Spór o polską politykę w 1945 roku

Między zdradą a realizmem

RYS. KAROL  B.  BRZOZOWSKI

ZDZISŁAW ZBLEWSKI

W wywiadzie "Pożegnanie  z bronią" ("Gazeta Wyborcza",  3 - 4. 02. 2001 r.) Adam Michnik powiedział m.in., iż w 1945 roku dla polskiego społeczeństwa  "nie było innej drogi" (w domyśle: jak pogodzenie się  z rzeczywistością  i zaakceptowanie władzy  komunistów oraz ich satelitów),  albowiem "ludzie o orientacji,  powiedzmy, akowskiej,  londyńskiej, nie mieli żadnej  realistycznej propozycji".

Redaktor naczelny "Gazety Wyborczej" zakreślił granice owej akceptacji, dodając, iż "byli też wtedy w Polsce ludzie, którzy po prostu sowietyzowali kraj". Stwierdzenia te mogą prowadzić czytelnika do wniosku, że w 1945 roku realizmem politycznym wykazali się nie ci, którzy podejmowali próby czynnego przeciwstawienia się prącym do władzy komunistom, lecz ci, którzy, trafnie odgadując przesądzony już jakoby bieg wypadków, zaniechali oporu i poparli obóz nowej władzy. Opinia ta, jakkolwiek może budzić poważne zastrzeżenia ze strony historyka, zasługuje moim zdaniem na głębszą refleksję.

Realizm zwycięzców

Spór o realizm polskich postaw politycznych u progu Polski "ludowej" jest z dzisiejszej perspektywy bardzo trudny do jednoznacznego rozstrzygnięcia. Profesor Krystyna Kersten w opublikowanym na początku lat dziewięćdziesiątych szkicu "Społeczeństwo polskie wobec władzy komunistów" pisała: "patrząc z dystansu czasu i obecnej wiedzy, wciąż ograniczonej, wydaje się, iż żadna polityka polska, choćby najmądrzejsza i w maksymalnym stopniu licząca się z realiami, nie mogła zapobiec włączeniu Polski w sferę dominacji radzieckiej, a co za tym idzie - ustanowieniu systemu władzy komunistów.

Polacy swoimi zachowaniami i działaniami mogli co najwyżej zmniejszyć lub zwiększyć zakres kosztów i rozmiary zysków operacji, której byli przedmiotem - bieżąco i w perspektywie długiego trwania. To zresztą wcale niemało". Teza ta, w dużym stopniu unieważnia samą istotę sporu o dobór środków politycznych, które pozwoliłyby uniknąć ubezwłasnowolnienia Polski przez jej wschodniego sąsiada. Tym niemniej warto, jak sądzę, zastanowić się nad problemem, czy w pierwszych latach powojennych przywódcy polskiego obozu niepodległościowego rzeczywiście okazali się bezbronni wobec gwałtownie zmieniającej się rzeczywistości politycznej i czy rzeczywiście nie byli w stanie zaproponować rozwiązań uwzględniających ówczesne polskie realia?

Z tą zasadniczą kwestią wiążą się także inne pytania: Czy przegrana w walce z komunistami stanowi wystarczający argument, aby odmawiać działaczom PSL, członkom WiN czy uczestnikom podziemia narodowego poczucia realizmu politycznego? Czy, jakkolwiek może wydawać się to paradoksalne, w perspektywie "długiego trwania" brakiem realizmu nie charakteryzowały się raczej działania Stalina oraz wykonujących jego polecenia polskich komunistów, którzy, bezwzględnie dążąc do zdobycia i utrzymania władzy, nie liczyli się na swej drodze z nikim i z niczym, a odrzucając jakikolwiek kompromis ze swymi przeciwnikami politycznymi (pamiętne "władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy" Gomułki z czerwca 1945 roku) zmuszali ich do dramatycznych wyborów pomiędzy oporem a kapitulacją?

I wreszcie: czy rzeczywiście w 1945 roku nie było dla aktywnych społecznie jednostek "innej drogi" jak tylko akceptacja kreowanej przez komunistów rzeczywistości politycznej, zwłaszcza że przyjęcie takiej tezy może z kolei prowadzić do wniosku, iż ci, którzy aktywnie poparli wówczas komunistów, wykazali się po prostu przenikliwością i pragmatyzmem w przeciwieństwie do tych politycznych krótkowidzów, którzy wybrali być może szlachetną, ale za to z góry skazaną na niepowodzenie postawę oporu i walki o zachowanie przez Polskę resztek wewnętrznej suwerenności?

Perspektywa roku 1945

Poszukując odpowiedzi na te pytania, należałoby moim zdaniem wziąć pod uwagę trzy okoliczności. Po pierwsze: brak stabilizacji sytuacji międzynarodowej powodował, że w 1945 roku trudno było przewidzieć, jaką formę przybierze uzależnienie Polski od Związku Radzieckiego, jak długo potrwa, na jaki zakres swobody wewnętrznej może liczyć polskie społeczeństwo itp. Z dzisiejszej perspektywy bardzo łatwo wskazać na fakty świadczące o konsekwentnych działaniach komunistów, nieuchronnie zmierzających do całkowitego podporządkowania krajów Europy Środkowej i Bałkanów Moskwie.

Ale w 1945 roku proces ten wcale nie musiał wyglądać na coś nieuchronnego, na zjawisko, któremu nie sposób się przeciwstawić. Można też było powołać się na przykłady, takie jak zwycięstwo wyborcze Niezależnej Partii Drobnych Rolników (odpowiednika PSL) w przeprowadzonych w listopadzie 1945 roku wyborach parlamentarnych na Węgrzech, czy utrzymujące się swobody demokratyczne w Czechosłowacji, co wielu przeciwników PPR mogło traktować jako sygnał, że nie wszystko zostało przesądzone, walka o kształt powojennej Polski trwa, a obóz niepodległościowy nie stoi na z góry przegranych pozycjach.

Po drugie: "obóz londyński" nie był w 1945 roku monolitem, a jego struktury organizacyjne i taktyka działania dość szybko ewoluowały, próbując dostosować się do zmieniającej się sytuacji politycznej. Jest oczywiście prawdą, że w 1945 roku obóz ten przeżywał głęboki kryzys organizacyjny. Polityczna przegrana akcji "Burza" oraz klęska powstania warszawskiego zniweczyły dotychczasowe plany restytucji polskiej państwowości i mocno poderwały zaufanie społeczeństwa do władz polskich na uchodźstwie. 

Rozwiązanie Armii Krajowej w styczniu 1945 roku, a także utrata uznania międzynarodowego przez rząd Arciszewskiego i rozwiązanie Rady Jedności Narodowej w lipcu 1945 roku pogłębiły niewątpliwie kryzys polskiego podziemia. Tym niemniej należy pamiętać również o tym, że podejmowane były intensywne poszukiwania nowej formuły działalności dla tych członków podziemia poakowskiego, którzy ze zrozumiałych względów, nie mając zaufania do nowych władz, pragnęli kontynuować, dostosowaną do nowych realiów politycznych, działalność niepodległościową w konspiracji.

WiN - złudna nadzieja wojny

Najpoważniejszą z tych prób było utworzenie we wrześniu 1945 roku przez grupę wyższych dowódców AK z pułkownikiem dyplomowanym Janem Rzepeckim na czele konspiracyjnej organizacji politycznej Zrzeszenie "Wolność i Niezawisłość". Oparty w dużej mierze na strukturach organizacyjnych Armii Krajowej, WiN stał się w krótkim czasie największą organizacją konspiracyjną w kraju, osiągając z czasem liczebność szacowaną na kilkadziesiąt tysięcy ludzi. W połowie września 1945 roku kierownictwo Zrzeszenia przyjęło deklarację programową "O wolność obywatela i niezawisłość państwa. Wytyczne ideowe", a w następnych kilku tygodniach wiele dokumentów, w których rozwinięto tezy zawarte w deklaracji.

Koncepcja działania tej organizacji sformułowana przez pułkownika Rzepeckiego i jego współpracowników opierała się na założeniu, że kontynuacja konspiracji zbrojnej utraciła swój sens, rachuby na szybki wybuch kolejnej wojny światowej (popularne wśród części społeczeństwa) są bowiem nie tylko złudne, ale nawet niebezpieczne, gdyż działania militarne na wielką skalę, prowadzone kolejny raz na terytorium Polski doprowadziłyby do zdziesiątkowania jej ludności i całkowitej dewastacji majątku narodowego. Pod koniec października 1945 roku pułkownik Rzepecki pisał w dokumencie "Nasz stosunek do ZSRR i sojuszu z nim" m.in.: "Brak jest obecnie poważnych oznak rozwiązania (wojennego), które zresztą odbiłyby się katastrofalnie na stanie społecznym i gospodarczym kraju. Tylko zupełna utrata wiary w możliwość uzdrowienia stosunków w kraju na drodze pokojowej może dyktować pożądane zmiany za cenę zniszczenia wojennego".

Środowiskom poakowskim nie pozostawało więc nic innego, jak aktywnie włączyć się do trwającej w Polsce walki politycznej. Uczestnictwo to polegać miało na podejmowaniu różnego rodzaju działań, głównie o charakterze propagandowym i informacyjnym, których celem było uodpornienie społeczeństwa na bałamutną propagandę obozu nowej władzy oraz informowanie go o rzeczywistej sytuacji w kraju. Działania te miały podnieść świadomość polityczną społeczeństwa, a w konsekwencji zwiększyć szanse jawnych ugrupowań niepodległościowych (w praktyce: PSL) w zbliżających się wyborach parlamentarnych, które kierownictwo WiN uważało za ostatnią nadzieję na powstrzymanie procesu sowietyzacji Polski.

Zagadnienie, czy program ten, przypomniany tutaj w dużym uproszczeniu, można określić mianem "propozycji realistycznej", pozostaje kwestią otwartą i dlatego zapewne długo jeszcze będzie stanowiło przedmiot sporu. Niewątpliwie jednak stanowił on propozycję przemyślaną, konstruktywną, opartą na racjonalnych przesłankach oraz daleką od jakichkolwiek ekstremizmów.

Czy Mikołajczyk był realistą?

W 1945 roku głównym zagrożeniem komunistów nie było wszakże podziemie poakowskie, ale kierowane przez Stanisława Mikołajczyka stronnictwo chłopskie, od sierpnia 1945 roku działające pod nazwą Polskie Stronnictwo Ludowe. Należy podkreślić, że w przeciwieństwie do Zrzeszenia WiN ludowcy, legalizując swoje ugrupowanie i podejmując działalność jawną, zaaprobowali reguły gry narzucone im przez komunistów.

Stanowiło to zresztą w 1945 roku jeden z głównych atutów PSL w walce z obozem nowej władzy - utrudniało bowiem komunistom walkę z ruchem ludowym za pomocą represji, a jednocześnie ułatwiało działaczom Stronnictwa zaprezentowanie swojej oferty politycznej społeczeństwu, co w konsekwencji doprowadziło do powstania wokół PSL szerokiego ruchu politycznego o charakterze demokratyczno-niepodległościowym, na którego czele stanął Mikołajczyk. Z dzisiejszej perspektywy dość łatwo oskarżać lidera PSL o brak realizmu, polityczną naiwność lub tendencje kapitulacyjne. Zarzutów takich nie szczędzono mu zresztą ze strony londyńskich środowisk emigracyjnych już w latach 1944 - 1947. Jednak, jak pisze w książce pod znamiennym tytułem "Stanisław Mikołajczyk, czyli klęska realisty" jego biograf profesor Andrzej Paczkowski, trudno byłoby w owym czasie znaleźć polskiego polityka, który w równym jak on stopniu liczyłby się z realiami.

Propozycje, z którymi były premier rządu polskiego na uchodźstwie przybywał w czerwcu 1945 roku do kraju, są powszechnie znane. Podobnie jak Rzepecki, uważał, że nadzieja na rychły konflikt między Związkiem Radzieckim a mocarstwami zachodnimi jest nierealna, a jedyną szansą na ocalenie przez Polskę resztek suwerenności wewnętrznej jest uznanie uchwał jałtańskich i wykorzystanie szansy, jaką daje zawarte w nich postanowienie o przeprowadzeniu "możliwie najprędzej wolnych i nieskrępowanych wyborów opartych na głosowaniu powszechnym i tajnym". 

Nietrafne założenia

W swoich kalkulacjach Mikołajczyk miał prawo liczyć na popularność własnego Stronnictwa Ludowego, które w okresie okupacji hitlerowskiej wyrosło na najpotężniejsze polskie ugrupowanie polityczne. Miał także podstawy, aby liczyć na przychylność mocarstw zachodnich. Być może liczył także na realizm Stalina, który - dostrzegając małą popularność komunistów w polskim społeczeństwie - doceni znaczenie zdecydowanie antysanacyjnego ugrupowania chłopskiego, głoszącego lewicowy program społeczny i akcentującego konieczność nawiązania przez Polskę bliskich stosunków ze Związkiem Radzieckim.

W rozmowie z ambasadorem ZSRR w Warszawie Wiktorem Lebiediewem, przeprowadzonej 17 maja 1946 roku, Mikołajczyk twierdził m.in.: "Mamy niezachwianą linię polityczną współpracy ze Związkiem Radzieckim. Szczerze pracujemy w tym kierunku, rozumiemy, że jest to konieczne w imię interesów i egzystencji narodu [...]. Nie mieści się to w głowie, byście chcieli budować współpracę tylko na PPR [sic!], która jest w takiej mniejszości w społeczeństwie. [...] My dziś kontrolujemy większą część społeczeństwa, gdy odbierze się nam tę możliwość, wepchnie się tych ludzi pod kontrolę czynników ekstremistycznych, nie odpowiedzialnych. Będzie anarchia i wielki rozlew krwi". Dwa ostatnie założenia okazały się nietrafne, a polscy komuniści, mimo niewielkiego poparcia społecznego, zdołali, przy pomocy doradców sowieckich, sfałszować wyniki referendum, a następnie wyborów parlamentarnych, co przesądziło o klęsce programu Mikołajczyka.

Pozostaje jednak otwarte pytanie, czy w 1945 roku można było z taką pewnością przewidzieć tragiczne losy PSL, aby z góry uznać propozycję Mikołajczyka za nierealistyczną? I czy entuzjastyczne powitanie zgotowane przez społeczeństwo byłemu premierowi po jego powrocie do kraju oraz masowy napływ członków do PSL nie sugerowałyby raczej, że Polacy postrzegali wówczas Mikołajczyka nie jako heroicznego straceńca z góry skazanego na pożarcie przez komunistów, ale jako polityka, którego propozycje działania stwarzają realne szanse na powstrzymanie procesu umacniania się obozu nowej władzy?

Znaczenie sporów programowych

Po trzecie wreszcie, warto zauważyć, że walka polityczna w Polsce pierwszych lat powojennych często bywała przedstawiana, przede wszystkim przez peerelowską propagandę, w kontekście sporu programowego o kształt ustroju społeczno-politycznego państwa polskiego. Wydaje się, że takie podejście raczej zaciemnia, niż wyjaśnia, istotę tego sporu. Oczywiście, prowadzono wówczas bardzo ożywione dyskusje na temat wizji rozwoju powojennej Polski, ich znaczenie polityczne było chyba jednak mniejsze, aniżeli chcieliby to widzieć zwolennicy obozu nowej władzy, podkreślający bardzo często, że w przeciwieństwie do swoich "reakcyjnych" rywali politycznych mają atrakcyjny program reform społecznych, uwzględniający m.in. takie hasła, jak reforma rolna, upowszechnienie oświaty oraz przyspieszona industrializacja kraju, co w konsekwencji stwarzać miało perspektywę szybkiego podniesienia poziomu życia społeczeństwa.

Niemożliwy powrót

W późniejszym okresie komuniści często odmawiali swoim przeciwnikom politycznym posiadania jakiejkolwiek realistycznej wizji rozwoju kraju, sugerując wręcz, że zwycięstwo "obozu londyńskiego" mogłoby doprowadzić do restytucji stosunków społeczno-gospodarczych z okresu dwudziestolecia międzywojennego. 

Było to istotne zafałszowanie stanu rzeczywistego, charakteryzującego się szerokim konsensusem w sprawie zasadniczych reform społeczno- -gospodarczych, który obejmował wszystkie ważniejsze ugrupowania działające na polskiej scenie politycznej, niezależnie od tego, czy wchodziły w skład "obozu londyńskiego", czy też obozu zdominowanego przez komunistów. Innymi słowy: niezależnie od tego, jaka orientacja polityczna wygrałaby ostatecznie walkę o władzę, powrót do rzeczywistości przedwojennej był nierealny. 

Sprawy te są bardzo dobrze znane: działające w konspiracji ugrupowania wchodzące w skład Krajowej Reprezentacji Politycznej, a następnie Rady Jedności Narodowej zaprezentowały swój program m.in. w tzw. deklaracji sierpniowej z 15 sierpnia 1943 roku, deklaracji "O co walczy naród polski" z 15 marca 1944 roku oraz odezwie Rady Jedności Narodowej do narodu polskiego i narodów sprzymierzonych z 1 lipca 1945 roku, której integralną częścią był słynny "Testament Polski podziemnej".

Zasadnicze elementy tych programów zostały powtórzone we wspomnianej deklaracji WiN, a także w programie PSL ze stycznia 1946 roku. We wszystkich tych dokumentach deklarowano wolę przeprowadzenia reform, na które monopol przypisali sobie później komuniści. W tym kontekście kreowanie się przez działaczy PPR na jedynych dobroczyńców społeczeństwa, które dzięki nim wybawione zostało od ciemnoty i nędzy, w krórej tkwiłoby zapewne jeszcze przez wiele lat, gdyby władzę w Polsce przejął "obóz londyński", było zwyczajnym nadużyciem. W rzeczywistości bowiem linia podziału między rywalizującymi obozami politycznymi przebiegała wówczas gdzie indziej, a jej istotą była walka o utrzymanie niepodległości Polski.

Zatem kategoryczna teza o braku w 1945 roku w środowisku "obozu londyńskiego" jakiejkolwiek realistycznej propozycji działania, biorąc pod uwagę wszystkie przedstawione tu zastrzeżenia, wydaje się bardzo dyskusyjna. Skoro wszelkie próby zawarcia kompromisu z komunistami były przez nich odrzucane (na przykład sprawa "szesnastu"), przeciwnikom obozu nowej władzy pozostawał wybór między walką (oporem) a kapitulacją, oznaczającą uznanie komunistycznej dominacji. W sensie politycznym trzeciej możliwości nie było. 

Jeśli zaprezentowane przez WiN i PSL koncepcje kontynuowania oporu uznać z gruntu za nierealistyczne, pozostaje pytanie, czy za realizm polityczny uznać należy postawę kapitulancką, oznaczającą uznanie bądź nawet czynne poparcie działań komunistów, postrzeganych wówczas przez znaczną część społeczeństwa jako zdrajcy sprawy polskiej. We wspomnianym wywiadzie dla "Gazety Wyborczej" znalazła się wypowiedź generała Kiszczaka, który - zwracając się do Adama Michnika - powiedział: "jemu historia przyznała rację, nie mnie". Czy działacze opozycji niepodległościowej sprzed pół wieku wciąż muszą czekać na jej sprawiedliwy wyrok?

Autor jest pracownikiem Instytutu Historii Uniwersytetu Jagiellońskiego i Instytutu Pamięci Narodowej - Oddział w Krakowie.




