. Dwieście marek, czyli mniej więcej 450 złotych miesięcznego dochodu, Duszan uważa za minimum na utrzymanie całej rodziny, nie licząc kosztów żywności.

Gospodarstwo jest w zasadzie samowystarczalne, jeżeli chodzi o podstawowe produkty żywnościowe. Ale benzynę, nawozy, ropę, cukier, papierosy trzeba kupić. Trzeba też płacić podatki, obowiązkowe składki na fundusz emerytalny oraz rachunki za telefon czy elektryczność. Na wszystko nie wystarcza i, jak twierdzi Duszan, jego rodzina żyje w biedzie. - Pracujemy od rana do wieczora i nic z tego nie mamy - mówi. Jego zdaniem wszystkiemu winien jest Slobodan Miloszević, który doprowadził jugosłowiańskie rolnictwo do tego stanu. - To musiało się tak skończyć. Cztery wojny, jakie prowadziła Serbia w ciągu dziesięciu ostatnich lat - to przyczyna nędzy. Zdaje sobie sprawę, że mieszkańcy miast są w jeszcze gorszej sytuacji. Cała rodzina Duszana głosowała więc w niedawnych wyborach przeciwko Miloszeviciowi nie tylko z przyczyn ideologicznych, ale i jak najbardziej pragmatycznych. Zdawali sobie sprawę, że tak dalej być nie może, że wszyscy znajdują się na dnie i coś z tym trzeba zrobić.

Za a nawet przeciw

Podobnego zdania są 79-letni Mlade Kokanović i jego 46-letni syn Jovan. W wyborach do władz gminy poparli kandydaturę swego sąsiada, opozycjonisty Duszana Manojlovicia, licząc na to, że takim ludziom jak on uda się coś zmienić na szczeblu gminy. Mlade i Jovan głosowali jednak na Slobodana Miloszevicia w wyborach prezydenckich i na jego partię w wyborach parlamentarnych. - Głosowałem na Miloszevicia, bo uważam, że to Zachód ponosi odpowiedzialność za wszystkie nasze biedy. Zachód pragnął rozbicia Jugosławii, czego wynikiem były wszystkie wojny ostatnich lat - twierdzi Mlade. W jego opinii Zachód popierał Słowenię, Chorwację, bośniackich Muzułmanów i Albańczyków z Kosowa, aby zniszczyć Serbów.

Dlaczego? Nie potrafi wytłumaczyć. Chyba tylko tym, że kiedyś w czasach Josipa Broz-Tito Zachodowi zależało na Jugosławii, bo zerwała ze Związkiem Radzieckim. Po śmierci Tito Zachód odwrócił się od Jugosławii i postanowił zrobić tutaj to samo, co w byłym ZSRR, doprowadzając do rozpadu państwa. Mlade jest przekonany, że to w efekcie polityki Zachodu nowy traktor wart jest dzisiaj piętnaście byków, podczas gdy dziesięć lat temu wystarczało sprzedać sześć sztuk.

Mlade i jego syn Jovan wiążą jakoś koniec z końcem, ale mają już dość takiego życia. Wspominają, jak żyło się dawniej i chcieliby, aby wróciły stare czasy. Z jednej strony chcieliby, aby system polityczny Jugosławii był taki jak dawniej, z drugiej, aby wszystko uległo zmianie na lepsze. Marzą o spokojnym życiu z dochodów ze swego dziewięciohektarowego gospodarstwa, kupnie nowego traktora, nowych maszyn. Mają dość kłopotów z kupnem nawozów, ropy i benzyny. Pragnęliby też coś odłożyć na przyszłość.

Ze spokojem słuchają argumentów wybranego przez siebie radnego gminy, Duszana, który udowadnia, że nie należało prowadzić wszystkich tych wojen i pozwolić Słowenii, Chorwacji, Bośni, być może nawet Kosowu na utworzenie niepodległych państw. W imię zachowania pokoju i utrzymania dawnego standardu życia. - Kosowa nie oddamy nigdy. To nasza ziemia, serbska - odpowiada Jovan. Nie tai jednak, że dzisiaj, po wyborach, jest mu już w zasadzie obojętny los Slobodana Miloszevicia i nie protestowałby, gdyby nawet byłego prezydenta skazano na śmierć wyrokiem sądu jugosłowiańskiego. Za co? Za to, że nie potrafił nas obronić, że zawiódł nasze zaufanie, że przegrywając wybory, ułatwił Zachodowi realizację planów dalszego rozczłonkowania Jugosławii - tłumaczy Mlade. Dla niego Zachód to przede wszystkim Ameryka.

KOSZTUNICA NA ROZMOWACH W CZARNOGÓRZE

Czarnogóra nie zamierza uczestniczyć w pracach rządu federacji - wynika z oświadczenia wydanego wczoraj, po rozmowach jej prezydenta Milo Djukanovicia z prezydentem Jugosławii Vojislavem Kosztunicą. Było to ich pierwsze bezpośrednie spotkanie. Kosztunica specjalnie udał się do Podgoricy, by z Djukanoviciem i innymi politykami Czarnogóry osobiście omówić kwestię utworzenia rządu federalnego i możliwości poprawy jej stosunków z Serbią.

"Milo Djukanović przedstawił panu Kosztunicy powody, uniemożliwiające Czarnogórze udział w pracach rządu federalnego, a także stosunek Czarnogóry do tego rządu" - stwierdzono w komunikacie. Obaj przywódcy, zaznaczono, byli jednak zgodni, że obie republiki powinny prowadzić dialog, "by rozproszyć to wszystko, co ciążyło dotąd na stosunkach między Serbią i Czarnogórą". Dlatego postanowiono powołać zespoły ekspertów, których zadaniem będzie "znalezienie rozwiązań do zaakceptowania dla obu stron".

Nie wiadomo, jaki był przebieg spotkania i dlaczego Czarnogóra odrzuca udział w rządzie federacji. Co do jego składu zaostrza się zresztą spór między partią Kosztunicy - Demokratyczną Opozycją Serbii (DOS) a czarnogórską Socjalistyczną Partią Ludową (SNP), która, jako praktycznie jedyne ugrupowanie reprezentujące Czarnogórę w parlamencie federalnym, powinna obsadzić stanowisko premiera. SNP obstaje przy tym, by w rządzie znaleźli się również przedstawiciele Socjalistycznej Partii Serbii, ugrupowania Slobodana Miloszevicia. DOS się na to nie godzi, grożąc, że może całkiem wycofać się z tworzenia rządu.	T.T.S., AFP, DPA


