Słowaccy Romowie są bardzo biedni. Mało już takich w Europie. I mało kto ich rozumie. Nie pracują, bo nie pozwalają im na to dawne reguły kastowe. 

Duża mniejszość w niewielkim państwie 

Wieś Rudniany w górskiej części Spiszu: zamieszkane przez Cyganów zrujnowane domy bez prądu i sanitariatów

FOT. (C) TASR

ANDRZEJ NIEWIADOWSKI 

Romowie od wieków mieszkają obok Słowaków. Ci, którzy emigrują ze Słowacji, skarżą się na rosnący rasizm. Stosunki między ludnością słowacką i romską są napięte do granic wytrzymałości. Im bardziej spada poziom życia, tym gorzej dla Romów, których komunizm nauczył korzystać ze świadczeń socjalnych. 

Teraz te świadczenia im się odbiera, więc Romowie wychodzą na pola, kradną "wspólne" ziemniaki, rozbierają i wywożą na złom niszczejące szkielety fabryk, ściągają suszące się rzeczy z wiejskich płotów. Ręce chłopów coraz częściej zaciskają się na widłach i kosach. 

- Nie ma dla nas pracy - skarżą się Romowie. 

- A dlaczego mam zatrudnić człowieka, który skończył 9 klas i nie umie ani czytać, ani pisać? - obrusza się Michal Ragan, jeden z bardziej zamożnych gospodarzy Velkiej Lomnicy w południowych Tatrach.

Park do wycinki

Spod śniegu sterczą świeże kikuty drzew. Niektóre świerki wyrąbano siekierą kilkadziesiąt centymetrów nad ziemią. Wiele drzew jest tylko naciętych, tak aby obumarły. - W ciągu dwóch dni wyrąbali nam 80 drzew. Następne znaczą na później. Zniszczyli już ponad połowę lasu w parku narodowym - mówi Ladislav Javorski, przewodniczący Stowarzyszenia Właścicieli Lasów w Smiżanach na Spiszu - Próbowaliśmy wszystkiego. Woziliśmy im nawet drzewa z wyrębu. Ale wtedy sprzedawali je w sąsiednich wsiach. Kiedyś złapaliśmy grupę Romów na gorącym uczynku i odebraliśmy im siekiery. Wrzuciliśmy je do rzeki. Romowie wskoczyli do lodowatej wody, wyłowili siekiery i uciekli.

Letanowski Młyn niedaleko Smiżan. Chaty sklecone z desek i grubych bali. Smród nie do wytrzymania. Przedzieram się przez stos opon. Nogi rozjeżdżają się mi na mokrym śniegu, w odpadkach i odchodach. Puszka po konserwach kaleczy nogę. Wpadam na stertę butelek. Zaglądam do wnętrza chaty. Z otworu wali gryzący dym. Ciemno. Duże oczy dziecka zawiniętego w koc. Pod ścianami apatycznie drzemią mężczyżni. Ich błyszczące od brudu ubrania cuchną potem. 

- Dlaczego rąbiecie to drzewo? - pytam.

- My? Gdzie? Jakie drzewo? - zarośnięte twarze mężczyzn marszczą się ze zdziwienia.

- Tam. W parku narodowym - naciskam. 

- A co, nie wolno? Demokracja, możemy robić, co chcemy, no nie? 

Z sąsiedniej chaty pada grad wyrzutów. 

- Nie widzicie, jak żyjemy? Nie wstyd wam?! Nawet zapomogi nam już odbieracie! - krzyczy grupa Cyganek. 

Dostrzegam coś na kształt lisiej nory wydłubanej w wilgotnej ziemi. Wewnątrz siedzi skulony człowiek. 

Tłum ciekawskich rośnie. - Lepiej stąd chodźmy - cicho szepcze Julo. Jego oddech cuchnie piwem i tanimi papierosami. Julo to mój przewodnik. Sam nie odważyłbym się tu wejść. Daję dzieciakom kilka koron. Maluchów wciąż przybywa. Szarpią mnie za kurtkę, próbują rozebrać. - Mnie też, i mnie! Papierosa, daj papierosa. 

Za chwilę pędzą za mną brzdące z całej wioski. Już nie mam drobnych. Przyśpieszam kroku. Czuję na plecach zbite grudki śniegu.

Misjonarze potrzebni od zaraz  

W roku 1989 rejestrowano na Słowacji 300 osad romskich. Po dwunastu latach ich liczba zwiększyła się do 520. W budach, skleconych byle jak z desek i blachy, nie ma wody, prądu, sanitariatów. W jednej chatce żyją niekiedy trzy pokolenia Romów. 

- W trzech nieco większych ceglanych ruderach mieszka 415 osób - opowiada Miroslav Blisztan, starosta Rudnian, niewielkiej wioski w górskiej części Spiszu. - Był u nas komisarz van der Stoel. Widziałem jego okrągłe ze zdumienia oczy. Stwierdził, że w Unii każda romska rodzina, nawet ta, która odmawia płacenia świadczeń, otrzymuje od państwa jedno ujęcie wody i jedną żarówkę. W porządku. Tylko jak doprowadzić prąd do tych bud? Gdzie zamontować liczniki? Na jaki adres posyłać rachunki? - pyta starosta.

Wydobycie miedzi przestało być opłacalne w latach 50. Kiedy zamknięto kopalnie w Rudnianach, Cyganie pozostali. - Przed laty, kiedy były jeszcze pieniądze, próbowaliśmy postawić na końcu tej doliny murowany dom. Rozkradli cegły, zanim wykopano fundamenty. Przenieśli je na plecach przez przełęcz i sprzedali w sąsiedniej wsi - mówi Blisztan.

Rudniany to tylko jeden z wielu przykładów. Po wyborach parlamentarnych w roku 1998 rząd z werwą przystąpił do organizowania pomocy dla Romów. Powołano Wydział do spraw Edukacji Romów w Ministerstwie Szkolnictwa, w resorcie kultury utworzono specjalny departament. Ruszył program szkoleń zawodowych, uruchomiono fundusze Phare. Przekonano do współpracy samorządy słowackie i organizacje cygańskie. Do programu pomocy socjalnej przystąpiło 53 starostów. - Ale na wyniki tej działalności trzeba będzie czekać co najmniej 15 lat - twierdzi wicepremier odpowiedzialny za sprawy mniejszości narodowych, Pal Csaky. 

- Prawdopodobnie i tak nic z tego nie będzie - mówi z rezygnacją wajda Geza Kampusz, lokalny przywódca cygański. 

- Romowie pochodzą z Indii - mówi wolno, zapalając fajkę. Siedzimy w jego domu w Krompachach. Jest przytulnie. Na podłodze sprany, ale czysty dywan. Na ścianie duży portret ślubny. - Doszliśmy na Słowację podczas wielkiej fali emigracyjnej. Zachowaliśmy własną, dawną kulturę. Słowaccy Romowie są bardzo biedni, mało już takich w Europie. I mało kto ich rozumie. Nie pracują, bo nie pozwalają im na to dawne reguły kastowe. Dbają, po swojemu, o wnętrze domu, ale nie sprzątną śmietnika na podwórku, bo uważają, że odpadki innych ludzi to coś nieczystego - tłumaczy Geza. - Nie ma też sensu budowanie nowych wiosek i przesiedlanie Romów do nowych wspólnot, bo dwa rody, dajmy na to Horvathów i Holubów, nigdy nie będą współżyły. Proszę spojrzeć na Rudniany, tam jest kilka małych społeczności, które się nienawidzą. Horvath nigdy nie będzie chodził do szkoły prowadzonej przez Holuba. Nie mówiąc o Czervaniakach, Kandracach czy Zigach... Z tego samego powodu Romowie nigdy się nie zjednoczą. Na Słowacji jest kilkadziesiąt organizacji i stowarzyszeń. Ale mniejszość romska nie ma przedstawicieli w parlamencie. Bo każda taka organizacja reprezentuje inny ród.

Od podstaw

- Za komunizmu Romowie byli zatrudniani w gospodarstwach rolnych. Zbierali ziemniaki, ale niczego się nie dorobili, zaczęli z pustymi rękami i tak samo skończyli, kiedy PGR-y sprywatyzowano - przyznaje ksiądz Andrzej z parafii w Smiżanach. - Romowie nie umieją walczyć o swoje prawa. Oni nigdy nie prowadzili wojen, nie mieli własnego państwa, byli narodem koczowniczym, nie mieli przywódców z prawdziwego zdarzenia. Takich przywódców udaje się czasem znaleźć. To właśnie wajdowie. Niektóre słowackie gminy wpadły na dobry pomysł: zorganizowały wybory wajdów i ci pomagają czasem starostom w utrzymaniu porządku, pośredniczą między Romami i ludnością słowacką. Ale tu trzeba czegoś więcej - kręci głową ksiądz - misjonarzy z prawdziwego zdarzenia. Moi Romowie czują się chrześcijanami, katolikami. Ale ich pojęcie religii jest bardzo charakterystyczne,  pełne przesądów, zabobonów... I trzeba zaczynać od podstaw. - Mój poprzednik - uśmiecha się ksiądz - uczynił z cygańskich dzieci ministrantów, a one okradły mu kościół.

Romska osada na peryferiach Bardowa. Nauczycielka Maria Blahutova ma 63 lata. Siwe oczy uśmiechają się dobrotliwie. W klasie jest 30 uczniów. - Musiałam uczyć ich wszystkiego od początku. Nie mieli żadnych nawyków higienicznych. Nie wiedzieli nawet, do czego służy mydło. Za potrzebą chodzili gdziekolwiek: przykucnęli na środku klasy albo na schodach. Teraz za mną przepadają. Sami pokazują mi umyte ręce i uszy.

- Mamy u nas, w szkole, jedną klasę cygańską. Dzieci zaczynają naukę od grupy zerowej. Dwa lata chodzą do pierwszej klasy. Mało kto wytrwa do końca. 13-latki są już matkami. Liczą na pomoc socjalną - opowiada Miroslav Blisztan. - Wystarczy, że jedna rodzina ma siedmioro dzieci. Na dodatkach rodzinnych "zarabia" miesięcznie ponad 7 tysięcy koron. W Rudnianach miałem kiedyś 10 Cyganów, którzy umieli grać na skrzypcach. Dziś grać nie umie już nikt. Oni nic nie wiedzą, niczym się nie interesują.

- Mówią, że teraz jest demokracja, musicie nam dać to i to... Ale gmina nie ma pieniędzy. Do roku 1993 mogłem zatrudniać ludzi za pieniądze państwowe. Państwo płaciło za nich ubezpieczenie, podatki. Miałem swoje plany: budowa drogi, rozbiórka kopalni... Ale to już przeminęło z wiatrem - starosta z przygnębieniem macha ręką. - Teraz z 359 osób w wieku produkcyjnym zatrudnionych jest dwóch. Pomagają miejscowej policji. Z drugiej strony, gdyby próbowali ruszyć palcem, wyrwaliby się z tego gówna. Mówią o demokracji, ale czy "demokracja" to swoboda lenistwa?

Rom lepszy od skina?

Słowackie media traktują Romów niejednoznacznie. Często Rom to "chłopiec do bicia", a artykuł o Romach jest "dyżurnym tematem sensacyjnym". Tytuły prasowe akcentują rosnącą kryminogenność środowiska, chociaż na Słowacji nie wolno ujawniać pochodzenia etnicznego. W styczniu tego roku agencja Markant opublikowała wyniki sondażu, w którym postawiono pytanie, czy Słowacy woleliby za sąsiada "skina, narkomana, alkoholika czy... Roma". Z 1064 respondentów 66 proc. odrzuciło Roma, nieco więcej - skina. 86 proc. Słowaków nie zaakceptowałoby Roma jako zięcia. Dziennik "Prawda" uznał sposób postawienia pytań za "rasistowski". 

Nic dziwnego, że w takiej sytuacji Romowie, którym udał się awans społeczny, wstydzą się swojego pochodzenia. Etnolog Arne Mann, autor uzupełniającego podręcznika historii dla uczniów szkół romskich, musiał przeprosić publicznie wielu słowackich obywateli za to, że w swojej książce ujawnił ich romskie pochodzenie. Najpierw pełnomocnik rządu Pavol Husar ocenzurował podręcznik i wyczernił niektóre nazwiska. - Bałem się, że ten wykaz posłuży również skinom - wyznał Pavol Husar. To jednak nie wystarczyło: zaprotestowała znana rodzina Możiovców, która oburzyła się, że jej przodków uznano za "znanych romskich muzyków i dyrygentów" - Badałem archiwa, podręczniki historii, mam na wszystko dowody. Ci ludzie tworzyli w XIX wieku elitę intelektualną - bronił się Arne Mann. Na próżno. 2000 wydrukowanych egzemplarzy książki musiano dać na przemiał.

Czarny scenariusz

Według nieoficjalnych statystyk na Słowacji żyje od 400 do 500 tysięcy Romów. Ponad połowa zamieszkuje wschodnią Słowację. Ale są to dane bardzo niepracyzyjne. Ostatni spis ludności odbył się w roku 1990. W tegorocznym spisie, który zaplanowano na 26 maja, rząd nie zatwierdził z początku dwujęzycznych kwestionariuszy dla respondentów (większość Romów nie zna słowackiego). Dopiero ostry protest liderów organizacji romskich doprowadził do zmiany rozporządzenia. Ale Romowie pozostali nieufni. - Niezależnie od ankieterów Urzędu Statystycznego będziemy przeprowadzać własny spis ludności. Wyślemy do romskich osad własnych obserwatorów - zapowiedział Jozef Konti, wiceprzewodniczący Ruchu Romów Słowacji.       

- A ja rozumiem obawy rządu - twierdzi Geza Kampusz, cygański przywódca z Krompachów na Spiszu - Prognozy demograficzne zatrważają. 80 procent obywateli romskich wiosek ma poniżej 40 lat, z tego dwie trzecie mają poniżej 15 lat. Normalnym zjawiskiem są 12-letni rodzice. Dzieci wychowuje się w wielkich rodzinach, jak za dawnych czasów, w granicach jednego rodu. Wyłamać się z tych tradycji jest szalenie trudno. Dotychczasowe próby ludnościowej asymilacji, "wymieszania" Cyganów i białych spełzły na niczym.

- W 2015 roku będą w pięcio- lub sześciomilionowej Słowacji dwa miliony niewykształconych, nieumiejących czytać i pisać Romów. Spisz może stać się słowackim Kosowem. Ponieważ trudno wierzyć w cud i poprawę sytuacji socjalnej, państwo, w którym będzie rosła liczba Romów i emerytów, a zmniejszać się liczba obywateli w wieku produkcyjnym, nie będzie w stanie wywiązać się ze swoich obowiązków - twierdzi Geza Kampusz i wypuszcza dym ze swojej spękanej fajki.

Kiedy opuszczam Krompachy, robi się ciemno. Starsza Słowaczka wodzi za mną nieufnym wzrokiem. W końcu nie wytrzymuje: - Hej, ty! Weź sobie tych Cyganów do swojego domu. Albo wyślij ich z powrotem do Afryki! -


