Pamięć o zmarłych to zobowiązanie dla żywych

Polskie poczucie tragizmu

RYS. PAWEŁ GAŁKA

ZDZISłAW NAJDER

Podstawowym składnikiem zbiorowej świadomości Polaków jest dzisiaj poczucie tragizmu ludzkiego losu. Pamiętamy o wygnaniu Polaków, wypędzeniu Niemców i zagładzie Żydów. Wiemy, że żyjemy na cmentarzach - a Polacy są zapewne narodem najczęściej odwiedzającym groby. Ta świadomość tragizmu oraz skłonność do buntu różni nas dzisiaj i od praktycznego Zachodu, i od tracącego poczucie ciągłości historycznej Wschodu.

Między Wschodem  a Zachodem

Od ponad tysiąca lat Polska obwieszcza swoją przynależność do Zachodu. Kościół rzymskokatolicki jest od początku najważniejszym składnikiem i symbolem tej przynależności. Zdarzało się, że naszą "zachodniość" kwestionowano; przykładem może być ucieczka do Francji polskiego króla Henryka Walezego. Od końca XVIII wieku bezpośredni zachodni sąsiedzi zaprzeczali prawu Polski do odrębnego istnienia. Wówczas jednak także od Zachodu, głównie z Francji, płynęło dla nas wsparcie moralne i wolnościowe natchnienie: najbardziej pamiętnym dokumentem jest "Warszawianka".

Od Wschodu Polska bywała najeżdżana przez wyznawców islamu; z tym sobie jakoś radziła. Ale od końca XVIII wieku słowiański Wschód usiłował Polskę po prostu wchłonąć i w sobie rozpuścić. Przymusowe wcielenie do bloku sowieckiego po roku 1945 było dalszym ciągiem tych usiłowań. Dzisiaj jest inaczej; mało kto już kwestionuje, że Polska jest częścią składową Zachodu. Ukraiński historyk, profesor Harvardu, powiedział niedawno, że błędne jest widzenie w Polsce "pomostu między Europą a Wschodem", bo Polska po prostu jest Europą.

Mit Jagiellonów

Za tę jednoznaczność zapłaciliśmy wszakże wysoką cenę: jest nią naruszenie tożsamości i ciągłości tak historycznej, jak i terytorialnej. Dzisiejsza Polska znajduje się w miejscu, w którym nigdy przed połową XX wieku nie była, natomiast rozerwany został jej związek z ziemiami, na których powstała istotna część dorobku naszej kultury narodowej.

W porównaniu z dotychczasowymi swoimi dziejami Polska jest dzisiaj państwem prawie monoetnicznym i bardziej spoistym kulturowo niż Francja czy Włochy. Ale jednocześnie Polacy w swoim myśleniu o sobie i o sąsiadach świadomie nawiązują już nie do zafałszowanego w PRL mitu piastowskiego, lecz do mitu wielonarodowej Polski Jagiellonów. Zwycięstwo tego mitu można uznać za pogrobowy sukces Józefa Piłsudskiego, Polaka z Litwy.

Mit ten jednak nie miałby szans na wskrzeszenie, gdyby duch jagielloński nie przenikał tak dogłębnie dziejów kultury polskiej już od czasu fresków w lubelskiej kaplicy zamkowej Władysława Jagiełły, a więc od początku XV wieku. Był to duch współżycia. Współżycia pokojowego w dwu znaczeniach: wieloetniczne państwo nie rozszerzało się przez podboje, ale przez dobrowolne unie, a kultura polska nie była innym narzucana, ale przyciągała do siebie, co widać najlepiej w okresie porozbiorowym, kiedy spolonizowało się tylu Austriaków i Niemców, a granica obszaru polskojęzycznego przesunęła się dalej na wschód. Na Zachodzie bywało zwykle inaczej: przykładem krwawy podbój Szkocji przez Anglików lub jakobińskie porządki Francuzów.

Europejski poligon

W połowie XX wieku Polska stała się poligonem europejskich doświadczeń militarnych, etnicznych i ideologicznych. Trzykrotnie była terenem działań wojennych na wielką skalę; przez osiem lat, od 1939 do 1947 roku, trwały na jej obszarze walki partyzanckie. W roku 1944 stoczono sześćdziesięciotrzydniową bitwę o jej stolicę. Trzykrotnie doznała okupacji komunistycznej, raz nazistowskiej. Na ziemiach Rzeczypospolitej rozegrał się główny akt zagłady Żydów europejskich. Po roku 1945 miliony Polaków zostały przesiedlone lub spontanicznie zmieniły miejsce zamieszkania. Ziemiaństwo, warstwa społeczna, która przez pół tysiąca lat stanowiła rdzeń kultury polskiej, uległo likwidacji; inteligencja poniosła olbrzymie straty najpierw liczbowe, później moralne.

Te wielkie zbiorowe doświadczenia wywarły ogromny wpływ na kulturę polską. Niekoniecznie w sensie powstałych już pod ich wpływem dzieł, ale w sensie świadomości. Polska świadomość kulturowa przejawia się dzisiaj nade wszystko w pamiętnikach, ogłaszanych dokumentach życia zbiorowego; dołączają się do tych przejawów poezja i powieść.

Życie na cmentarzach

Podstawowym składnikiem tej zbiorowej świadomości jest dzisiaj poczucie tragizmu ludzkiego losu. Pamiętamy o wygnaniu Polaków, wypędzeniu Niemców i zagładzie Żydów. Wiemy, że żyjemy na cmentarzach - a Polacy są zapewne narodem najczęściej odwiedzającym groby. Niedawno ustanowiono w centrum Gdańska cmentarz Nieistniejących Cmentarzy, na placu, który był miejscem pochówku od XII wieku i gdzie w latach czterdziestych zniszczono "niemieckie" nagrobki. Ten cmentarz, otwarty wspólnie przez katolickiego arcybiskupa, islamskiego mułłę, ewangelickiego pastora i żydowskiego rabina, jest dla mnie symbolem ważnego składnika polskiej kultury.

Przez świadomość tragizmu rozumiem zdawanie sobie sprawy z tego, że coś, co wysoko cenimy, wyłoniło się na drodze zniszczenia czegoś innego, także cennego. Prosty i materialny przykład takiej sytuacji opisał niedawno Tadeusz Chrzanowski: oto warszawska Starówka została odbudowana przy użyciu cegieł uzyskanych przez wyburzanie zabytków piastowskiego Głogowa. Przykładem najbardziej znanym jest bohaterska legenda Powstania Warszawskiego, symbol gotowości do najwyższego poświęcenia w obronie zbiorowego honoru Polaków.

Poczucie tragizmu jest obce nowoczesnym postawom relatywistycznym, typowym dla tak zwanego postmodernizmu. Tragizm wprowadza do naszej świadomości składnik eschatologiczny, ten wymiar duchowy, o którego potrzebie tak często słyszymy. Być może właśnie obecność poczucia tragizmu sprawia, że religia zajmuje wciąż tak poczesne miejsce w polskim życiu kulturowym. Warto przy tym zauważyć, że tak często odnotowywana i przeciwstawiana areligijności Europejczyków religijność Amerykanów jest zupełnie inna: jest optymistyczno-dobroduszna, tragizmu wręcz unikająca.

Schronienie w wyobraźni

Jako zbiorowość odczuwamy wyjątkowo silnie potrzebę ciągłości. Zniszczenia i niedostatki realiów nadrabiamy wyobraźnią. I właśnie nasz narodowy mit ciągłości dziejowej Polaków stanowi konkretne podłoże, tak treściowe, jak i emocjonalne, owego poczucia tragizmu. Tak wiele z tego, co kochamy, za czym tęsknimy, zostało bezpowrotnie zniszczone. Tak wiele z tego, do czego jesteśmy serdecznie przywiązani, jest od nas oddzielone. Śnimy o Wilnie i Krzemieńcu, zamkach nowogródzkim i kamienieckim; restaurujemy synagogi i kirkuty; w zamkach pruskich junkrów odbywamy spotkania przyjaźni.

Śpiewamy o Niemnie i o Czeremoszu, czytamy książki o małych żydowskich miasteczkach, jak Drohobycz Brunona Schulza, w Szczecinie wybieramy zasłużonych obywateli miasta spośród jego dawnych i obecnych mieszkańców, we Wrocławiu i Warszawie wzruszamy się lwowskimi piosenkami Mariana Hemara. Podnieśliśmy z ruin warszawskie i gdańskie Stare Miasta oraz ratusze poznański i zamojski; ratujemy zachowane dworki i dwory. Wiemy, że "nasz świat jest nietrwały - chaos intencje ludzkie mgłą otacza". Od Zbigniewa Herberta uczymy się, że pamięć o zmarłych to zobowiązanie dla żywych.

Nasz hymn narodowy jest także hymnem zobowiązania. Jego słowa przypominają nam codziennie, że losem człowieka jest walka z nietrwałością. Jednocześnie odrzucają to, co jest, na rzecz tego, co być powinno, co musimy swoim wysiłkiem stworzyć. I to jest również tradycyjny składnik naszej kultury: brak zgody na aktualną rzeczywistość, postulaty zmiany - w imię wolności, w imię wierności, w imię przerabiania zjadaczy chleba w aniołów. Sami rozpięci jesteśmy między przeszłością tragiczną (która sprawia, że nasze święta państwowe nie są świętami radości, jak gdzie indziej, ale rozpamiętywania) a przyszłością otwartą Europy.

Egzotyczny heroizm

A jak widzą nas z zewnątrz? Nie mam na myśli potocznych stereotypów, ale widzenie przez ludzi kultury. Dla Zachodu Europy jesteśmy egzotyczni przez nasze tradycje heroiczno-szaleńcze, upamiętnione w takich utworach jak "Jacobowsky i pan pułkownik" Franza Werfla czy" Pan Kiehot" Gunthera Grassa, a także przez naszą cywilizacyjną pograniczność. Jesteśmy kresami Europy. Sąsiedzi od wschodu - a przypominam, że ani Litwini, ani zwłaszcza Ukraińcy nie chcą być umieszczani w Europie Wschodniej, lecz przynajmniej w Środkowowschodniej - są otwarci na nasze tradycje okcydentalne, jak obywatelska podmiotowość jednostek i zbiorowości, samorząd lokalny, podporządkowanie władzy prawu, a stosunków międzyludzkich umowom, niepodporządkowanie religii państwu i wiara, której się broni - ale której się nie narzuca.

Nie ma potrzeby przemilczać, że Europa ducha, Europa prawa i sztuki sięgała tak daleko, jak daleko sięgały ongiś granice I Rzeczypospolitej, wspólnej kolebki Polaków, Litwinów, Białorusinów i Ukraińców. Na jej obszarze spotykały się i przenikały kultury, ale składnik łacińsko-europejski był zawsze obecny. Tym śmielej powinniśmy o tym przypominać, że cywilizacja polska nie była cywilizacją podboju. Dzisiaj zresztą zmieniły się kanony stosunków międzynarodowych i ani za kulturą, ani przed kulturą nie idzie już miecz...

Nie trzeba chcieć pełnić funkcji misjonarza, by mieć poczucie misji - misji spełniania się, misji realizowania własnego modelu. Model polski, powtórzę, to model wyczulenia na historię i na tragizm ludzkich losów. W zetknięciu ze Wschodem model ten uwydatnia podmiotowość jednostki świadomej swoich wyborów oraz wspólnoty świadomej swoich dokonań i katastrof. Zakłada poczucie odpowiedzialności moralnej za osobowe i zbiorowe decyzje. Zakłada postawę czynną: "bądź wierny - idź". Wyrażony jest w słowach Norwida: "Ojczyzna to wielki - zbiorowy - obowiązek". Ani od tego modelu, ani od swojej roli, narzucanej przez nasze geokulturowe położenie, kultura polska nie powinna uciekać.

Tylko naród niepodległy jest w stanie dokonywać zbiorowego rachunku sumienia, spoglądać w oczy tragediom własnego losu. Tylko kultura niepodległego narodu może ze świadomości tragedii czerpać nie tylko gorzkie lekcje przetrwania, ale i mądrość rozumienia osobowej i zbiorowej doli człowieczej.

Niepodległość  zbyt oczywista

Dlatego na zakończenie pozwolę sobie na chwilę wspomnienia. Piętnaście lat temu miałem zaszczyt otwierać w Londynie Kongres Kultury Polskiej na Obczyźnie. Mówiłem wówczas o tym "Co kultura polska może dzisiaj dać światu?". Nie muszę na tej sali przypominać, jak bardzo ówczesna sytuacja Polski i Polaków różniła się od dzisiejszej. Sam byłem wówczas banitą skazanym na śmierć i pozbawionym obywatelstwa przez własnych rodaków. A kultura polska dawała wówczas sobie i światu przede wszystkim to, że się nie poddawała.

Dopiero niepodległość umożliwiła otwarte zadawanie pytania o miejsce Polski między Zachodem a Wschodem. Co znacznie ważniejsze, dopiero niepodległość pozwala nam stanąć wobec największego zbiorowego dramatu Polaków, jaki rozegrał się po drugiej wojnie światowej. Odbudowaliśmy wówczas naszą Ojczyznę z ruin, z wysiłkiem, radością i dumą - a równocześnie trwały sowieckie wywózki, komunistyczne skrytobójcze mordy i trwał beznadziejny opór "żołnierzy wyklętych", o których historia "głucho milczała". Obawiam się, że dzisiaj traktujemy niepodległość jako coś oczywistego. Taka postawa jest sprzeczna z duchem polskich tradycji. Niepodległość nie jest obecnie zagrożona, ale pamięć o jej tragicznej cenie powinna pozostać wyróżniającym składnikiem naszej kultury.

Tekst wystąpienia Zdzisława Najdera na forum "Polska pośrodku Europy" podczas Kongresu Kultury Polskiej.





