Poszerzenie Unii Europejskiej Szwecja liczy na Polskę w walce z federalną Europą

Razem przeciw superpaństwu

JĘDRZEJ BIELECKI

Z BRUKSELI

Szwedzi proponują Polakom transakcję: my przeforsujemy szybkie przystąpienie Polski do Unii Europejskiej, a wy wesprzecie naszą wizję integracji, w której nie ma miejsca na federalne struktury europejskiego superpaństwa. Jest jedynie na bliską współpracę niezależnych krajów. "Dzięki temu rejon Bałtyku będzie najszybciej rozwijającym się obszarem Europy w naszym pokoleniu" - kusił w ubiegłym tygodniu polskich dziennikarzy szwedzki premier Goran Persson.

Szwedzi są wobec Unii sceptyczni. 5 lat temu przewagą zaledwie dwóch procent udało się przegłosować w referendum członkostwo kraju w UE. Dziś ledwie co trzeci Szwed nadal popiera członkostwo (gorzej pod tym względem wśród krajów "15" jest tylko w Austrii i Wielkiej Brytanii).

Przystąpienie do Unii, wynegocjowane przez konserwatywny rząd Carla Bildta, było częścią gorzkiej strategii reform, która miała wydźwignąć Szwecję z marazmu spowodowanego nadmiarem państwa socjalnego.

Lata 70. i 80. były dla Szwecji okresem staczania się po równi pochyłej. Kraj z czwartej pozycji najbogatszych państw świata spadł na miejsce 16. Korona straciła ponad jedną trzecią wartości wobec marki niemieckiej, a bezrobocie skoczyło z 2 - 3 procent do ponad 12 procent. Szwedzi stracili ochotę do pracy, bo podatki zabierały dwie trzecie dochodów, a co trzeci zatrudniony miał wygodną państwową posadę. Symbolem tych czasów była możliwość uzyskania tygodniowego zwolnienia zdrowotnego bez wizyty u lekarza. Dzięki takim zwolnieniom przeciętny Szwed nie pracował 28 dni w roku, a więc więcej, niż miał płatnego urlopu. Stan zdrowia społeczeństwa okazał się dwukrotnie gorszy niż w sąsiedniej Norwegii, a w czasie mistrzostw świata w hokeju z powodu "choroby" do pracy nie przychodziło 40 procent załogi Volvo.

Gorzkie członkostwo

Członkostwo w Unii, razem z ograniczeniem praw socjalnych i nałożeniem sztywnego gorsetu na finanse publiczne, miało uzdrowić gospodarkę szwedzką. I tak się stało. W ostatnich latach Szwecja rozwija się w tempie około 4 procent rocznie, a bezrobocie spadło do około 5 procent. Ale oprócz wyrzeczeń Szwedom obiecywano również przyjemne strony członkostwa. Jedną z nich miał być spadek cen. Ceny tymczasem wzrosły, zwłaszcza żywności z powodu protekcjonistycznej polityki rolnej, jaką narzuciła Szwecji Bruksela.

Konserwatywny rząd, który od tego czasu został przez wyborców zepchnięty do opozycji, obiecywał także, że członkostwo zwiększy wpływ Szwecji na sprawy Europy. Dziś w Sztokholmie wszyscy mają inne odczucie. Daleka Bruksela i jej legiony eurokratów podejmują decyzje, a Szwedzi muszą jedynie wykonać to, co powzięto. Szczególne obawy wywołuje wylansowana przez Francję, Wielką Brytanię i Niemcy unijna polityka obronna. Szwecja dzięki neutralności od dwustu lat nie brała udziału w wojnach. Teraz boi się, że zostanie w nie wciągnięta, zanim ktokolwiek wysłucha jej opinii. Szwedzi, którzy nie uczestniczyli w pierwszej i drugiej wojnie światowej, nie doceniają historycznej roli Unii w utrzymaniu pokoju w Europie od dwóch pokoleń. Aby zrównoważyć unijne ambicje, rozważają nawet przystąpienie do NATO. O członkostwo w pakcie zaapelował podczas debaty nad polityką zagraniczną w ubiegłym tygodniu przywódca konserwatywnej opozycji Bo Lundgren. Rząd ma podjąć w tej sprawie decyzję w tym roku.

Niewiele ponad jedna trzecia Szwedów opowiada się za przystąpieniem ich kraju do unii walutowej. Zdesperowany minister finansów Bosse Ringholm nie wie już, jak ma przekonać swoich rodaków, że izolowana korona w każdej chwili może się stać celem ataków międzynarodowych kapitałów spekulacyjnych, a każde wahnięcie kursu może załamać szwedzki eksport. "Jak w przyszłym roku Szwedzi zobaczą monety i banknoty euro, to może przekonają się, że to praktyczne mieć w Europie jedną walutę" - mówił polskim dziennikarzom.

Nadzieja w kandydatach

Po pięciu latach członkostwa Szwecja zrozumiała, że jest zbyt małym krajem, aby bez sojuszników mogła zapobiec przekształceniu Unii w europejskie superpaństwo. Może liczyć na poparcie Danii i Wielkiej Brytanii. To jednak za mało, tym bardziej że głos tych państw, które są poza unią walutową, ma w Brukseli mniejsze znaczenie.

Szwedzi liczą więc na nowych członków. Ich zdaniem w Unii mającej 27 krajów znacznie trudniej będzie coś uzgodnić niż w mającej ich 15. To głównie dlatego aż 69 proc. Szwedów popiera przystąpienie Polski do UE, najwięcej wśród społeczeństw krajów "15". Większe poparcie u Szwedów mają tylko Estończycy (74 proc.) i Norwegowie (83 proc.), choć ci ostatni na razie do UE przystąpić nie zamierzają. Dla porównanie tylko 37 procent Niemców i 35 procent Francuzów chciałoby Polski w Unii.

"Niemiecki biznes, w przeciwieństwie do szwedzkiego, obawia się konkurencji polskich przedsiębiorców. My chcemy, aby Polacy od razu uzyskali prawo do pracy na Zachodzie, a Niemcy domagają się wieloletniego okresu przejściowego - mówi główny ekonomista Konfederacji Szwedzkich Pracodawców Jan Herin. - Szwecja zawsze prowadziła otwartą politykę gospodarczą, bo takie jej firmy, jak IKEA, ABB czy Ericsson, także są uzależnione od możliwości rozwoju na obcych rynkach. Szwecja jest dla nich za mała". Jego zdaniem po przystąpieniu Polski do Unii wartość handlu naszego kraju ze Szwecją przynajmniej się potroi.

Szwedzi, choć już dziś razem z Niemcami, Austrią i Holandią znacznie więcej dopłacają do unijnego budżetu, niż z niego otrzymują, są gotowi sfinansować członkostwo Polski w UE, a nawet całkowite objęcie polskiej wsi pomocą Brukseli.

Ryzykowna strategia

Przejmując po raz pierwszy przewodnictwo w Unii, władze w Sztokholmie postawiły na trzy priorytety: poszerzenie UE, walka z bezrobociem i poprawa ochrony środowiska. Mają nadzieję, że w ten sposób przełamią niechęć społeczeństwa do integracji europejskiej. Goran Persson chce doprowadzić do przełomu w negocjacjach z kandydatami poprzez uzgodnienie warunków członkostwa w sprawach środowiska, prawa do pracy i zakupu ziemi przez cudzoziemców. Myśli nawet o podaniu daty poszerzenia podczas czerwcowego szczytu Unii w Goteborgu.

Bilans przewodnictwa może jednak jeszcze bardziej zniechęcić Szwedów do Brukseli. Anna Lindh, minister spraw zagranicznych Szwecji, przyznaje, że mimo nacisków Sztokholmu ociężała machina Komisji Europejskiej nie przyśpiesza. Do marca Komisja przygotuje tylko dwa stanowiska na negocjacje z Polską, i to te (swoboda przepływu towarów i unia celna), które i tak były mocno zaawansowane w minionym roku. "Trudno także przekonać do przyśpieszenia negocjacji Niemcy i Francję. Jesteśmy małym krajem" - przyznaje Soren Lekberg, socjaldemokratyczny członek parlamentarnej Komisji ds. Stosunków z UE.

Szwedzka wizja poszerzenia Unii, nawet gdyby się spełniła, nie jest do końca zbieżna z polską. Szwecja, kraj wyśrubowanych norm ochrony środowiska i bezpieczeństwa żywności, nie chce z nich rezygnować, gdy Polska przystąpi do Unii. "Musicie wypełnić wszystkie unijne normy sanitarne przed przystąpieniem do UE" - mówi wiceminister rolnictwa, Per Ojeheim. Na dwa dni przed przyjazdem do Sztokholmu premiera Jerzego Buzka przewidywał zakończenie w tej sprawie rozmów dopiero w 2003 roku, co zrujnowałoby rządowy plan wywalczenia członkostwa już za dwa lata. "Prosicie o zbyt wiele wyjątków odnośnie do norm ochrony środowiska" - dodaje Anna Lindh. Jej zdaniem jeśli Polska nie będzie gotowa, nie można wstrzymywać członkostwa innych kandydatów, a przede wszystkim drogiej Szwedom Estonii. "Przystąpienie do Unii któregokolwiek z kandydatów powinno ucieszyć pozostałych, bo to oznacza, że one też w końcu uzyskają członkostwo" - przekonuje Lindh.

W Warszawie taka wizja radości jednak nie wzbudza.-


