ANALIZA

Kampania wyborcza w telewizji publicznej

Cienka czerwona linia

Pozwalam sobie przywołać pana do porządku - mówił dziennikarz TVP Piotr Gembarowski do Mariana Krzaklewskiego podczas programu "Kandydat"

FOT. RAFAŁ GUZ

LUIZA ZALEWSKA

Niedawno Sejmowa Komisja Kultury nie była w stanie ocenić, czy telewizja publiczna właściwie wypełnia swoją misję. Trudno to zrozumieć, bo kampania wyborcza dostarczyła aż nadto przykładów, że TVP ma kłopoty z realizacją swych obowiązków przynajmniej na jednym polu - dostarczania uczciwej i bezstronnej informacji oraz stworzenia forum do prezentacji poglądów wszystkich reprezentantów sceny politycznej.

Ustawa o radiofonii i telewizji sprzed ośmiu lat określiła wyraźnie, co należy do zadań publicznej telewizji. Z dziewięciu artykułów precyzujących jej podstawowe powinności w czasie kampanii wyborczej najważniejsze wydają się cztery: odpowiedzialność za słowo, rzetelne ukazywanie różnorodności wydarzeń i zjawisk w kraju, sprzyjanie swobodnemu kształtowaniu się poglądów obywateli oraz formowaniu się opinii publicznej, umożliwianie obywatelom i ich organizacjom uczestniczenia w życiu publicznym poprzez prezentowanie zróżnicowanych poglądów i stanowisk. Miniona kampania dała aż nadto przykładów, że właśnie te cztery artykuły TVP zdarzało się lekceważyć. 

Cenne sekundy

Najprościej posłużyć się metodą, którą sama TVP wprowadziła przed kilkoma laty. Dowodząc, że sprawiedliwie traktuje wszystkich bohaterów sceny politycznej, zaczęła skrupulatnie podliczać czas wystąpień głowy państwa, rządu i najważniejszych ugrupowań parlamentarnych. Dzięki temu mogła odpierać ataki oponentów. Po tę samą metodę sięgnęły niezależne firmy badawcze, ale ich wyniki nie były dla TVP korzystne. Już w sierpniu z pierwszych zestawień wynikało, że w programach informacyjnych TVP pojawia się najczęściej jeden kandydat - Aleksander Kwaśniewski. Na pretensje sztabu Mariana Krzaklewskiego, którego wyprzedzali w tych zestawieniach nawet Lech Wałęsa i Andrzej Lepper, TVP tak odpowiadała: - Pan Krzaklewski nie był tak długo lustrowany ani osadzony w areszcie. 

We wrześniu niewiele się zmieniło. Telewizja w zestawieniu przesłanym Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji potwierdziła, że faworytem publicznej stacji był w czasie kampanii Kwaśniewski. 

Niektórzy  wyszli przed szereg

Prezes TVP Robert Kwiatkowski już pięć lat temu radził prezydentowi, jak zdobyć popularność wśród wyborców. Z taką biografią trudno zachować pozory bezstronności, ale przyznać trzeba, że prezes podejmował wysiłki, by jego telewizja nie stała się jawną filią sztabu prezydenta. Przed wyborami wszystkim pracownikom stacji w Warszawie i w ośrodkach regionalnych przypomniano, że "zasady etyczne dziennikarstwa zakazują prezenterom, reporterom, dziennikarzom oraz publicystom wykonywania zajęć podważających niezależność i wiarygodność dziennikarską, w tym uczestniczenia w kampaniach wyborczych". A mimo to co rusz dochodziło do incydentów, które przekreślały starania o zachowanie tych pozorów. 

Zaczęło się 9 września na placu Zamkowym w Warszawie, gdzie SLD zorganizował festyn z udziałem Kwaśniewskiego. Prowadził go Robert Samot, który przedstawił się warszawiakom jako prezenter najstarszej polskiej telewizji. Dzień później wystąpił on na antenie, by poprowadzić konkurs audiotele.

We wrześniowym numerze lubelskiego "Głosu Lewicy" na liście członków honorowego komitetu wyborczego Aleksandra Kwaśniewskiego w Lubelskiem znaleźli się - obok Izabelli Sierakowskiej i Lecha Nikolskiego - Jeremi Karwowski i Krzysztof Komorski. Komorski jest dziennikarzem lubelskiego ośrodka TVP, podobnie jak Karwowski, który do niedawna był wicedyrektorem ośrodka, a teraz jest szefem publicystyki. Do programu "W naszym imieniu" zapraszał posłów ziemi lubelskiej.

23 września w Brzozie Toruńskiej na spotkaniu z honorowym komitetem wyborczym Aleksandra Kwaśniewskiego w Kujawsko-Pomorskiem pojawił się dyrektor ośrodka TVP w Bydgoszczy Marek Brodowski. Jak twierdzi, zdjęcie, które publikujemy obok, zrobiono mu przypadkiem i jest ono absolutnym nieporozumieniem. - Nadzorowałem tam i wyłącznie pracę ekipy telewizyjnej naszego oddziału, która obsługiwała konferencję prasową dla Telewizyjnej Agencji Informacyjnej i programu regionalnego. Naklejkę, którą po chwili zdjąłem, przyklejono mi tuż przy wejściu na konferencję prasową, jak mi powiedziano, ze względów organizacyjnych - zapewnia dyrektor.

Atmosfera przyzwolenia

Ostatni dzień kampanii TVP zwieńczyła skandalem na antenie ogólnopolskiej. Rozmowę telewizyjnego dziennikarza Piotra Gembarowskiego z Marianem Krzaklewskim jego rzecznik nazwał absolutnym szaleństwem. "Pozwalam sobie przywołać pana do porządku", "Konwencja programu jest taka, że nie mówi pan tego, co chce, a odpowiada na pytania", "Pan odpowiada na pytanie, którego nie zadałem", "Proszę szanować reguły tego programu", "O takich sprawach może pan mówić w swoich reklamówkach", "Nie szkoda panu czasu? Zaraz skończy się program" - strofował Gembarowski swego gościa i odbierał głos, zwłaszcza gdy Krzaklewski próbował przypomnieć weto Kwaśniewskiego do ustawy odbierającej przywileje emerytalne funkcjonariuszom PRL. Na koniec oświadczył: "Skutecznie uniemożliwił mi pan zadanie dalszych pytań" i zakończył program.

Przeciwko arogancji dziennikarza, podawaniu przezeń fałszywych danych i informacji zaprotestowała telewizyjna "Solidarność", ministrowie, posłowie i rzecznik rządu.

- Sam nie wiem, co się stało. Dziennikarza poniósł temperament, może nerwy, może nie wytrzymał napięcia - przepraszał jeszcze tego samego wieczora dyrektor Jedynki Sławomir Zieliński. Nikt nie potrafił wyjaśnić, jak mogło dojść do takiego skandalu, skoro wcześniej TVP starannie dobrała skład dziennikarzy wytypowanych do przeprowadzenia wywiadów z pretendentami do prezydenckiego fotela. Właśnie z tego powodu zrezygnowała z usług dziennikarza Radia Zet Krzysztofa Skowrońskiego, który dotąd w tym paśmie prowadził rozmowy z politykami. Zastanawiano się wówczas, czy nie stało się tak właśnie dlatego, że Skowroński - jako dziennikarz spoza TVP - mógłby zadawać niewygodne pytania. - Nic podobnego - zarzekała się telewizja. 

Zachowanie Gembarowskiego odbiło się szerokim echem. Zaprotestowali inni dziennikarze skupieni w telewizyjnym kole Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, którzy sposób przeprowadzenia wywiadu określili jako "urągający zasadom profesjonalizmu". Ich zdaniem taka rozmowa nie byłaby możliwa, gdyby nie atmosfera przyzwolenia, jaka panuje w kierownictwie telewizji. Pięć dni później Rada Etyki Mediów uznała, że rozmowa Gembarowskiego "była całkowicie nieprofesjonalna i naruszała podstawowe standardy moralne".

TVP: wyjaśniamy,  wyjaśniamy...

Dlaczego mimo jasnych reguł, które przypomniano przed wyborami, doszło do takich incydentów? - Biorąc pod uwagę, że miesięcznie produkowanych jest 9 tys. godzin programów i  liczbę dziennikarzy zatrudnionych lub współpracujących z TVP w skali całego kraju, to 4 czy 5 nagannych zachowań stanowi zaledwie ułamek promila. Choć oczywiście nie jesteśmy zadowoleni, że takie incydenty miały miejsce - odpowiada Janusz Cieliszak, rzecznik zarządu TVP.

Do  tej pory żaden bohater wyborczych incydentów nie stracił pracy. Robertowi Samotowi "zwrócona została uwaga na niestosowność takich działań, ale ponieważ jest on współpracownikiem TVP, konsekwencje służbowe nie mogą być wobec niego wyciągnięte. W przypadku ponownego naruszenia zasad współpraca z nim zostanie rozwiązana" - napisał prezes TVP do szefa KRRiTV. Na razie telewizyjna agencja, z którą Samot współpracował, postanowiła nie korzystać z jego usług.

Karwowski i Komorski do czasu wyborów zostali zawieszeni w obowiązkach i otrzymali zakaz pojawiania się na antenie, dopóty, dopóki telewizyjna Komisja Etyki nie oceni ich zachowania.

Sprawę dyrektora Brodowskiego bada Biuro Kontroli TVP i Biuro Programów Regionalnych.

Pracy nie stracił również Gembarowski. Na razie został zawieszony do czasu wyjaśnienia sprawy przez telewizyjną Komisję Etyki i wysłany na urlop. Dyrektor Zieliński informuje, że codziennie do telewizji przychodzi ponad setka listów z... gratulacjami dla odważnego dziennikarza.

Konsekwencji nie poniósł żaden z przełożonych i raczej nie należy się spodziewać, że poniesie je w przyszłości. Krajowa Rada, która miała nieraz okazję, by zaapelować do TVP o stosowanie właściwych proporcji, w czasie kampanii z boku przyglądała się rozwojowi sytuacji i postanowiła poczekać z oceną na finał wyborów. Równocześnie ta sama Rada jeszcze w czasie kampanii, ale już w innej sprawie wykazała zaskakującą sprawność i zaangażowanie. Kiedy sztab Krzaklewskiego przekroczył limit płatnych reklamówek wyborczych, co skrupulatnie podliczył sztab Kwaśniewskiego dokładnie w tym samym dniu, co Departament Reklamy KRRiTV, jej sekretarz Włodzimierz Czarzasty nie czekał do 9 października, ale niezwłocznie powiadomił o fakcie Państwową Komisję Wyborczą.

Nie skarżył się tylko jeden

Sprzeciw wobec nierównego traktowania kandydatów przez telewizję publiczną połączył aż pięciu rywali do prezydenckiego fotela. W połowie września pięć prawicowych sztabów zarzuciło TVP promowanie tylko jednego kandydata - Kwaśniewskiego. Dzień wcześniej czworo członków Rady Programowej TVP, m.in. Robert Tekieli i Wojciech Wencel, zawiesiło swe uczestnictwo w tym organie z powodu "zaangażowania się TVP po stronie Aleksandra Kwaśniewskiego".  Zarzuciło  również TVP tendencyjny dobór dziennikarzy, którzy prowadzić będą programy wyborcze, a w przeszłości byli czynnie zaangażowani po stronie prezydenta oraz w budowanie niekorzystnych wizerunków jego rywali.

Władze TVP nie zmieniły jednak swej polityki. Już kilka dni później wykorzystały do kampanii wyborczej letnie igrzyska w Sydney, na które wybrał się Kwaśniewski. W sportowych programach pokazano, jak prezydent udziela wskazówek przed kolejnym meczem, wizytuje wioskę olimpijską, macha z trybun, a potem w specjalnym studiu olimpijskim podsumowuje kondycję polskiego sportu. Nie zareagowała Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji, ale zabrała głos Państwowa Komisja Wyborcza. "TVP w okresie kampanii powinna unikać prezentacji w swoich audycjach kandydatów na prezydenta pełniących funkcje publiczne, jeżeli prezentacje te nie dotyczą wykorzystywanych przez nich funkcji" - oświadczyła.

Nawet ci kandydaci, którzy nie przyłączyli się do protestu, nie byli zadowoleni z pracy TVP. Już w sierpniu Janusz Korwin-Mikke zaskarżył telewizję do sądu i wygrał proces, bo dziennikarze przypisali mu nieprawdziwą wypowiedź. Niezadowolony był także - dość wstrzemięźliwy w atakach na TVP - komitet Andrzeja Olechowskiego. Już po wyborach szef jego sztabu Maciej Jankowski w jednym z programów zakwestionował słowa dziennikarza, który powiedział, że 8 października Polacy wzięli los w swoje ręce. - Los Polski w swoje ręce postanowiła wziąć telewizja - oświadczył Jankowski.

Zbieżne plany  prezydenta i TVP

Jednym z najistotniejszych zarzutów stawianych publicznej stacji było ograniczenie czy nawet celowe unikanie debaty publicznej, która powinna towarzyszyć każdej kampanii wyborczej. 

Telewizja w obronie przytaczała taki argument: - To nie od nas zależy, że kandydatów jest trzynastu. Chcieliśmy zapraszać do programów tylko pięciu najpopularniejszych kandydatów, ale nie zgodziła się reszta, a PKW nie wykluczyła, że przyzna im rację.

Przypomnijmy, że debaty publicznej domagali się wszyscy najpoważniejsi kandydaci z wyjątkiem Kwaśniewskiego, którego strategia wyborcza nie przewidywała takiego spotkania przed pierwszą turą. Również w tym przypadku plany sztabu prezydenta i władz telewizji okazały się zbieżne i w rezultacie - tak jak chciał prezydent - poważnej debaty między najważniejszymi kandydatami nie było.

Nie można jednak zarzucić TVP całkowitego ignorowania faktów niewygodnych dla prezydenta. Kompromitujące taśmy z Kalisza stały się czołówką "Wiadomości", a w "Monitorze Wiadomości" rozprawiano na ten temat dwukrotnie. Realizując zresztą zapowiedź prezydenta, TVP wyemitowała po wyborach kaliski film w całości, choć pokazywał on to samo, co wcześniej ujawnili już konkurenci. Nie oznacza to bynajmniej, że dziennikarze analizowali zachowanie prezydenta i jego otoczenia. Dyskusja dotyczyła najpierw sensu prowadzenia kampanii negatywnej, którą film z Kalisza wywołał, a potem ubolewano nad skutkami ujawnienia kompromitujących taśm. - Czy nie zaszkodzi to stosunkom państwo - Kościół? - dopytywała dziennikarka "Monitora". Pytania, jak ocenić osoby, które gesty papieża parodiowały i dlaczego prezydent zwleka z decyzją w sprawie dymisji Marka Siwca, nie padły.

Najniższy poziom

Niektórzy kandydaci niezadowoleni byli także z prezentacji ich oferty w autorskich audycjach TVP. Co prawda w "Forum wyborczym" do głosu dopuszczono przedstawicieli sztabów wyborczych, ale już "Tygodnik wyborczy Jedynki" zdominowały spory ekspertów. Ci bardziej skupiali się na prezentacji własnych opinii niż analizie poglądów polityków. Pojawiły się więc sugestie, że media powinny dokonywać wstępnej selekcji i poświęcać czas przede wszystkim liczącym się kandydatom. - A według jakich kryteriów powinno się przeprowadzać taką selekcję? Według poparcia w sondażach? Tym samym prezentowanie wyników badań opinii publicznej stałoby się decyzją polityczną - protestuje prof. Andrzej Rychard z Instytutu Filozofii i Socjologii PAN. Zauważa, że takie decyzje prowadzić by mogły do paradoksalnych sytuacji i do grupy egzotycznych kandydatów trzeba by zaliczyć także Lecha Wałęsę. - Konieczność prezentowania wszystkich kandydatów jest niestety jednym z kosztów demokracji. Ale jest on nieporównywalnie mniejszy niż możliwość wybierania przez dziennikarzy według własnych kryteriów tych kandydatów, którzy powinni być ich zdaniem eksponowani - dodaje prof. Rychard.

Niektórzy proponują daleko idące zmiany przynajmniej w sposobie prezentacji bezpłatnych audycji wyborczych. Tym bardziej że niektóre nie zdołały zgromadzić przed telewizorami nawet 500 tys. widzów. - To dobry moment, by zastanowić się nad tym, jak uatrakcyjnić te bloki. To, co oglądaliśmy w czasie kampanii, tworzyło kakofonię. Było męczące dla wyborców i mało korzystne dla samych kandydatów, skoro oglądalność audycji była niska - mówi prof. Lena Kolarska-Bobińska, dyrektor Instytutu Spraw Publicznych. Proponuje ona dyskusję nad tym, czy wszystkim komitetom wyborczym powinna przysługiwać jednakowa ilość czasu i czy ich audycje powinny być  prezentowane w blokach czy raczej powinno się je rozbić na kilka części, by nadawać je w różnych godzinach. - Wiem, że powstanie dylemat nad sprawiedliwym podziałem czasu, ale ważniejsza jest chyba kwestia jakości programów i funkcja, jaką powinny one spełniać, a której w tej kampanii, jak się okazało, nie spełniły - mówi dyrektor ISP. 

Za ocenę telewizji publicznej zabrali się również politycy i to z obu stron. Stronnictwo Konserwatywno-Ludowe zwróciło się właśnie o publiczną debatę w sprawie przekształcenia stacji w "prawdziwie publiczną instytucję". Do podsumowania działalności dzisiejszych władz TVP szykują się także liderzy SLD. Leszek Miller, opierając się na badaniach opinii publicznej i własnych obserwacjach, mówi wprost: - Obecna telewizja jest zbyt prawicowa. 

Z punktu widzenia Millera publiczna stacja powinna bardziej przechylić się w lewą stronę. Trudno sobie jednak wyobrazić, że publiczną stację można jeszcze bardziej upartyjnić i obowiązujące dziś standardy obniżyć. Kampania wyborcza dowiodła, że już teraz osiągnęły poziom najniższy z możliwych do zaakceptowania.

Luiza Zalewska






