MEDIA "City Magazine" i "Aktivist" wyciągają ludzi (i to nie tylko młodych) z domów i zmuszają ich do chłonięcia kultury

Aktywne miasto

KUBA KOWALSKI

Przed dwoma laty w Polsce pojawił się "City Magazine" - pierwsze darmowe pismo zawierające informacje o kulturalnym życiu miasta, wydawane na dobrym papierze, kolorowe, pełne zdjęć, w starannej formie edytorskiej. Pół roku temu "City Magazine" doczekał się następcy - w kilku największych miastach ukazuje się "Aktivist", bezpłatny dwutygodnik o zbliżonej formule.

"City Magazine"

Wydawało się, że przyszłość magazynu rozdawanego za darmo będzie wisieć na włosku. Tymczasem dziś nakład "City Magazine" jest przyzwoity (w Warszawie 40 tys. egzemplarzy), a lista miejsc, w których można go znaleźć, zajmuje pełne dwie strony. Miesięcznik doczekał się edycji w Trójmieście, Poznaniu i Krakowie. Lokalne mutacje łączy tylko pstrokata szata graficzna oraz uniwersalne recenzje płyt, książek i filmów. Wszystko inne, wraz z okładką i zespołem redakcyjnym, jest już dostosowane do miejsca wydawania. To zrozumiałe: "City Magazine" to miesięcznik o mieście, musi z niego wyrastać oraz, by posłużyć się językiem z łamów, czuć jego klimat.

Czym jest "City Magazine"? Mimo nieporęcznego formatu, ciut mniejszego od A3, jest przewodnikiem po mieście. Dzień po dniu opisane są w nim ciekawe wydarzenia kulturalne (wraz z minirecenzjami): koncerty, festiwale, imprezy, pokazy, otwarcia, widowiska, happeningi. Nie ma kultury masowej. Raczej kultura wysoka pomieszana z undergroundową ("bohaterem miasta" w lutowym wydaniu trójmiejskim jest Tymon Tymański, w wydaniu warszawskim rozmowa z Wojciechem Marczewskim). Coś dla ludzi młodych, ale i myślących. Nie ma ani słowa o polityce. Nie ma też waty, która wypełnia kolorowe pisemka pełne plotek z życia wielkich gwiazd, porad kosmetycznych, zdjęć bajecznie drogich ubrań. Tam człowiek ma się ocierać o świat, tutaj - go tworzyć. "City Magazine" jest dla ludzi aktywnych, którzy mają trochę wolnego czasu, trochę pieniędzy, ale przede wszystkim dużo energii. Miesięcznik rzuca im surową informację, podsuwa tropy. Dobre są pomysły na artykuły - o dziwactwach miasta, o obcokrajowcach w mieście, o nietypowych zawodach.

"City Magazine" wystawiany jest w specjalnych stelażach w knajpach, kinach i miejscach odwiedzanych przez młodych ludzi. Nieprzypadkowo - w miesięczniku młodzi piszą dla młodych, używając "młodej" polszczyzny (innej niż ta z telewizji i gazet, bliższej ulicy, co wcale nie znaczy, że plugawej). Na tym polega siła - różnica między nadawcą i odbiorcą zaciera się. Dla młodych ludzi istnieje przede wszystkim świat zurbanizowany, w nim czują się u siebie. Miasto jest ich żywiołem, tętni energią, ma swoje tajemnice. By je odkryć, wystarczy po prostu wyjść z domu. Dlatego w miesięczniku jest wszystko, czym żyje miasto. Coś jak dział miejski poważnego dziennika, tyle że redagowany z większym luzem. Czasem, co irytujące, brak wiedzy maskowany jest zbytnią lekkością stylu.

Jeżeli wiesz coś, czego nie wie "City Magazine" - redakcja prosi o kontakt. Tymczasem w dużych miastach zaczynają pojawiać się przedsięwzięcia, które odmawiają reklamy czy nawet małych wzmianek w darmowych pismach. W gdyńskiej Klubokawiarni i warszawskiej Kopalni, niezwykłych lokalach obleganych przez młodych ludzi, usłyszałem, że kultowość ich wiąże się z zupełnym brakiem zabiegania o klientów, którzy o istnieniu tych miejsc dowiadują się pocztą pantoflową, od przyjaciół i znajomych.

Aktivist

"Aktivist" - dziecko grupy medialnej z Finlandii, zadomowione już w Estonii, Rosji - zadebiutował w Polsce pół roku temu.  Ukazuje się w Warszawie, Trójmieście, Krakowie, Łodzi, Poznaniu i Wrocławiu, a niebawem pojawi się w Szczecinie i Katowicach. Choć "Aktivist" ma zbliżoną formułę do "City Magazine", nie naśladuje starszego brata - z marketingowego punktu widzenia byłoby to samobójstwo. Jest to dwutygodnik o formacie nieco większym niż A4, ma niezwykle elegancką szatę graficzną, kładzie nacisk na Internet, zgodnie z zasadą, że w sieci mieści się więcej niż na papierze (w stopce nie ma telefonów do redakcji, są adresy e-mailowe do członków zespołu). Poszczególne wydania obok stron lokalnych - kalendarza wydarzeń i opisów knajp - mają te same artykuły i identyczną okładkę.

Większość tekstów, podobnie jak w "City Magazine", pisana jest bez większego przygotowania merytorycznego. Tyle że w "Aktiviście" jest dużo mniej konkretu. Marek Kłosowicz, redakcyjny podróżnik, zwiedza daleki świat tylko po to, żeby robić tam to samo, co w Polsce - chodzić do klubów, jeść frytki i pić piwo. Z jego kenijskiej relacji wynika niewiele, ale artykuł ma być przede wszystkim śmieszny. Cóż z tego, że pismo zamieszcza dużo wywiadów z ciekawymi osobami, skoro dziennikarze albo nie przedstawiają swoich rozmówców, uznając ich działalność za doskonale znaną, albo popadają w banał (Jerzemu Stuhrowi zadano ogólnikowe pytania o to, jak traktuje film, jak traktuje teatr i jak radzi sobie z popularnością).

"Aktivist" określa swoich odbiorców jako technopokolenie (nieprzypadkowo w lutowym numerze edycji trójmiejskiej jest wywiad z didżejem Romero, puszczającym muzykę w sopockim klubie Sfinks, świątyni polskiego techno). A techno to mechaniczna muzyka, dobra zabawa i brak refleksji. Redaktor naczelny Sławek Belina (zastąpił na tym stanowisku Tomasza Lipińskiego, legendarnego muzyka z Tiltu i Brygady Kryzys) o jednym z felietonów Józefy Hennelowej w "Tygodniku Powszechnym" pisze: "Utwór Hennelowej utrzymany jest - jak zawsze - w dętym, nieprzyzwoitym tonie. Odnotować muszę mistrzowską nieobecność dowcipu w piórze felietonistki. Nieobecność ta maskowana jest misyjną mądrością z rutynowego repertuaru katolickiego posła Tomczuka".

Na przedostatniej stronie redakcja "Aktivista" zamieszcza opinie znanych twarzy (piosenkarka Renata Przemyk, pisarka Izabela Filipak, smakosz Maciej Nowak), które mogą tu napisać coś, czego nie napiszą nigdzie indziej. Teksty publikowane są nieodpłatnie, co ma sugerować, że pismo staje się opiniotwórcze, dobrze w nim publikować, a jeszcze lepiej je czytać. To element autokreacji, ale jeśli granica między humorem a rzetelną wiedzą nie zostanie odpowiednio wyważona - pismo zostanie przede wszystkim przewodnikiem. Teksty - choć pomysły mają ciekawe, ale realizację zwykle mizerną - wciąż będą odgrywać rolę dodatku do wzorowo redagowanego kalendarium imprez.

I do knajpy

Oba pisma wyciągają ludzi (i to nie tylko młodych) z domów, zmuszają ich do aktywnego życia, do chłonięcia kultury. Z przebogatego kalendarium zawsze można wybrać coś dla siebie. "Odkryj swoje miasto" radzi "Aktivist". A jeśli w danym dniu kultura zamiera (zdarza się to niezwykle rzadko - "Aktivist" czerwoną czcionką drukuje pełen niedowierzania napis "Nic się nie dzieje!!!"), zawsze można wybrać się do knajpy. Belina zapowiedział nawet, że kolegia redakcyjne organizowane są w knajpach, wszyscy członkowie redakcji mają obowiązek się stawić i wstawić. Wszystkie lokale w mieście, wraz z cenami i krótkim omówieniem menu, można znaleźć na ostatnich stronach - okazuje się, że jest ich bez liku. A tam, na specjalnych stelażach, leży "City Magazin" i "Aktivist". Koło się zamyka. Ale miasto otwiera. -



