Skażona chemikaliami ziemia, szpitale z kalekimi, potwornie zdeformowanymi noworodkami, setki ton niewypałów na polach i w dżungli, tysiące zaginionych ludzi, których nigdy już nie uda się odnaleźć - w Wietnamie nadal trudno zapomnieć o wojnie, która skończyła się ćwierć wieku temu

Witamy w wilczym dole

Agent Orange zabił lub okaleczył co najmniej milion osób

FOT. (C) BE&W

JAN TRZCIŃSKI

Z HOSZIMINU

W Hosziminie, dawnym Sajgonie  - stolicy niegdysiejszego Wietnamu Południowego, wiele osób wciąż nienawidzi Północy za to, że ich "wyzwoliła". Ci, którzy myślą inaczej, dzielą się z grubsza na trzy grupy  - obojętnych, nieprzejednanych i praktycznych. 

Lim, 50-letni przewodnik z biura organizującego wycieczki do tuneli Wietkongu w dystrykcie Cu Chi, należy chyba do tych ostatnich. - Nie pytajcie mnie o politykę - prosi pasażerów autobusu, wśród których przeważają Amerykanie, i uśmiecha się, dając do zrozumienia, że pewnie miałby coś do powiedzenia, tylko że niespecjalnie może. Kryjąc oczy za bardzo ciemnymi okularami, napomyka jedynie, umiejętnie modulując głos, że osiem lat służył w armii Wietnamu Południowego i że w 1968 roku został zdemobilizowany ze względu na odniesione rany. 

Lim szybko nawiązuje kontakt z ludźmi, rozpręża się i zaczyna ze swadą opowiadać o wojnie. "Przychodziliśmy w nocy, to jest, przepraszam, w dzień, u schyłku dnia, to znaczy tak, w dzień, oczywiście, że w dzień, bo przecież w nocy to przychodzili ci z Wietkongu". Albo: "Tam u nas, na północy, to znaczy chciałem powiedzieć: tam na północy, nie u nas, ale w Wietnamie Północnym, u komunistów - o, o to mi chodziło...". Mylą się i inni, chcący zarobić na Amerykanach i wyobrażający sobie widocznie, że najlepiej robić to, udając byłych żołnierzy Południa. Tak jakby nie zdawali sobie sprawy, ilu sympatyków mieli w USA komunistyczni wrogowie proamerykańskiego reżimu w Sajgonie. Son, żołnierz przeczołgujący turystów po tunelach Wietkongu we wsi Nhuan Duc, w ogóle nie kryje natomiast swego stosunku do Jankesów. Pokazując najeżone metalowymi prętami wilcze doły, demonstrując działanie zapadni i opowiadając o męczarniach, w jakich umierali schwytani żołnierze, Son śmieje się lubieżnie, tak głośno i szeroko, że wygląda, jakby za chwilę miała mu pociec ślina. Potem, nadal rozradowany, zapędza turystów do tuneli. Tunele są odpowiednio poszerzone, tak żeby zwiedzający mogli poruszać się w miarę swobodnie, ale i tak ci, którym udało się przejść "pieskiem" 150-metrowy, "turystyczny" odcinek, nie czują potem nóg. Odpoczywając, mogą podbudować się lekturą broszury wręczanej przy zakupie biletu do tuneli: "Zapraszamy zagranicznych turystów do Cu Chi, by zrozumieli ciężką i długą walkę narodu wietnamskiego, jak również jego głębokie i żarliwe pragnienie trwałego pokoju, niepodległości i szczęścia". 

Agent niezmordowany

Tunele Cu Chi to najbardziej "rozrywkowe" z miejsc przypominających o wojnie - amerykańskiej, jak nazywa się ją w Wietnamie, czy też wietnamskiej, jak mówi się o niej w Ameryce. Gdzie indziej jest o wiele mniej wesoło. 11 kilometrów pod Hanoi mieści się Wieś Przyjaźni, ośrodek zdrowia postawiony za pieniądze organizacji kombatanckich z Wielkiej Brytanii, USA, Niemiec, Japonii i Francji. Na rozległym dziedzińcu - plac zabaw, skryty częściowo pod cienistymi drzewami. Jedno z nich posadził, uwieczniony na pamiątkowej fotografii, Vo Nguyen Giap, mózg północnowietnamskiej ofensywy wojskowej, w wyniku której upadł Sajgon. 88-letni dziś Vo toczy teraz, jak mówi, inną wojnę - walkę z biedą i zacofaniem. 

W ośrodku leczy się dzieci i dorosłych, ofiarny straszliwego herbicydu Agent Orange, który Amerykanie zrzucali hektolitrami na dżunglę, by w ciągu kilkunastu minut pozbawić drzewa liści, a komunistycznych partyzantów naturalnej osłony. Według nieoficjalnych danych, 44 milionami litrów obrzucono z samolotów ponad trzy miliony hektarów lasów. Hanoi twierdzi, że przyniosło to śmierć bądź uszczerbek na zdrowiu co najmniej milionowi osób. Jeszcze dziś rodzą się wskutek tego dziesiątki tysięcy kalekich niemowląt, ofiar w trzecim już pokoleniu, a setkom kobiet nie udaje się donosić ciąży. 

We Wsi Przyjaźni, otwartej przed dwoma laty, przebywa naraz, na półrocznych turnusach, stu pacjentów - siedemdziesięcioro dzieci i trzydzieścioro dorosłych. Mieszkają w eleganckich domkach, w czystych, ale skromnie, żeby nie powiedzieć biednie wyposażonych pokoikach. Malutkie dzieci z kończynami wykrzywionymi niczym po chorobach wenerycznych, z wodogłowiem, wytrzeszczem... Nastolatki - niektóre skarłowaciałe, chore psychicznie, albo ze stawami kręcącymi się na wszystkie strony tak, że dziecko nie jest w stanie samo się poruszać i trzeba nosić je na rękach. Patrzą na mnie, mimo choroby, z uśmiechem i pokazują sobie palcem. To dlatego, że wydaję im się ogromny - większość Wietnamczyków jest niewysoka, a tu nagle taki duży człowiek, od dyrektora wyższy o dwie głowy. 

Dyrektor Nguyen Khai Hung, weteran Wietkongu, w mundurze bez dystynkcji, zapewnia, że wszyscy pacjenci to ofiary defolianta Agent Orange. Dyrektor oprowadza po ośrodku każdego chętnego dziennikarza w nadziei, jak mówi, że słowo pisane wywrze jakiś wpływ na możnych tego świata, by pomogli ofiarom tej wojny. Na rząd USA nie ma co liczyć, bo Waszyngton odmawia wzięcia na siebie jakiejkolwiek odpowiedzialności w obawie przed procesami o odszkodowania - uważa wielu Wietnamczyków. A tymczasem zadośćuczynienie, pomoc w leczeniu ofiar, nierzadko przecież już wnuków ludzi, którzy wówczas ucierpieli, nie jest nawet kwestią obowiązku wynikającego z prawa, ale zwykłego humanitaryzmu - argumentują. 

Nguyen nie wspomina, może zresztą nie zdaje sobie do końca sprawy z tego, że i Hanoi - głównie w obawie o zyski z eksportu płodów rolnych - nie zawsze skłonne jest do ujawniania całej prawdy o skażeniu. Choć ślady defolianta odkryto dotąd tylko w tłuszczu niektórych gatunków ryb, kaczek i krów, istnieje obawa, że ktoś mógłby "rzucić oskarżenie" na ryż. A zmiana koniunktury na ryż, którego Wietnam jest drugim eksporterem na świecie, miałaby dla budżetu państwa skutki bardziej niż poważne. 

Ziemia nieobiecana

Najbardziej skażony jest teren dawnego lotniska amerykańskiego w Bien Hoa nieopodal Hosziminu. W 1970 roku przedostało się tu do ziemi i wód gruntowych około 30 tysięcy litrów Agent Orange. Poziom obecności pochodnych defolianta w organizmie jest u okolicznych  mieszkańców dwieście razy wyższy od dopuszczalnych norm. Żeby oczyścić skażoną ziemię pod Bien Hoa, trzeba by ją wysterylizować w temperaturze tysiąca stopni Celsjusza. Kosztowałoby to miliard dolarów, kwotę, której wyasygnowanie przez kogokolwiek byłoby cudem. O kosztach leczenia chorych nikt nawet nie wspomina; zwyczajnie - strach liczyć.

Co Agent Orange może uczynić z człowiekiem, jak może zdeformować płód, widać też w hoszimińskim Muzeum Pozostałości Wojny, gdzie w jednej z sal stoi kilka słojów z formaliną i ze zwłokami noworodków i nienarodzonych dzieci, które nie przyszły na świat w szpitalu Tu Du. Brzuchy mają wzdęte jak potężne bębny, nogi i rączki mikre za to jak paluszki, ciałka całe w skrzepach. Obok zdjęcia innych ofiar - na przykład mężczyzny, który urodził się i przeżył, ale co to za życie - jego ręce pokrywa niedźwiedzia skóra... Takich eksponatów jeszcze więcej jest w samym szpitalu Tu Du, skąd przyniesiono słoje, i - choć dzisiaj rzadziej - wciąż ich przybywa. 

Świat zaginiony

Przybywa też ofiar niewypałów. Ćwierć wieku po wojnie dwa tysiące ludzi rocznie ginie, bądź zostaje ciężko rannych od min. To najczęściej Bogu ducha winne nierozsądne dzieci, pechowi rolnicy, głupi do bólu zbieracze złomu. W sumie śmierć od niewypałów poniosło już 40 tysięcy osób. Na następne ofiary czeka jeszcze w ziemi trzysta tysięcy ton min i bomb - dwa procent z piętnastu milionów ton zrzuconych, wystrzelonych i podłożonych w czasie wojny.

W wyniku konfliktu wietnamskiego zginęło od półtora do trzech milionów Wietnamczyków z obu stron i 58 tysięcy Amerykanów. Sześć i pół miliona Wietnamczyków musiało opuścić swoje domy. Trzysta tysięcy Wietnamczyków zaginęło bez wieści; o losie większości z nich ich rodziny nigdy się już nie dowiedzą - czas i dżungla dobrze strzegą swych tajemnic. Amerykanie szukają z kolei w Wietnamie, z różnym szczęściem, jeszcze tysiąca pięciuset żołnierzy, którzy nie powrócili do domów; od 1988 roku, kiedy rozpoczęli poszukiwania, udało im się odnaleźć szczątki 283 osób. Większości zaginionych nie odnajdą nigdy, choć wydają na ich poszukiwania 75 milionów dolarów rocznie. I Hanoi, i Waszyngton wiedzą - ocenia miesięcznik "Vietnam Economic Times" - iż czas już powiedzieć na głos, że więcej nie da się już praktycznie nic zrobić. Nikt jednak nie chce być tym, który powie to pierwszy.  

Płyniemy motorową łódką przez zaułki delty Mekongu. Z kominów wiosek skrytych za ścianą dżungli sunie ku niebu dym, gdzieś za drzewami pieją koguty. Jest środek dnia, słońce pali jak diabeł, ale dżungla zasłania wszystko i między drzewami panuje ciemność taka, że nie dojrzysz nic choć oko wykol. W gęstym, wilgotnym powietrzu słychać buńczuczne, malaryczne moskity, "kochane zwierzaki, które nucą ci, drogi panie, pieśni prosto do ucha" - opowiada sternik. Robert, pięćdziesięciolatek z Nowego Jorku, ociera z twarzy pot. Robert podróżuje z żoną, która "była Wtedy aktywistką antywojenną i demonstrowała na uniwersytecie". On sam "był zbyt zajęty grą w tenisa na Florydzie, by się Tym zajmować". Teraz patrzy nabożnie na dżunglę i - wyraźnie pod wrażeniem tego co widzi - pyta na głos sam siebie: "Jak my mogliśmy w ogóle myśleć, że możemy wygrać tę wojnę?". "Jacy my? Tenisiści? - ironizuje czujny sternik i odpalając papierosa od papierosa, pokazuje, niby od niechcenia, oparty na zgrzebnej metalowej protezie kikut uciętej na wysokości kolana prawej nogi...-


