Rozstrzyga się o czymś ważniejszym niż telewizja: o czeskim myśleniu pomiędzy podłością a honorem - uważa pisarz Ludvik Vaculik

Dogrywka rewolucji

Praga 25 grudnia 2000 - przed gmachem telewizji

FOT. (C) REUTERS

BARBARA SIERSZUŁA Z PRAGI

Ostatni sobotni wieczór stulecia, lekki mróz, ślisko. Przed dziewiętnastą ze stacji metra im. Praskiego Powstania wysypują się setki podróżnych, zmierzających przed siedzibę czeskiej telewizji. Kwadrans poźniej na wielkim ekranie ukazuje się znak firmowy CzT i słychać sygnał rozpoczynający główne wydanie wieczornych wiadomości. W studiu za plecami prezenterów stoi grupa kilkudziesięciu osób. Wszyscy mają przypięte biało-czerwone wstążeczki. To znak solidarności i znak protestu. 

Tej wersji dziennika, nadawanej drogą satelitarną, nie widzi 90 procent czeskich telewidzów. Na ich ekranach w czasie przewidzianym na wiadomości przez kilka dni pojawiała się czarna tablica z napisem, że program protestujących redaktorów to kontrabanda.

Dyrektor Jana Boboszikova próbuje wręczyć jednemu ze zbuntowanych dziennikarzy notatkę dyscyplinarną 

FOT. (C) REUTERS

Nie chcę zginać karku

Iveta Touszlova, szczupła, niewysoka brunetka, należy do najpopularniejszych prezenterek telewizyjnych. Jest jedną z tych, którym nowa szefowa działu informacji bezskutecznie starała się wręczyć wypowiedzenie. Iveta nie jest z Pragi, w domu nie była już kilka dni. Gdy rozmawiałyśmy w sobotę, ani Iveta, ani nikt z protestujących razem z nią kolegów jeszcze nie wiedział, że w kilka godzin poźniej zostaną zupełnie odcięci. Na polecenie prezesa straż porządkowa wypuszcza każdego, ale wejść do budynku mogą już tylko ci, którzy mają specjalne przepustki. Tydzień napięć wystarczył, aby na ładnej twarzy prezenterki pojawiło się zmęczenie. Stara się je ukryć. - Nie ma powodu do niepokoju - mówi. - Mamy się tu dobrze. Jest ciepło, działają prysznice, śpimy na podłodze w śpiworach, a w dzień normalnie pracujemy. Ludzie z miasta przynoszą nam jedzenie; od pracowników telekomunikacji, zmuszonych do przerywania naszego programu, dostaliśmy kosz mandarynek z przeprosinami, że muszą respektować polecenia prezesa Hodacza. Iveta jest przesądna, stale nosi przy sobie "tygrysie oczko", kamień przynoszący szczęście. - W listopadzie 1989 byłam studentką w Czeskich Budziejowicach, uczestniczyłam w każdej demonstracji. Teraz też wiem, o co walczymy. Ja nie chcę zginać karku. Racja jest po naszej stronie; gdy jako dziennikarze stracimy niezależność, stracimy też wiarygodność. Czy boimy się, że wyrzucą nas z pracy? Boimy się. Tym bardziej że większość z nas lubi swoją pracę. Dlatego przyszliśmy do telewizji publicznej, a nie komercyjnej. Ja skończyłam historię, pracowałam w prasie, a potem w prywatnym radiu. Telewizja była moim życiowym osiągnięciem. Rodzice najpierw płakali, że stracę wszystko, a teraz do mnie telefonują, że zrobiłam dobrze, że wstydziliby się, gdyby mnie widzieli w ekipie Jany Boboszikovej. 

Kogo reprezentuje Rada

- My się nie damy sprowokować, mamy wszystko nakręcone przez dwie kamery twierdzi Adam Komers, kierownik działu sprawozdawców regionalnych, rzecznik sztabu kryzysowego. Reaguje tak na informację przekazaną agencji CzTK przez Janę Boboszikovą, że jej sztab został napadnięty przez zbuntowanych pracowników telewizji. Po fałszywym alarmie o podłożeniu bomby, to druga fałszywka podrzucona do telewizyjnego gniazda. Od początku trwania protestu Adam Komers wydaje się być wszędzie. Z okna działu informacji przekazuje zgromadzonym przed telewizją demonstrantom najnowsze wieści o wydarzeniach wewnątrz budynku, mówi o krokach podejmowanych przez prawników prezesa Hodacza i prawników pracowników telewizji, kieruje pracami sztabu, przygotowuje serwisy i występuje (gdy uda się wejść na wizję) przed kamerami. - Tu chodzi o wielką rzecz, przekonuje mnie i stojącego obok kolegę z niemieckiej prasy. Tu chodzi o czeską konstytucję, o Kartę Praw Człowieka, które są zagrożone. Ludzie przychodzą do nas każdego wieczoru, podpisują petycję (100 tysięcy podpisów) i przysyłają nam faksy z wyrazami solidarności nie dlatego, że nas lubią, ale dlatego, że wiedzą, co może się stać, gdy powiodą się próby przejęcia przez polityków kontroli nad telewizją. Już od dłuższego czasu czuliśmy tę wzrastającą presję. Z przyjściem nowego prezesa czara goryczy się przepełniła. Rada Czeskiej Telewizji, która go wybrała, powstała z klucza partyjnego, wbrew konstytucji. Przecież oni nie reprezentują nikogo z nas.

"Obywatele mają prawo przeciwstawić się każdemu, kto chciałby naruszyć demokratyczny ład ludzkich praw i swobód..." ten cytat z 23. rozdziału Karty Praw Człowieka wsi na ścianach w różnych miejscach telewizyjnego budynku. Przypomina, że bunt może być uzasadniony. W niedzielę Adam Komers, dzięki pomocy osób  "nieuprawnionych", kilkakrotnie dostaje się na wizję razem ze stojącą za nim grupą kolegów, aby przeczytać oświadczenie niezależnych związków zawodowych i sztabu kryzysowego. Domagają się odwołania prezesa Jirziego Hodacza, którego poczynania zagrażają funkcjonowaniu telewizji. Firma straciła już miliony koron. Wyrzucono czterech dyrektorów. Nie ma szefów do spraw technicznych, prawa, finansów i polityki personalnej. Sytuacja w telewizji osiągnęła stan krytyczny. Jeśli prezes zostanie, pracownicy rozpoczną strajk. 

Litera i duch prawa

Od chwili swego mianowania Jana Boboszikova powtarza: - W imieniu prawa obowiązującego w tym kraju nakazuję wam, koledzy, opuścić gmach telewizji i umożliwić legalnie mianowanemu kierownictwu oraz jego współpracownikom pełnienie obowiązków. Tę formułkę powtarza we wszystkich udzielanych przez nią wywiadach. Za nową szefową działu informacji, która dwa lata temu odeszła z telewizji po sporach z redakcją programów informacyjnych, stoi prezes Jirzi Hodacz i Rada Czeskiej Telewizji, głównie trzej członkowie Rady, delegowani przez Obywatelską Partię Demokratyczną (ODS). Związki Jany Boboszikovej z partią byłego premiera Vaclava Klausa, dokumentuje zdjęcie tej pary umieszczone przy wejściu do telewizji. Boboszikova była doradcą premiera Klausa. Żadnej z osób głośno powołujących się na legalność wyboru prezesa nie dziwi fakt, że Jirzi Hodacz został wybrany w rekordowo krótkim czasie i wbrew ludziom, z którymi ma pracować. 

Hodacz nie jest w telewizji nowicjuszem. Musiał z niej odejść, gdy latem jako szef działu informacji zwolnił jednego z redaktorów za to, że ten nie poradził sobie w telewizyjnej dyskusji z Vaclavem Klausem i Miloszem Zemanem. Pechowy redaktor opuścił telewizję w czerwcu ubiegłego roku, Hodacz w sierpniu, aby w grudniu do niej wrócić jako zwycięzca konkursu na prezesa. W ciągu tygodnia Rada zdążyła sprawdzić 33 kandydatów i wybrać jej zdaniem najlepszego - Jirziego Hodacza. Ani członkowie Rady, ani posłowie parlamentarnej komisji do spraw mediów, której przewodniczy wicemarszałek izby niższej Ivan Langer (ODS), nie widzą nic niezwykłego w tym pośpiechu w podejmowaniu decyzji. Nie reagują na uwagi, że poprzednich prezesów wybierano miesiącami, i powtarzają, że  redaktorzy, którzy nie chcą podporządkować się nowemu prezesowi, muszą być ukarani. - W telewizji nie toczy się walka o wolność słowa i demokrację, ale o poszanowanie państwa prawa i demokrację parlamentarną - oświadczył Vaclav Klaus. Marszałek Izby Poselskiej skrytykował prezydenta Havla za poparcie dla rebeliantów. Nie podoba mu się stwierdzenie Vaclava Havla, że Hodacz został wybrany zgodnie z literą prawa, ale wbrew duchowi tego prawa. Nie cieszą go też słowa znanego pisarza Ludvika Vaculika, że w walce o telewizję chodzi o wybór między podłością i honorem. W reportażu ulicznym nakręconym przez ekipę Jany Boboszikovej wszyscy uczestnicy ankiety potępili prezydenta. Ona sama dodała: - Z przykrością muszę poinformować, że wśród osób atakujących mnie słownie przed gmachem telewizji widziałam rzecznika prezydenta Ladislava Szpaczka. - Sabotażyści i terroryści - mówi o zbuntowanych redaktorach szef komercyjnej telewizji NOVA, Vladimir Żelezny, który udostępnia "Bobowizji" swoje studia za stosowną opłatą. 

Gry polityczne

- To nasz Berlusconi - mówi o Żeleznym Milosz Rejchrt, ewangelicki duchowny, który jako jedyny z 9 członków Rady Czeskiej Telewizji na znak protestu opuścił ją przed głosowaniem nad wyborem prezesa Hodacza. - Nic więcej nie mogłem zrobić. Myślę, że Unia Wolności, którą tam reprezentowałem, powinna być mi wdzięczna, że uniknęła kompromitacji. 

Po demonstracji przed gmachem telewizji wracamy z pastorem do metra. Według niego nie ma żadnego powodu do smutku. - Przeciwnie - to, co się dzieje w czeskiej telewizji, to dalszy ciąg aksamitnej rewolucji. Zwyczajna dogrywka. - U was w Polsce to też trochę trwało. Jeśli przyjąć za początek sierpień 1980, to my mamy już stocznię za sobą, teraz przyszedł następny etap. Tylko Wałęsy nie mamy. Ale te 11 lat nie poszło na marne - przekonuje. - Wystarczy poczytać, co dzisiaj w Czechach mówi się i pisze o politykach, o ich arogancji, korupcji, żeby się przekonać, ile się zmieniło. Wreszcie przestaliśmy się bać. 

Żegnamy się, składając sobie noworoczne życzenia, pastor jest dobrej myśli. Politolog Jirzi Pehe ma inną ocenę sytuacji. Według niego za wszystkim stoi ODS, starająca się przejęć kontrolę nad telewizją. - Stracili Senat, szanse Klausa na prezydenta maleją, mogą też przegrać wybory parlamentarne w czerwcu 2002 roku. 

Walka o telewizję rozluźniła nieco gorset umowy między ugrupowaniami Klausa i Zemana. Socjaldemokraci stanęli wprawdzie "po stronie prawa", ale starają się porozumieć z rebeliantami. Już to, że minister spraw wewnętrznych Stanislav Gross nie użył policji, zjednało mu opinię publiczną. Polityczne punkty starają się w telewizji zebrać deputowani z Unii Wolności i chadecji, popierający protestujących dziennikarzy swoją obecnością w budynku telewizji. Niektórzy tam nawet śpią. - To nie jest dobre - twierdzą postronni obserwatorzy.

Z Nowym Rokiem telewizyjna wojna wkroczyła w następną fazę. Na 3 stycznia została zwołana demonstracja w centrum Pragi. Politycy zamierzają z impetem włączyć się w bieg wydarzeń. Najpierw spotkają się szefowie partii (2 stycznia), potem rada telewizyjna. Dzień poźniej zbierze się Senat, a pod koniec tygodnia Izba Poselska. Wszyscy zamierzają rozmawiać o sytuacji w telewizji. -



