Z generałem armii Czesławem Piątasem, szefem Sztabu Generalnego rozmawia Zbigniew Lentowicz

Nie grozi nam bunt oficerów

FOT. JAKUB OSTAŁOWSKI

Rząd przyjął program przebudowy i modernizacji technicznej armii, a ostatnio zaakceptował projekt ustawy o finansowaniu reformy sił zbrojnych. Od zmian nie ma już odwrotu...

CZESŁAW PIĄTAS: My nie chcemy odwrotu, zamierzamy szybko wprowadzać niezbędne zmiany, dalsze odkładanie tego procesu prowadzi donikąd. Oczekujemy na ustawę, która zapewni stabilność finansowania, a więc także stabilność reform.

Zaczynamy od wycofywania przestarzałego sprzętu i broni, której konserwacja i utrzymanie kosztuje. Pod młotek pójdzie opuszczony przez wojsko majątek koszarowy. Przede wszystkim będziemy jednak rozstawać się z kadrą.

Nie stać dziś Polski na armię dwustutysięczną, a musimy się modernizować.

Kadra twierdzi, że od lat mieliśmy w armii ciągłą reformę, z mizernym efektem.

Od początku lat 90. dokonywane są zmiany, polegające głównie na zmniejszaniu liczebności wojska. Teraz chcemy jednak poprawić przede wszystkim zdolności bojowe sił zbrojnych.

Rozpoczęliśmy właśnie najgłębszą i chyba najszybszą przebudowę armii wśród krajów sojuszu. Za sześć lat w wyniku tych zmian trzecia część armii osiągnie standardy NATO, co znaczy, że będzie możliwe pełne współdziałanie polskich oddziałów z siłami koalicji u nas, ale też w operacjach poza granicami kraju.

Utrwali się więc już dziś zauważalny podział na wojsko lepsze, bo natowskie i zaniedbaną armię drugiej kategorii?

Całe siły zbrojne współdziałają z NATO. Musimy mieć jednak grupę jednostek, która bardzo szybko osiągnie pełną zdolność wypełniania wszelkich wymagań sojuszniczych. Część sił zbrojnych musi być do natychmiastowego użycia, pozostała po pewnym okresie przygotowań. Aby współdziałać z sojuszem, musimy usprawnić rozpoznanie, łączność, przepływ informacji, automatyzować systemy dowodzenia i kierowania ogniem. Niezbędny jest szybszy dopływ nowego uzbrojenia - zwłaszcza systemów precyzyjnego rażenia, środków transportu lotniczego i morskiego. Musimy też lepiej wyposażyć szeregowego żołnierza, począwszy od mundurów, butów, kamizelek kuloodpornych, po radiotelefony i sprzęt ochrony przez skażeniami. 

Usprawnić musimy logistykę, tak by wojsko było zdolne do przetrwania w skrajnych warunkach, czasami bardzo daleko od macierzystych baz. Chodzi nam także o poprawę organizacji zaopatrzenia, zapewnienie odpowiednich warunków żywienia, czy chociażby ewakuacji drogą powietrzną rannych z pola walki. Przede wszystkim musimy się jednak szkolić. Intensywniej niż do tej pory.

To wszystko planujecie z myślą o siłach reagowania, a pozostałe jednostki?

Oprócz jednostek o wysokiej gotowości użycia, będziemy dysponować, podobnie jak inne państwa NATO wojskiem o umiarkowanej gotowości i niższej gotowości - tu sytuowałyby się przede wszystkim jednostki tzw. stacjonarnej logistyki, czyli bazy materiałowe i siły pomocnicze, działające na zapleczu oraz jednostki Obrony Terytorialnej, a także część sił głównych wojsk operacyjnych.

Według nieoficjalnych szacunków w tym roku, pierwszym roku rewolucyjnej sześciolatki, odejdzie z wojskowej kadry około 6 tys. osób. Dlaczego do dziś do wszystkich 71 garnizonów, które znalazły się na liście przeznaczonych do skreślenia, nie dotarły rozkazy o likwidacji? Nie można tak długo trzymać kadry w niepewności.

Lista garnizonów jest już gotowa i znana większości zainteresowanych. Pozostały jeszcze tylko ostatnie, drobne rozstrzygnięcia. Oczekiwaliśmy też na decyzję rządu w sprawie ustawy o finansowaniu sił zbrojnych. Ta decyzja gabinetu jest jednym z ostatnich kroków, które mają zagwarantować stabilność, a zwłaszcza realizm planów. Moim zdaniem to prawdziwy przełom.

Akcja obrony garnizonów jest gwałtowna, władze lokalne zarzucają wam, że nie konsultujecie swych decyzji, że przyczyniacie się do upadku lokalnej gospodarki i produkujecie kolejnych bezrobotnych.

Nie my odpowiadamy za bezrobocie. Zmieniając mapę garnizonów, kierowaliśmy się względami operacyjnymi, wynikającymi z potrzeb obronnych kraju i współdziałania z siłami sojuszu, a kluczową rolę odegrały także wyliczenia ekonomiczne. Szansę na pozostanie miały tylko te garnizony, w których wojsko będzie miało zapewnione dobre warunki socjalne, bez konieczności wydawania kroci na remonty koszar, najlepsze (ale też najtańsze) możliwości szkolenia, bo np. po sąsiedzku jest duży poligon. Oceniam, że poważne problemy ze względu na skalę zmian będziemy mieli w pięciu, siedmiu największych restrukturyzowanych garnizonach i przede wszystkim tam skierujemy pomoc rekonwersyjną dla kadry. Pozostałe kilkadziesiąt garnizonów to zazwyczaj niewielkie placówki: małe jednostki, węzły łączności, lokalne sztaby wojskowe czy obiekty administracji.

Rozgoryczeni oficerowie pytają, dlaczego Leszno, a nie Gubin, czy jest sens wycofywać się z Krosna Odrzańskiego, dlaczego wbijacie gwóźdź do ekonomicznej trumny w pogrążonym w strukturalnym bezrobociu Koszalinie?

W Lesznie powstanie silna jednostka przeciwlotnicza i nie tylko tradycje o tym przesądziły. Priorytet mają w każdym przypadku, w tym także, względy operacyjne. Kadra chętnej przemieści się do Leszna niż do Gubina, a to także musimy brać pod uwagę.

W Krośnie Odrzańskim nie likwidujemy wszystkich jednostek, jednak warunki np. łączności dla dowództwa zdecydowanie lepsze są w Żaganiu. Argumenty można by mnożyć: za wyborem Świętoszowa, Wędrzyma, Orzysza na przykład, przemawiają najniższe koszty szkolenia (poligon na miejscu) i już zainwestowane tam miliony. Za pozostawieniem w Krakowie batalionu "czerwonych beretów" - oprócz innych względów, również szczególna, naprawdę wyjątkowa więź z miastem i lokalną społecznością oraz tradycje.

W zeszłym roku kadra odchodziła z wojska niechętne, w tym zaplanowaliście, że koszary opuści prawie trzy razy tyle zbędnych żołnierzy zawodowych, co w 2000 roku. Jakim cudem?

Wdrażana właśnie etatyzacja, która porządkuje sprawy kadrowe, spowoduje także, że dla części kadry po prostu zabraknie miejsca w armii. W najgorszej sytuacji pozostają oficerowie, musimy bowiem w siłach zbrojnych zdecydowanie zmienić proporcje na korzyść podoficerów i chorążych.

Ojczyzna, z którą podpisali kiedyś kontrakt na całe życie, zrezygnuje po prostu z żołnierskich usług?

Nie chciałbym, aby nastąpiło trwałe przerwanie więzi odchodzącej kadry ze sferą obronności. Umiejętności nabyte w służbie będą przydatne w cywilu. Zamierzamy szczególnie chronić kadrę ze zlikwidowanych jednostek, to przede wszystkim ona otrzyma oferty służby w rozbudowywanych (bo będą i takie) jednostkach czy wzmacnianych właśnie garnizonach. Dowódcy jednak otrzymali instrukcje: mają również oceniać przydatność do służby kadry w garnizonach, które nie są likwidowane. Mogą dokonać wyboru najlepszych. Część kadry zdejmie mundur ze względu na emerytalny wiek, inni nie zechcą przenieść się z rodziną do innego garnizonu, czy wreszcie zgodzić się na obniżenie stopnia, co w niektórych wypadkach wymusza etatyzacja.

Świadomość personalnych konsekwencji reformy zapewne jeszcze nie dotarła do wielu zainteresowanych. Gdy dotrze, to czy grozi nam bunt oficerów masowo zwalnianych z armii?

Nie może być o tym mowy, bo przeczyłoby to istocie armii. Mogę obiecać, że skoncentrujemy się na przygotowaniu dobrego programu rekonwersji, który powinien ułatwić start zwalnianym wojskowym. Moim zdaniem należałoby dodatkowo rozważyć możliwość wypłacenia kadrze najbardziej dotkniętej skutkami redukcji odpraw, które dałyby szansę młodym ludziom na odnalezienie się poza wojskiem. Pracujemy nad tym.

Wszystkim zwalnianym, a także rezerwistom będziemy proponować programy przekwalifikowania się. Duże nadzieje wiążemy z powołaniem pełnomocnika MON ds. rekonwersji. Może uda mu się przy okazji wyegzekwować przepisy zapewniające byłym wojskowym pierwszeństwo w zatrudnieniu na administracyjnych stanowiskach związanych z obronnością państwa.

Czy jednak uda się nam rozstać z odchodzącymi żołnierzami elegancko, na co po latach służby w pełni zasługują? Chciałbym, żeby w rezerwie pamiętali, że im przynajmniej szczerze i po ludzku podziękowano.

Rozmawiał Zbigniew Lentowicz



