POLEMIKA 

Dla gospodarki polskiej szansą będzie odbudowa polskiej prawicy

Mit partii środka

Henryka Bochniarz ("Politycy nie nadążają", "Rz" nr 295 z 19.12.2000r.) słusznie zwróciła uwagę na rozmijanie się działań polityków polskich z potrzebami polskiej gospodarki. Wręcz symbolicznym tego wyrazem było przyjęcie ostatnio wszystkich sobót wolnych oraz batalia o czterdziestogodzinny tydzień pracy. Wątpliwości rodzą się jednak, gdy jako receptę na ten stan przyjmuje ona budowę silnej partii środka, której przyświecałaby ekonomiczna racjonalność.

Wnioski Bochniarz zdumiewają o tyle, że - zamiast proponować działania prowadzące do sukcesu tejże racjonalności w skali kraju - zgadza się na uczynienie z niej zasady działania wyłącznie politycznej mniejszości. Bo partia środka, niezależnie od swojej roli i wpływów, pozostanie tylko mniejszościowym elementem sceny politycznej spolaryzowanej na dwubiegunowy układ tradycyjnie określany jako lewica i prawica.

Rola niekonieczna

Jeśli partia środka zdobędzie takie poparcie, że stanie się jednym z dwóch głównych elementów owej podstawowej alternatywy, to przejmie rolę któregoś ze skrzydeł w zależności od orientacji drugiego, głównego aktora sceny politycznej. A więc przestanie być centrum. Można przyjąć na przykład, jak czynił to politolog amerykański Giovanni Sartori, że włoska chadecja w sensie ideowym była typową partią środka, ale ponieważ czterdzieści lat przeciwstawiana była partii komunistycznej, odgrywała więc rolę włoskiej prawicy.

Podziałowi prawica - lewica zarzucać można, że jest arbitralny i relatywny. Właściwie dlaczego mamy ciągle określać się względem tego, jak usiedli posłowie w czasie Rewolucji Francuskiej? Model ten jednak odpowiada zasadzie demokracji - możliwości wyboru. Wyznaczony jest przez trwałą dyspozycję umysłu ludzkiego, aby rzeczywistość postrzegać w dwudzielnym układzie.

O ile podział prawica - lewica jest relatywny, a miejsce partnerzy wyznaczają sobie nawzajem, o tyle centrum polityczne, czyli partia środka, relatywne jest w dwójnasób, ponieważ określone jest jako miejsce pomiędzy dwiema partiami. W sensie politycznym jako element dodatkowy między dwoma niezbędnymi biegunami wyborczej alternatywy nie wydaje się ono niezbędne.

Centrum to nie istnieje w systemie anglosaskim. W Stanach Zjednoczonych można mówić o bardziej centrowych, czyli umiarkowanych, skrzydłach republikanów i demokratów, którym ideowo bliżej do siebie niż skrajnym skrzydłom ich własnych partii, ale to, że sytuują się one jednak w partiach przeciwnych, demonstruje, dlaczego centrum nie jest potrzebne.

Sytuacja w Anglii z grubsza oddaje ten schemat pomimo pojawienia się liberałów, którzy bezskutecznie od dłuższego czasu usiłują odegrać w nim rolę.

Sytuację w Niemczech przedstawiano często - również w Polsce - jako przykład sceny politycznej, na której istotną i trwałą rolę odgrywa partia centrum, w tym wypadku FPD. Dziś FPD ma coraz większe kłopoty z przetrwaniem. Zieloni w warunkach niemieckich jako par excellence partia lewicowa nie mogą przejąć tej roli.

Skłonność do zanikania

Tak więc istnienie partii środka nie jest niezbędne dla demokracji, a wręcz można powiedzieć, że ich powstanie jest historycznym przypadkiem i, co więcej, partie takie mają skłonność do zanikania w stałym dwubiegunowym ciśnieniu.

W Polsce centrum sceny politycznej stanowi Unia Wolności, gdyż PSL zupełnie nie mieści się w tym schemacie. Unia Wolności wyrosła wokół rządu Mazowieckiego, w czasie walki dwóch odłamów postsolidarnościowego obozu. Określana jako lewica przez solidarnościowych przeciwników, sama odmawiała tej kwalifikacji, przyjmując, że w polskiej sytuacji podziały takie zatraciły sens. Walczyła  o całość solidarnościowej schedy, a więc, jak się wówczas wydawało, o całość polskiej sceny politycznej. Tymczasem okazało się, że postkomuniści, wykorzystując swoje finansowo-medialne wpływy i struktury organizacyjne, zdominowali bez reszty lewą stronę polskiej sceny politycznej.

W efekcie Unia Demokratyczna, która przekształciła się później w Unię Wolności, znalazła się w centrum polskiej sceny politycznej, w układzie o tyle dziwnym, że prawa strona tej sceny nie została jeszcze ukształtowana. Wydawało się, że sprawę tę rozwiąże AWS, jednak po przegranych wyborach prezydenckich, zakwestionowaniu przywództwa Krzaklewskiego i sposobu organizacji całej koalicji stała się areną wewnętrznych starć, które mogą doprowadzić do jej rozpadu, jak przyczyniły się do spadku jej popularności.

AWS powstała wokół związku zawodowego. Sam ten fakt, wbrew lamentom rozlicznych krytyków, nie musiałby przynosić żadnych negatywnych konsekwencji. W tak niezwykłej sytuacji - wychodzenia z komunistycznego systemu - musiały wydarzać się nietypowe rzeczy. Zresztą w świecie współczesnym zdarzają się takie niezwykłe ewolucje. W Argentynie korporacyjne państwo zbudowane przez Perona rozmontowane zostało przez Carlosa Menema, przywódcę partii peronistycznej. W Meksyku rynkową rewolucję rozbijającą tradycyjny monopartyjno-związkowy układ rozpoczęli politycy PRI, rządzącej partii o orientacji wyraźnie socjalistycznej.

Polska prawica  może być prorynkowa

W sferze polityki makroekonomicznej rządy AWS nie musiały budzić specjalnego niepokoju. Wprawdzie pojawiały się naciski ze strony związku, reformy były zbyt lękliwe i ślamazarne, ale w żadnym sensie nie była to związkowa dyktatura. Wydawać się mogło, że stopniowo bezpośredni udział w życiu politycznym "Solidarności" zostanie wyeliminowany i wróci ona do swojej związkowej roli, co nie znaczy, iż nie może współpracować z partią polityczną. Nieoczekiwanie jednak proces ten przybrał dramatyczny przebieg i stał się walką o władzę w AWS.

Propozycja Henryki Bochniarz, zresztą formułowana już wcześniej przez niektórych polityków, wydaje się zgubna również z perspektywy celów, które przyświecają jej autorce. Chce ona wyłuskać z AWS, a więc prawicy polskiej, prorynkowe partie polityczne i związać je z mityczną partią środka. Jeśliby się to udało, doprowadziłoby to do marginalizacji prawicy, a niewiele wzmocniłoby centrum. Byłoby więc receptą na trwały sukces postkomunistycznej lewicy, której również Bochniarz nie uważa (w każdym razie nie pisze o tym) za partię ekonomicznie racjonalną. Wystarczy zresztą zobaczyć, jak ta partia głosuje w obecnym parlamencie. Dowodzą tego jej czteroletnie rządy, które wiązały się z zablokowaniem liberalizacji ekonomicznej Polski. Znamienne, że wielu publicystów, analizujących politykę wyłącznie na podstawie niektórych wypowiedzi polityków, tego nie zauważyło.

Natomiast trudno wyobrazić sobie, aby dołączenie grupy posłów SKL zwiększyło atrakcyjność UW czy jakiegoś tworu, który powstałby w wyniku ich koalicji. Liczenie na zdyskontowanie relatywnego sukcesu Olechowskiego wydaje się również mało umotywowane. Głosy z wyborów prezydenckich nie przekładają się na wybory parlamentarne.

Szansą na przyśpieszenie modernizacji Polski jest odbudowa polskiej prawicy. Oczywiście w tym celu winna ona przełamać swoje wewnętrzne rozdarcie i definitywnie oderwać się od związku. Wbrew licznym głosom nie reprezentuje ona antyrynkowej postawy, a raczej wewnętrzne sprzeczności i brak konsekwencji.

Tradycyjnie, w każdym razie od co najmniej stu lat, na Zachodzie to prawica odgrywała rolę orędownika wolnego rynku. Nie ma powodu, aby w Polsce działo się inaczej. Toteż zwolennicy racjonalnej gospodarki i modernizacji Polski, zamiast wojować o rozbudowę mitycznego centrum, winni wspierać działania na rzecz odbudowy polskiej prawicy, która byłaby w stanie konkurować z SLD.

Bronisław Wildstein


