Oświęcim jest miejscem szczególnym, ale nie mogą obowiązywać tu inne niż w Polsce miary prawne i etyczne

Miasto życia czy miasto śmierci

RYS. ROBERT  DĄBROWSKI

PIOTR LEGUTKO

Sprawa dyskoteki  w miejscu dawnej przyobozowej garbarni pokazuje bezradność polityków wobec  problemu miasta  - symbolu zagłady. 

Kolejny rok trwa gra na administracyjnej szachownicy, a nazwa Oświęcim raz po raz pojawia się w serwisach światowych agencji w niepochlebnym dla Polski ujęciu. Umiędzynarodowienie sporu dotyczącego dyskoteki System stanowi niebezpieczny precedens, dlatego że sprawa nie dotyczy obozu, lecz miasta i obowiązującego w nim porządku prawnego. Dla mieszkańców Oświęcimia jej rozwiązanie stanowi test na to, czy można tu żyć normalnie. Na razie odpowiedź jest negatywna.

Zagranicznym dziennikarzom trudno się dziwić. Dla nich samo zestawienie dwóch słów: dyskoteka i Oświęcim jest bulwersujące. Jeśli doda się do tego: "obozowa garbarnia" i "magazyn ludzkich włosów", skandal gotowy. I nie ma już miejsca na rzeczową dyskusję, pisze się wyłącznie o braku wrażliwości, wyczucia, szacunku. Także polscy intelektualiści czują się natychmiast wywołani do tablicy i również nie kryją oburzenia. Ale gdy w podobnym tonie głos zabierają urzędnicy państwowi i politycy, mamy do czynienia z nieporozumieniem. To od nich bowiem oczekuje się rozwiązania problemu.

"Taniec na trupach"

Rzecz w tym, by bezkonfliktowo połączyć normalne funkcjonowanie miasta i przeszłość, w której cieniu musi się ono rozwijać. Najgorszym wyjściem jest udawanie, że konfliktu nie ma, a kolejne "incydenty" są wynikiem zwyczajnej ludzkiej bezmyślności. Wbrew pozorom nawet sprawa dyskoteki wcale nie jest tak oczywista i jednoznaczna, jak sugerują media. Charakterystyczny dla ich jednostronności jest tytuł w jednej z gazet - "Taniec na trupach" - nie pozostawiający wątpliwości, że młodzież będzie się bawić  niemal w obozowych barakach, w których przed pół wiekiem ginęli ludzie. Taki sygnał poszedł w świat. Niewielu dziennikarzy (zwłaszcza zachodnich) rzetelnie podawało odległość dyskoteki od strefy ochronnej wokół obozu (kilometr), chyba nikt nie napisał, że garbarnia była tam już długo przed wojną, a sam budynek zaadaptowany na dyskotekę postawiono w latach pięćdziesiątych. Ale to szczegóły.

Najistotniejsze jest to, jak potraktowano czysto administracyjną decyzję wydaną na szczeblu powiatowym. Odbyła się wielka kampania na rzecz nieprzestrzegania prawa w imię wyciszenia międzynarodowego skandalu. Wszyscy domagali się, by jak najszybciej wyrzucić kłopotliwego inwestora, najlepiej rękami powiatowego urzędnika. Tymczasem podstawowa wiedza o kompetencjach starosty wystarczy, by sobie uświadomić, że nie mógł on odmówić spółce Maja zgody na działalność. Budynek stoi na terenach przemysłowych, nie jest obiektem muzealnym i nie prowadzono na jego terenie żadnych prac konserwatorskich ani archeologicznych. A to właśnie może i powinno interesować urzędnika.  Jeśli wydanie decyzji budzi kontrowersje innej natury, trzeba szukać ich prawdziwych źródeł, a nie wywierać nacisk na starostę, by "szukał jakiejś furtki...".

Gdy się mówi "A"...

Starosta furtki nie szukał, znalazł ją teraz wojewoda. I dla nikogo nie jest tajemnicą, że podważenie na tym szczeblu legalności pozwolenia na budowę z powodu "braku aktualnego wyrysu" jest decyzją polityczną. W oficjalnej decyzji wojewody pojawia się także argument porządkowy, dotyczący Międzynarodowego Domu Spotkań Młodzieży, którego gościom przeszkadza hałas z dyskoteki. To właśnie dyrektor MDSM pierwszy powołał się na tragiczną historię miejsca, w którym działa lokal rozrywkowy, otwierając tym samym puszkę Pandory, zamkniętą przed rokiem odpowiednią ustawą sejmową i rozporządzeniem wyznaczającym konkretne tereny w Oświęcimiu, gdzie obowiązują specjalne uregulowania prawne.

Wysiłek prawników przeglądających pod lupą dokumenty inwestora ma na celu jedno. Ukryć prawdziwy powód, z którego jest on traktowany jako persona non grata. Łatwo bowiem wyobrazić sobie łańcuch przyczynowo-skutkowy, który zostałby uruchomiony, gdyby wyłożono kawę na ławę. Skoro bowiem hucznych zabaw nie wolno urządzać w miejscu, w którym dawniej była garbarnia, to również wszędzie tam, gdzie pracowali (i ginęli) więźniowie, czyli na terenie większości zakładów w Oświęcimiu (i kilku sąsiednich miastach). Mało tego, nie powinno się również wyrażać zgody na festyny uliczne. O ileż bardziej zasadne niż w przypadku garbarni będą bowiem zastrzeżenia wobec "dróg śmierci", którymi więźniowie wracali z pracy do obozu.

Jak to wszystko zrobić? Trzeba co najmniej pięciokrotnie powiększyć strefę ochronną wokół obozu, czyli de facto uniemożliwić mieszkańcom Oświęcimia nie tylko swobodną działalność gospodarczą, ale także normalne spędzanie wolnego czasu. Skoro się powiedziało "A", bądźmy konsekwentni, dopowiedzmy "B".

"Mieszkańcy Oświęcimia muszą nauczyć się żyć z ograniczeniami", napisał Stefan Wilkanowicz w jednym z wydanych w sprawie dyskoteki oświadczeń, ale argument ten dopóty nic nie znaczy, dopóki nie określimy jasno i czytelnie, o jakie ograniczenia chodzi. Nie można pozostawać jedynie w sferze subiektywnych odczuć i emocji, bo w ten sposób serial międzynarodowych kryzysów będzie trwał bez końca. Dziś jest to problem dyskoteki. Jutro może stadionu sportowego, który stoi obok garbarni.

Zgoda, Oświęcim jest miejscem szczególnym, ale nie mogą z tego powodu obowiązywać tu inne niż w Polsce miary prawne i etyczne. Słusznie mieszkańcy miasta nad Sołą pytają, dlaczego zastrzeżeń natury historycznej nie zgłasza się w przypadku lokali rozrywkowych otwieranych w Warszawie, w miejscach zroszonych męczeńską krwią powstańców? Dlaczego rząd polski nie wzywa komercyjnej stacji radiowej do zamknięcia dyskoteki, od kilku lat działającej w gestapowskiej i ubeckiej katowni przy ulicy Pomorskiej w Krakowie?

Szanować przeszłość,  patrzeć w przyszłość

Władze samorządowe Oświęcimia wielokrotnie udowodniły podczas ostatniej dekady, że rozumieją, iż sytuacja, w jakiej przyszło im żyć, jest wyjątkowa. Nie odcinają się od przeszłości, bo nie jest to możliwe. Pamiętając o historii, tworzyły przez ostatni rok strategię rozwoju powiatu. Przykładem takiego myślenia jest odrestaurowana niedawno synagoga, która ma dokumentować dzieje bardzo licznej społeczności żydowskiej zamieszkującej Oświęcim przed wojną i upowszechniać je wśród turystów odwiedzających Auschwitz. Ale jeśli Oświęcim ma się stać "ośrodkiem współpracy na rzecz pokoju i integracji", musi być także żywym, normalnym miastem. Szanującym przeszłość, ale nastawionym na przyszłość.

Jeden z projektów strategii rozwoju ziemi oświęcimskiej (strategii tworzonej notabene we współpracy z Kancelarią Premiera RP) zakłada także powołanie Światowego Centrum Obrony Praw Człowieka, które przyczyniałoby się do zmiany wizerunku miasta. Tak by nie było, jak dotychczas, kojarzone w świecie z ludobójstwem, ale z humanistycznym przesłaniem. Miasto, które było świadkiem holokaustu, i Polska, kraj, w którym rozpoczął się proces demokratycznych zmian przekreślających czarne dziedzictwo XX wieku - mają do tego moralny tytuł. Tylko czy ktoś w świecie słyszał o tej inicjatywie? Nie wspierają jej władze państwowe, nie przyklaskują intelektualiści. A przecież tylko w taki sposób, uciekając do przodu, można uniknąć następnych konfliktów.

Rozstrzyga się teraz, jaki będzie Oświęcim. Jedna wizja to miasto śmierci, druga -  miasto życia. Takie jak inne miejsca na Ziemi połączone podobnym losem, np. Hiroszima czy Sarajewo. Nie da się ukryć, że na razie światowej opinii publicznej najbardziej odpowiadałby wariant pierwszy. Strefa ciszy - to idealna wizja Oświęcimia. Trzeba się z tym liczyć, dlatego wybór wizji drugiej, oczywisty z perspektywy Polski i mieszkańców miasta, wiąże się z ogromną pracą, jaką należy pilnie podjąć, by przekonać do niej świat.

Alternatywa dla skansenu

Na razie próbuje się rozwiązywać kolejne oświęcimskie kryzysy w drodze wykorzystywania kruczków prawnych. Ale prawo to w demokracji broń obosieczna. Widać to choćby po werdyktach w sprawie żwirowiska. Końca "dyskotekowego kryzysu" też nie widać, bo choć wojewoda po raz trzeci uchylił decyzje starosty, wiadomo, że na tym się sprawa nie skończy (jest jeszcze NSA). Jakie pole działania w takiej wojnie pozycyjnej ma rząd, najlepiej pokazuje rozpaczliwy apel premiera do... inwestora, by w imię racji etycznych zrezygnował ze swoich planów. A jeśli nie posłucha? Skoro nie uda się zaapelować do sumienia, trzeba będzie uderzyć do kieszeni. Wykupi się interes i przez jakiś czas wszyscy będą zadowoleni - do następnego konfliktu. Prawdopodobnie rząd pod naciskiem światowej opinii nie zatrzyma się w pół drogi, i zacznie wykupywać kolejne obiekty, w jakikolwiek sposób związane z tragiczną historią. Każdy otoczy się wysokim płotem i opatrzy stosownymi tablicami. Wkrótce cały Oświęcim stanie się jednym wielkim skansenem. Po jakimś czasie (to już rodzaj political fiction) dojdzie do tego, że młodzież z Oświęcimia będzie mogła napić się piwa i zatańczyć jedynie na terenie... Międzynarodowego Domu Spotkań (oczywiście nieoficjalnie). Jeżeli w Oświęcimiu zostanie jeszcze jakaś młodzież.

Jest oczywiście inna możliwość. Nie tylko rząd, ale także politycy, intelektualiści i dziennikarze dostrzegą wreszcie 50-tysięczne miasto o 800-letniej tradycji. Włączą się w realizację spisanej już na papierze strategii rozwoju Oświęcimia jako strażnika pamięci o zmarłych i miejsca spotkań młodzieży z całego świata. Miasta, w którym ludzie także normalnie się bawią, jak w Warszawie i Hiroszimie.

Autor jest publicystą tygodnika "Nowe Państwo".


