Podjęty został zapomniany spór o wartości zasadnicze, nie tylko dla kultury

Kongres troski obywatelskiej

FOT. MARTA IGNERSKA

KRZYSZTOF MASŁOŃ

Musi nam o coś chodzić - Józef Szajna przekonywał uczestników zakończonego w niedzielę Kongresu Kultury Polskiej, dopytując się, dlaczego w Teatrze Narodowym, miejscu kongresowych obrad, nie ma tych wszystkich artystów, których tak często, a nawet - jak powiedział - "za często" widzimy na szklanym ekranie. Pytanie zasłużonego twórcy należało potraktować jako retoryczne. Wiadomo, że "ulubieńcy mas" nakręcali w tym czasie kolejne odcinki seriali, pilnując kolejki do kasy. Nie ma w tym zresztą nic nagannego, z wysoką kulturą nie mają oni jednak nic wspólnego.

Co natomiast zademonstrowali uczestnicy Kongresu Kultury Polskiej? Pomysły rodem z całkiem innej epoki, postawę roszczeniową, wąsko pojęty egoizm środowiskowy i zawodowy? Żal za bezpowrotnie utraconą uprzywilejowaną pozycją u boku rządzących?

- Poprzednia władza udawała, że nas kocha. Obecna nawet nie udaje - mówiła z żalem Joanna Kulmowa, dzieląc się marzeniem, "żebyśmy znów uwierzyli w skuteczność buntu przeciw władzy". Wyidealizowała przy okazji obraz przeszłości, twierdząc, że w 1981 r., podczas przerwanego stanem wojennym Kongresu Kultury Polskiej, "byliśmy razem". Zależy kto z kim. Podobnie jest i teraz.

Wystąpienia o pieniądze dla filharmonii, teatrów, muzeów stanowiły jednak kongresowy margines. Podobnie jak nie najważniejsza dzisiaj kwestia uruchomienia wyspecjalizowanego, poświęconego kulturze kanału telewizyjnego. To, co stało się naprawdę istotnego na Kongresie Kultury Polskiej dotyczyło sfery wartości. Spór o nie zdominował to wyjątkowe spotkanie twórców i animatorów kultury i to on przesądzi o ostatecznej ocenie Kongresu. W moim przekonaniu, pozytywnej.

Potrzeba terapii

- Spór o kulturę jest nieodwołalnie sporem o filozofię - twierdził podczas jednej z najważniejszych dyskusji kongresowych Henryk Kiereś, wyraźnie zarysowując sprzeczność między ideałami życia chrześcijańskiego a postmodernizmem szermującym hasłami pluralizmu, tolerancji, wolności. Z naciskiem zaakcentował przy tym, że "pociąg kultury europejskiej odjeżdża z Aten".

Jeszcze mocniej zabrzmiały, źle zresztą przyjęte przez wielu zebranych, słowa ks. Wiesława Niewęgłowskiego o toksyczności wielu dzieł współczesnej kultury.

- Pluralizm, który zaistniał w okresie transformacji w Polsce, nie stał się dla nas nową szansą - mówił duszpasterz polskich środowisk twórczych. - Kulturze potrzebny jest pluralizm ekumeniczny, przyjmujący bogactwo i wielość, ale w odniesieniu do pewnej wspólnej bazy wartości. Tymczasem wiele dzieł zaciera różnicę między dobrem a złem, prawdą a kłamstwem. Potrzebna jest terapia oparta na personalizmie, uniwersalnych wartościach mających swoje źródło w prawach boskich.

Kto chciał, znalazł w tym wystąpieniu zapowiedź zamachu na wolności twórcze artystów. Co jednak z tych wolności wynika dla naszej kultury? Ostatnie dziesięciolecie, poza kilkoma spektakularnymi sukcesami z Nagrodą Nobla dla Wisławy Szymborskiej na czele, było dla kultury polskiej czasem jałowym, czasem zmarnowanych szans i środowiskowej degrengolady. Kto jest winny temu, że związki i stowarzyszenia twórcze nie mają znaczenia, że ranga Polskiego Pen Clubu po śmierci Artura Międzyrzeckiego jest żadna? Jeśli zaś chodzi o akty twórcze, to warto przypomnieć zdanie Tomasza Burka, który wolność uprawianą przez młodsze pokolenie pisarzy nazwał samowolą, a najgłośniejsze książki kończącej się dekady ekstraktami kiczu.

Kicz kultury ponowoczesnej porównał Lech Witkowski do, w jego opinii - równie groźnego, kiczu fałszywego uwznioślenia. Polemizował z miejscem odjazdu pociągu kultury europejskiej, upominając się o tradycje judaistyczne i filozofię przedsokratejską. Ponowoczesność nie zagraża polskiej kulturze - zapewniał Witkowski - z całej Polski dobiega zaś wołanie o nowoczesność, gdyż odczuwamy, podobno, bolesny jej deficyt. Bronił także, na przykładzie przedstawień Krystiana Lupy, postmodernistycznego dorobku naszych artystów.

Miejsce za stołem

Na podstawie tych kilku głosów widać, że w dyskusjach kongresowych panował niejaki chaos. Utożsamiano bowiem teorię postmodernizmu z jego praktyką, a w konsekwencji ze stanem kultury współczesnej, co jest sporym nieporozumieniem. W zasadzie jednak zgadzano się ze zdaniem Cezarego Michalskiego, który jakiś czas temu powiedział, że w postmodernizmie najgorszy jest człowiek nijaki. Zygmunt Bauman, który z kolei w filozofii ponowoczesnej czuje się jak ryba w wodzie, pewne niebezpieczeństwo dostrzega w człowieku bez odpowiedzialności.

I jest to niebezpieczeństwo jak najbardziej realne. Leon Dyczewski zwrócił tu uwagę na pewien paradoks: twórcy i artyści niebezpieczeństwa tego z całą pewnością unikną, stanowią bowiem zbiór zbyt wielkich indywidualności, w nijakość ucieknie natomiast społeczeństwo.

Zdecydowana większość wystąpień nacechowana była czymś, z czym nie zetknąłem się już bardzo dawno - troską obywatelską. Byliśmy świadkami sporów zażartych na zasadnicze tematy, jak ten choćby dotyczący spotkania dziedzictwa kulturowego i narodowego z ponowoczesnością, któremu tyle miejsca poświęcam tutaj. Słuchając Ryszarda Legutki i Zygmunta Baumana, niezależnie od tego, czyje racje są komu bliższe, odczuwać można było tylko satysfakcję, że żyjemy w kraju, w którym podobne dyskusje są możliwe - i to na Kongresie Kultury Polskiej. Niewątpliwie, gdzie indziej znaleziono by miejsce za kongresowym stołem tylko dla jednego z nich.

Na Kongresie spierano się o model kultury w społeczeństwie samorządnym, o wieloetniczność kultury, role elit i autorytetów, wreszcie o istotę i przyszłość polskości. Tego  zagadnienia dotyka bezpośrednio problem, postawiony przez Ryszarda Kapuścińskiego już w otwierającym Kongres wystąpieniu - globalizacji i łączącej się z nią amerykanizacji życia i kultury.

Ostrożny optymizm

Wbrew być może uzasadnionym obawom stanowisko w tych kwestiach nie jest wcale jednoznaczne. Nieprzypadkowo Tadeusz Nyczek podczas dyskusji literaturoznawczej, gdy uczestnicy zaczęli wykpiwać samo pojęcie literatury obywatelskiej, zwrócił uwagę na to, że nie gdzie indziej, a właśnie w Stanach Zjednoczonych literatura taka zawsze miała się dobrze. Adam Kilian pytał natomiast, czy przypadkiem stan współczesnej kultury nie jest rezultatem komercji, lecz odwrotnie, to handel wynika z kultury.

Jest prawdą, co nieustannie akcentuje Ryszard Kapuściński, że najbiedniejsze społeczeństwa na globalnym wolnym rynku nie mają z czym wystąpić, nie mają nic do zaoferowania. Ale na Boga, to nie nasze zmartwienie. Kultura polska zawsze była tym, czym - w najgorszych nawet latach - mogliśmy pochwalić się przed światem. Tegoroczne doświadczenia z Expo w Hanowerze, a zwłaszcza z Targów Książki we Frankfurcie, dowodzą, iż w dalszym ciągu nie mamy się czego wstydzić, a nawet - pod warunkiem wszak, że ustanie wreszcie pauperyzacja środowiska, co w jakiejś mierze obiecał premier Buzek, zapowiadając rok 2001 jako Rok Kultury - można pozwolić sobie na ostrożny optymizm.

Optymizm ten Kongres Kultury Polskiej czyni jeszcze bardziej uzasadniony. Sprawiła to wysoka temperatura dyskusji, zaciętość sporów, wspólna polemistom tęsknota za arcydziełem, a także, może jeszcze nie powszechna, świadomość własnej wartości. Świadomość tego również, że po zbyt długo trwającym okresie zagubienia i przerażenia skutkami urynkowienia kultury, pora znów nazywać rzeczy po imieniu: szmirę - szmirą, kicz - kiczem, ramotę - ramotą. A nie "postmodernistycznym doświadczeniem", bo społeczeństwo nie odwróciło się od kultury wysokiej, tylko pomieszano mu w głowach, nazywając wideoklipy dziełami filmowymi, grafomańskie popisy - literaturą, a błazenadę - sztuką, wszystko jedno - plastyczną, muzyczną, teatralną itd.



