Polemika Strzembosz nie chce zauważyć, że trzecia część osadzonych w łagrach to Żydzi

Historia Polski po Jedwabnem  będzie wyglądała inaczej

RYS. PAWEŁ  GAŁKA 

JÓZEF LEWANDOWSKI

W "Rzeczpospolitej" z 27 stycznia 2001 roku przeczytałem artykuł profesora Tomasza Strzembosza o Jedwabnem. W wielu sprawach zgadzam się z nim. Nie należy mordować ludzi, i to niezależnie od pobudek, które by ten mord uzasadniały. Zgadzamy się też  co do zbrodniczego charakteru systemu sowieckiego.

Niestety, profesor Strzembosz w dalszych rozważaniach anuluje swoje słuszne stwierdzenia. Bo co prawda nie należy mordować, ale w przypadku Jedwabnego winni byli Żydzi, miejscowi i niemiejscowi, którzy byli komunistami. Gdy władza sowiecka zajęła Jedwabne, zbudowali bramę triumfalną, zajęli urzędy dotychczas zajmowane przez polskich urzędników, wstąpili do milicji, a nawet prawdopodobnie (dowodów na to Strzembosz nie ma, ale dedukuje) sporządzali listy proskrypcyjne na Polaków. A więc, jak sądzi, spalenie 600 czy 1600 Żydów w stodole Śleszyńskiego było odwetem za postępowanie Żydów.

Kiedy zacząć debatę

Rozbiór tekstu profesora Strzembosza przekracza ramy, jakich "Rzeczpospolita" skłonna byłaby mi udzielić, chciałbym więc zwrócić uwagę na kilka uproszczeń. W tekście nader ważną rolę odgrywa przeświadczenie, że tak naprawdę stosunki polsko-żydowskie zaczęły się od 17 września 1939 roku, czyli wraz z wkroczeniem wojsk sowieckich na teren Rzeczypospolitej. Jest to uproszczenie częste w dyskursie publicznym. Jest to jednak chwyt zaskakujący u historyka, od półwiecza ślęczącego nad najnowszymi dziejami Polski.

Pisze więc Strzembosz, że w II Rzeczypospolitej czyniono Żydom jakieś nieokreślone, bagatelne krzywdy, ale "...nie wywożono Żydów na Sybir, nie rozstrzeliwano, nie zsyłano do obozów koncentracyjnych". Co do Sybiru - zgoda, Sybiru nie było. Jeśli chodzi o obozy koncentracyjne - nieco dalej. Co do rozstrzeliwania nasze zdania się rozchodzą. Pomijam inspirowane przez hitlerowski przykład pogromy lat trzydziestych; używano w nich, jak mi wiadomo, pałek i siekier, zresztą mordowano pojedynczo, taka specyfika. Chciałbym natomiast przypomnieć pogromy tuż po odzyskaniu niepodległości, na przełomie 1918 i 1919 roku. Piszę o tym z przykrością, bo o faktach jednak nie powinniśmy dyskutować.

Zwłaszcza trzy pogromy. Pierwszy - we Lwowie w ostatnich dniach listopada 1918 roku. Nie znam liczby śmiertelnych ofiar, źródła wahają się od 40 do 200, więc dużo. Mordowali wojskowi i zapewne narzędziem była broń palna. Jeśli nawet sprawcami pogromu były rzezimieszki, to faktem jest, że wchodzili w skład polskich oddziałów. Nie słyszałem, by któryś z nich został ukarany.

Kilka miesięcy później - 5 kwietnia 1919 roku - Pińsk. Na rozkaz majora Łuczyńskiego rozstrzelano 35 miejscowych Żydów. Próbując zatrzeć zbrodnię, twierdzono, że zamordowani byli komunistami i że szykowali powstanie. Ze źródeł żydowskich wiadomo, że byli to syjoniści, zebrani w domu ludowym w celu podziału amerykańskiej pomocy żywnościowej przed Wielkanocą. Zbrodniarzowi nic się nie stało, przeciwnie - awansował, został generałem. Budziło to zgrozę również w wielu polskich działaczach. O zbrodni w Polsce zapomniano, zwłaszcza że historycy dużo uczynili, by ją zamazać.

Trzeci pogrom, też z użyciem broni palnej, miał miejsce dwa tygodnie po Pińsku, w Wilnie, 19 kwietnia. Ofiary śmiertelne - ponoć 55 Żydów obojga płci i w różnym wieku. Tu nikogo nie schwytano za rękę i też nikogo nie ukarano.

Mimo bezkarności nagle mordowanie Żydów ustało. Dlaczego, jakim cudem? Cudu nie było, nastąpiły tylko reperkusje. Otóż władze sowieckie wykorzystały sytuację i spośród pozostałych w Moskwie Polaków wzięły zakładników. Branie zakładników - rzecz wstrętna, jest to przerzucenie odpowiedzialności na niewinnych ludzi, a odpowiadano gardłem. Nie zmienia to postaci rzeczy: pogromy ustały. Widocznie we wszystkich tych przypadkach sprawcy ich byli dotychczas pewni swej bezkarności.

Pogromy nie były dziełem polskiego społeczeństwa, przeciwko nim występowali nie tylko pepeesowcy, ludowcy z "Wyzwolenia", ale również duża część piłsudczyków. Ale parasol ochronny nad mordercami rozpięła najbardziej wpływowa Narodowa Demokracja. Twierdzi się, że dwadzieścia lat później miała ona i jej odpryski wielkie wpływy w rejonie Jedwabnego. Czy tak było, panie profesorze?

Dlaczego komunizm był popularny

Otóż jeśli się bierze pod uwagę popularność komunizmu wśród Żydów, a był popularny, tyle że nie w takim zakresie, jak sugeruje Strzembosz, to nie zapominajmy również, iż polska polityka przez cały okres II Rzeczypospolitej czyniła, co tylko mogła, by ich do tego skłonić. W latach osiemdziesiątych miałem w Izraelu, w kibucu Ayeleth Hashachar, długą rozmowę z wybitnym artystą malarzem Kapłanem. Opowiadał, jakim entuzjazmem napełniło go odzyskanie niepodległości przez Polskę. I jak jego entuzjazm prysł na wiadomość o Pińsku.

Nie u wszystkich entuzjazm wygasł. Moi dwaj wujkowie w 1920 roku chcieli walczyć o Polskę, zgłosili się do wojska. Ale żydowskich ochotników, było ich dużo, zamknięto w obozie (koncentracyjnym?) w Jabłonnie. Co zamierzał z nimi zrobić twórca Jabłonny generał Sosnkowski? Badań nie ma, zdania są różne...

Przejdźmy do zagadnień metodologicznych. Strzembosz nadużywa wielkich kwantyfikatorów: Polacy, Żydzi... Nadmierne uogólnienia stosuje się niekiedy z powodu nieudolności, czasem jednak w niegodziwych celach. Wybaczy profesor Strzembosz nieprzyjemne, również i dla mnie, porównanie. Minęło prawie czterdzieści lat, a mnie ciągle dźwięczy w uszach rozmowa z rosyjskim historykiem. Gdy mówiłem mu o wymordowaniu Polaków w ZSRR w latach 1934 - 1938 (a mordowano ich tylko nieco łagodniej, niż Hitler mordował Żydów, i niewiele łagodniej niż Żydów w Jedwabnem), usłyszałem: A czy ty wiesz, co Polacy wyrabiali w ZSRR - Dzierżyński, Mężyński, Sosnowski? Na nic zdały się argumenty, że kto inny mordował, a innych mordowano, że starcy i dzieci... Dla niego były to porachunki z Polakami. Uważam, że nie należy mordować Polaków, Żydów, czy Rosjan pod jakimkolwiek pretekstem. Nie chciałbym, abyśmy się pod tym względem różnili.

Dla poparcia swego zdania Strzembosz przytoczył relacje mieszkańców Jedwabnego i okolic, że Żydzi witali władzę sowiecką, że byli jej entuzjastami, że służyli w milicji, że na każdej furmance z deportowanymi siedział Żyd z karabinem. W wypowiedziach tych jest nieco prawdy, ale nie zawsze prawda i nie zawsze cała prawda. Bo Strzembosz ani autorzy relacji nie zauważyli, że co najmniej trzecia część deportowanych i osadzonych w łagrach to byli Żydzi. Dowiodłem przed laty, że represje wobec Żydów były nawet częstsze niż wobec Polaków.

Również półprawdą albo ćwierćprawdą jest zdanie Strzembosza, że w ZSRR, jeśli deportowano Żydów, to za chęć powrotu pod jarzmo Hitlera. Żydów miejscowych represjonowano za to, że działali społecznie, że byli kapitalistami, syjonistami czy bundowcami, nie mówiąc o trockistach. Także za to, że byli żołnierzami Legionów, bo znam i takie przypadki. Żydów uchodźców wsadzano głównie za odmowę przyjęcia sowieckiego obywatelstwa. Mimo złego traktowania w II Rzeczypospolitej wielu z nich nadal było lojalnymi obywatelami Polski, a do jej obywatelstwa przywiązywało wagę wręcz mistyczną. Ci ludzie płacili za to wysoką cenę. Późniejtysiącami, panie profesorze, żydowscy ochotnicy stawali przed komisjami poborowymi II Korpusu, bo chcieli potwierdzić polskość walką w polskim wojsku. Z wiadomym, mnie przynajmniej, rezultatem.

Co do wywiadów, to uderza mnie, że nie ma w nich ani jednego nazwiska. Żyd jest w nich uosobieniem żydostwa, a takowe obywa się bez nazwisk i twarzy. A Żyd, wiadomo, to komunista i można, a nawet należy, go mordować. Jeśli miałem co do tego wątpliwości, to rozwiały się kilka lat wcześniej, zanim Jedwabne stanęło na porządku dnia. W Instytucie Sikorskiego w Londynie znajduję dokument z roku 1945, w którym radca Kisielewski, bodajże Józef, pisarz i publicysta, donosi, iż ktoś opowiedział, że podczas powstania warszawskiego eneszetowcy mordowali Żydów. Radca Kisielewski żąda represji wobec opowiadającego. Nie podaje w wątpliwość faktu, ale wie, dlaczego ich mordowano: "To na pewno byli komuniści". No, ale zdaniem Jerzego Giedroycia Józef Kisielewski był "endekiem ponurym".

A nie zastanowił się profesor Strzembosz, że w tym właśnie uogólnieniu Kisielewskiego tkwi jedno ze źródeł tego, co się stało w Jedwabnem? Strzembosz wszystko potrafi skomentować na niekorzyść Żydów... Nawet to, że jakaś nieznana z nazwiska Żydówka z Jedwabnego ostrzegła sąsiadkę, by się ukryła, bo jest (lub raczej może być) na liście do wywózki. Owa ostrzegająca Żydówka też znalazła śmierć w płomieniach stodoły Śleszyńskiego - jej bowiem nikt w porę nie ostrzegł. Przed sąsiadami.

I wreszcie, na zakończenie, cierpka i wcale nie osobista uwaga: przyznaję, że do ubiegłego roku nie wiedziałem o istnieniu miasteczka Jedwabne, cóż mówić o dokonanej w nim zbrodni. Ale profesor Strzembosz nie tylko wiedział o mieście, ale - jak wynika z jego słów - znał je, był tam, prowadził badania, rozmawiał z panią Chojnowską, zanotował jej relację. Może nikt mu o zbrodni nie mówił, w domu powieszonego nie mówi się o stryczku, ale wszak badał dzieje okupacyjne. Nie zauważył, że w czasie okupacji znikła połowa ludności? Musiał zauważyć, bo stał tam jakiś obelisk, kłamliwy, bo kłamliwy, ale stwierdzający ów fakt.

Ci zamordowani to byli polscy obywatele, ale Żydzi, więc nie znajdowali się w polu jego zainteresowania. Miał inny temat, więc zrobił to, co czyni większość polskich historyków - zignorował ich. Nie moja gorączka - mówi się w żargonie lekarzy. Nie zintegrował historii Żydów z historią Polski.

Gdy dziesięć lat temu opublikowałem książkę o zafałszowaniach w sprawach związanych z dziejami polskich Żydów ("Szkło bolesne...", Uppsala, 1991), znalazłem zrozumienie u historyków literatury, ale wśród historyków napotkałem ponure milczenie, a jeden uczony wyznał mi, że co prawda całkowicie się ze mną zgadza, ale nie ma odwagi o tym napisać.

Nowa historiografia

Milczał zresztą o Żydach w pierwszych swoich pracach również Jan Tomasz Gross, bo - jak pisze - tak się w Polsce robi. Tylko Gross po każdym przekłamaniu czuł niesmak i wreszcie postanowił swój grzech naprawić. Stąd zresztą gorzki ton jego nowych prac. Strzembosz jednak nie widzi nic złego w ominięciu faktów, na które jako historyk winien zwrócić przynajmniej nieco uwagi.

Nie zdaje sobie też sprawy, że po ujawnieniu sprawy Jedwabnego historia Polski będzie wyglądała zgoła inaczej niż do roku 2000. Bo jeśli historiografia polska potrafiła przez sześćdziesiąt lat zatajać ową zbrodnię, to każdy czytelnik wrażliwy na prawdę będzie teraz patrzył piszącym o dziejach na ręce, czy aby znowu czegoś nie zataili. Będą to robić przede wszystkim czytelnicy z zagranicy. "Patriotyczna" zmowa ich bowiem nie obowiązuje.

Autor jest założycielem i wieloletnim kierownikiem seminarium kultury i historii Polski Uniwersytetu w Uppsali, był wieloletnim współpracownikiem paryskiej "Kultury" i "Zeszytów Historycznych"Autor jest założycielem i wieloletnim kierownikiem seminarium kultury i historii Polski Uniwersytetu w Uppsali, był wieloletnim współpracownikiem paryskiej "Kultury" i "Zeszytów Historycznych"



