FILIPINY

Czy Joseph Estrada utrzyma się u władzy 

Sąd nad prezydentem

- Wszyscy wiecie, że nie jestem świętym i nigdy nie miałem się za takiego...

FOT. (C) AP

STANISŁAW GRZYMSKI

Luis Singson, gubernator filipińskiej prowincji Ilocos Sur, ma szansę na przejście do historii jako człowiek, który obalił szefa państwa. Stanie się tak, jeżeli Joseph Estrada zostanie konstytucyjnie usunięty ze stanowiska prezydenta Filipin. 

Singson, do niedawna przyjaciel Estrady, ujawnił publicznie, że przekazywał mu część wpływów z nielegalnej loteryjki liczbowej Juteng, bardzo popularnej wśród biedoty. Prezydent miał otrzymać łącznie ponad 400 milionów peso (8,5 miliona dolarów). W przeszłości bardzo często wysuwano wobec Estrady zarzuty o korupcję, naruszanie konstytucji i nadużywanie władzy. Ale tym razem miarka się przebrała. 

Opozycja oskarża

Zeznania gubernatora, który sam przyznał się do prowadzenia czarnych interesów, posłużyły opozycji, która od dawna gromadziła dowody przeciwko prezydentowi, do złożenia w parlamencie wniosku o postawienie Estrady w stan oskarżenia z powodu korupcji i usunięcie go z urzędu w przypadku udowodnienia mu winy. Został on przyjęty przez obie izby parlamentu. W czwartek szef państwa ma stanąć przed trybunałem senackim. Kolegium sędziowskie tworzy 22 senatorów, którzy przywdziali na tę okazję czarne togi, a oskarżycielem jest 11-osobowa grupa, wyznaczona spośród członków Izby Reprezentantów. Wystarczy, aby o winie prezydenta orzekło 15 członków Senatu i zostanie on zdjęty z urzędu. Jest to pierwszy tego rodzaju proces nie tylko na Filipinach, lecz i w całej Azji. 

Lista zarzutów, które znalazły się w formalnym akcie oskarżenia, jest długa. Wynika z niego, że Estrada pobierał łapówki od organizatorów nielegalnych gier liczbowych, przywłaszczał sobie dotacje rządowe przeznaczone dla producentów tytoniu, kłamał w deklaracji majątkowej, by ukryć uzyskaną w podejrzany sposób fortunę, usiłował wpłynąć na przebieg śledztwa prowadzonego przez Komisję Operacji Giełdowych przeciwko jego koledze, nadużył stanowiska, by ratować swych synów, którzy weszli w konflikt z prawem, zatwierdził dar dla fundacji kierowanej przez jego żonę, niezgodnie z konstytucją wyznaczał niektórych członków swego gabinetu na inne, równoległe stanowiska rządowe itp.

Rządy w stylu dolce vita

Sam Estrada, były aktor, uchodzi za fenomen polityczny. Do fotela prezydenta utorowała mu drogę popularność, którą zdobył grając role obrońcy biednych i uciśnionych w kilkudziesięciu filmach. Stając do wyborów  prezydenckich, dobrze wiedział, że na Filipinach wystarczy być postacią znaną i głosić populistyczne hasła, aby zdobyć władzę. Pozyskał ludzi dzięki obietnicom poprawy poziomu życia milionów ubogich oraz groźbom wsadzenia za kratki skorumpowanych urzędników i wyciśnięcia podatków z bogaczy. 

Jako polityk nie wykazał specjalnych zdolności, otoczył się natomiast gronem utalentowanych doradców. Nie lubi wygłaszać przemówień na oficjalnych imprezach i często prosi swych sekretarzy lub członków gabinetu, aby go wyręczali. Ludzie z jego otoczenia mówią, że prezydent nie ma koncepcji w sprawowaniu władzy, a debaty polityczne go nudzą. Jeśli już bierze udział w formalnym posiedzeniu rządu, to na ogół na nim zasypia lub po krótkim czasie wychodzi. Sprawy państwowe są natomiast często nieformalnie omawiane w jadalni pałacu prezydenckiego przy suto zastawionym stole, a nie w gabinecie. Estrada lubi wieczorne dyskusje przy kieliszku, które czasem trwają aż do rana. Ponieważ ma słabą głowę, ciężkie trunki zastąpiono wspaniałymi gatunkami wina. Według gubernatora Singsona w czasie jednej z takich sesji poszło około 10 butelek Chateau Petrus czy Pomerol po tysiąc dolarów każda. 

Nieformalność tych spotkań polegała również na braku kontroli, kto w nich bierze udział. Często przychodzili na nie przyjaciele prezydenta, członkowie rodziny, a przede wszystkim ludzie, z którymi prowadził interesy, niektórzy o nie najlepszej reputacji. Jednym z bywalców był Luis Singson, feudalny kacyk, dla którego granica między groszem publicznym a zbijaniem prywatnej fortuny praktycznie nie istnieje. Singson, który żyje w świecie rewolwerów i samochodów z kuloodpornymi szybami, jest teraz głównym świadkiem oskarżenia przeciwko prezydentowi. 

Patronacka piramida

Przypadek Josepha Estrady, jako człowieka korzystającego w pełni z dobrodziejstw władzy, jest typowy dla wysoko postawionych ludzi z establishmentu w wielu krajach azjatyckich i nie tylko. Na Filipinach, gdzie system feudalny jest silnie zakorzeniony, obowiązuje tradycyjny system patronacki. Prezydent kupuje sobie lojalność podwładnych za pieniądze z rządowych funduszy, rozdaje stanowiska, mianuje gubernatorów prowincji w zamian za głosy wyborców, ułatwia biznesmenom zawieranie kontraktów w zamian za finansowanie kampanii wyborczej. Skorumpowani poborcy fiskalni przymykają oczu na dochody prezydenta i jego faworytów. Raport sporządzony niedawno przez filipińskie Centrum Dochodzeniowe Dziennikarstwa ujawnił, że prezydent Estrada zadeklarował w 1999 roku dochody tylko 2,3 milionów pesos (46 tysięcy dolarów), które pokrywały zaledwie wynajęcie willi dla jednej z jego kochanek, podczas gdy rzeczywiste jego dochody netto wyniosły w tymże roku 35,8 miliony pesos (716 tysięcy dolarów).  W raporcie walczącej z korupcją organizacji Transparency International Filipiny znajdują się na liście najbardziej skorumpowanych państw świata.

Osaczony przez wrogów

Życie prezydenta Estrady toczyłoby się swoim trybem, gdyby nie zeznania gubernatora Singsona. Publiczne ujawnienie afery przypomniało nagle establishmentowi o demokracji, którą zaczęły się szczycić Filipiny po obaleniu dyktatury Marcosa. A przecież wszyscy dobrze wiedzieli, jaki jest prezydent. 

Skłonność do pijaństwa, gier hazardowych i rozpusty dotąd mu nie zaszkodziły. Z powodu licznych przywar Filipińczycy uznali go za równego chłopa. W jednym z niedawnych wywiadów radiowych przyznał, że miał wiele kochanek. Ujawnił również, że ze związków pozamałżeńskich ma liczną progeniturę. Oficjalnie zgłosił ojcostwo 11 dzieci. Ich imiona zaczynają się na literę J. 

Estrada nigdy nie ukrywał skłonności do kobiet, alkoholu i hazardu.  - Wszyscy wiecie, że nie jestem świętym i nigdy nie miałem się za takiego. Jak każdy człowiek nie jestem bez wad. Ale publiczne pranie mojego życia osobistego i podważanie na tej podstawie mojej zdolności do sprawowania władzy jest nie tylko nieuczciwe, ale i niesprawiedliwe! - wołał na wiecu z udziałem około miliona swych zwolenników. 

Ujawnienie afery łapówkarskiej zadziałało jak wyjęcie belki podtrzymującej piramidę. Wszystko zaczęło się nagle walić. Prezydenta zaczęli opuszczać nagle najbliżsi współpracownicy. Odeszli niektórzy ministrowie, doradcy ekonomiczni i polityczni oraz kongresmani z jego własnej partii. Wpływowy Kościół katolicki, z którym identyfikuje się 85 procent Filipińczyków, zarzucił Estradzie, że jest zbyt zepsuty moralnie, aby rządzić państwem.  Estrada ma przeciwko sobie również koła biznesu, które uważają, że pozostawienie go na stanowisku szefa państwa oznacza ruinę dla gospodarki. Wierni są mu tylko ci, którzy nie mają nic do stracenia. Najważniejszy jest teraz układ sił w Senacie, który będzie go sądził. 

Prezydent zaprzecza wszystkim zarzutom, twierdząc, że padł "ofiarą spisku bogatych, a lud go nadal popiera". Postanowił bronić się do końca.


