Wydatki socjalne służą zaspokojeniu potrzeb partykularnych kosztem społecznych

Egoizm a sfera publiczna

RYS. MICHAŁ KORSUN

JANUSZ A. MAJCHEREK

Polityka socjalna, również ta realizowana obecnie w Polsce, nie służy zaspokajaniu potrzeb ogólnospołecznych, lecz indywidualnych, realizuje więc cele nie mniej partykularne niż liberalny model działalności gospodarczej, obwiniany o sankcjonowanie egoizmu i lekceważenie problemów społecznych.

Poziom życia i standardy cywilizacyjne społeczeństwa odzwierciedlane są nie tylko w wielkości dochodów i zasobów oraz wartości dóbr posiadanych przez indywidualnych obywateli lub będących w ich zasięgu. Zależą także od ilości i wartości wspólnych zasobów i zgromadzonych razem dóbr oraz dostępu do nich. Komfort życia opiera się nie tylko na tym, co ma się we własnym domu lub na prywatnym koncie, lecz uzależniony jest również od stanu wszelkich obiektów i instytucji użyteczności publicznej, z których trzeba lub musi się korzystać, poczynając od ulicznych trotuarów i skwerów, przez infrastrukturę komunikacyjną czy służby publiczne, skończywszy na zbiorach muzealnych, zabytkach i dziełach sztuki, czyli zasobach kultury materialnej i duchowej.

Nawet największe osobiste bogactwo nie zrównoważy dyskomfortu, jakiego doznaje się, najeżdżając na dziury w jezdniach, wykręcając nogę na krzywym chodniku, siadając na połamanej ławce w zapuszczonym parku, wchodząc do zdemolowanej i nieczynnej budki telefonicznej, jadąc zaplutą windą w obskurnym budynku, wdychając smród wypełniający poczekalnie dworcowe, korzystając z rozbitych pisuarów w brudnych toaletach publicznych czy natrafiając na sterty śmieci w podmiejskich lasach. Odwrotnie: nawet indywidualne ubóstwo łatwiej znieść, spacerując po wymuskanych parkowych alejkach wśród równo przystrzyżonych trawników, jeżdżąc komfortowymi tramwajami po zadbanych i kolorowych ulicach, siedząc w starannie zaaranżowanych poczekalniach publicznych instytucji, do których bezszmerowo wjeżdża się lśniącymi czystością windami, rozmawiając z życzliwym i kulturalnym personelem udzielającym wyczerpującej informacji i wszechstronnej pomocy. To podnosi komfort życia, nawet jeśli w swoim indywidualnym wymiarze jest ono aktualnie trudne i niesatysfakcjonujące.

Przestrzeń wspólna

Najzagorzalsi nawet krytycy przemian minionego dziesięciolecia, z zawziętością wytykający niedostatek, w jakim żyje wciąż wielu Polaków, lub rozwarstwienie indywidualnych dochodów i poziomu życia, nie mogą zanegować rozległych i korzystnych przeobrażeń, jakich doznała w tym czasie przestrzeń publiczna.

Wygląd, aranżacja, organizacja i funkcjonowanie tworzących ją obiektów i instytucji są nieporównywalne z wszechobecną szarzyzną, powszechną bylejakością, żenującą dysfunkcjonalnością i totalną dewastacją tej przestrzeni w czasach PRL. Pod tym względem komfort życia wszystkich Polaków w III Rzeczypospolitej znacząco i bezsprzecznie się poprawił. Znamienne, że najgorzej prezentują się i funkcjonują te jej obszary, które są bezpośrednio lub pośrednio podporządkowane państwu, jak obiekty Polskich Kolei Państwowych czy budynki komunalne z regulowanymi administracyjnie czynszami.

W rachunkach narodowych odróżnia się spożycie prywatne od publicznego, indywidualne od ogólnospołecznego. Każdy obywatel konsumuje i korzysta nie tylko z tego, co stanowi jego prywatną własność i osobisty dochód, lecz ma również dostęp do zasobów i dóbr publicznych oraz uczestniczy w ich używaniu. Jakość życia i standard cywilizacyjny zależą zarówno od spożycia indywidualnego z dochodów osobistych, jak i zbiorowego, od tego, ile ma każdy z osobna, lecz również czym dysponują i do czego mają dostęp wszyscy razem. Jeśli ktokolwiek usiłuje kwestionować lub bagatelizować wzrost spożycia indywidualnego Polaków w ostatnim dziesięcioleciu (statystycznie o ponad 60 procent), wytykając jego zróżnicowanie czy obniżenie w niektórych kręgach społeczeństwa (zresztą wbrew faktom - patrz: rozmowa z szefem programu badawczego na ten temat w Magazynie "Rz" z 16 lutego), nikt nie może zaprzeczyć obiektywnemu zwiększeniu się (w podobnym wymiarze) spożycia zbiorowego.

Socjalne zamiast społecznych

Jednym z najczęstszych zarzutów formułowanych wobec autorów i realizatorów transformacji ekonomicznej minionej dekady jest hołdowanie doktrynie liberalnej, która sankcjonuje egoizm, a ignoruje potrzeby społeczne.

Kryje się za tym zarzutem mistyfikacja i hipokryzja. Prawdą jest bowiem, że państwo polskie nie wywiązuje się odpowiednio ze swoich obowiązków ogólnospołecznych, czyli związanych z utrzymaniem i rozwojem infrastruktury techniczno-cywilizacyjnej, instytucjonalnej i społecznej - od dróg publicznych, przez publiczną oświatę i naukę, aż do bezpieczeństwa publicznego i obrony narodowej. 

Dziedziny te są notorycznie niedoinwestowane i zaniedbane. Dzieje się tak właśnie dlatego, że finanse publiczne są obciążone gigantycznymi wydatkami na sferę socjalną. W trwającym już roku budżetowym wydatki na ubezpieczenia społeczne i opiekę społeczną pochłoną łącznie ponad 65 mld zł, podczas gdy nakłady na naukę wyniosą trochę ponad 3 mld, finansowanie dróg publicznych niecałe 5 mld, szkolnictwo wyższe 6,5 mld, bezpieczeństwo publiczne niespełna 8 mld, a na obronę narodową niecałe 10 mld.

Przy czym określanie wydatków socjalnych mianem zabezpieczeń społecznych jest mylące, nie chodzi bowiem o finansowanie celów rzeczywiście społecznych, lecz dostarczanie lub wspieranie dochodów najzupełniej indywidualnych, prywatnych: emerytur, rent, zasiłków, odpraw i wszelkich innych świadczeń dla konkretnych ludzi często nadużywających ich lub nawet je wyłudzających. Tak zwana pomoc społeczna jest de facto wsparciem dla poszczególnych świadczeniobiorców, żadna wydana w jej ramach złotówka nie zwiększa zasobów ogólnospołecznych, lecz jedynie jednostkowe i prywatne. Pieniędzy na cele i zadania publiczne brakuje z powodu przeznaczania ich w ogromnej ilości na świadczenia socjalne, czyli zasilanie poszczególnych osób. To się właśnie nazywa redystrybucją dochodów przez państwo, polegającą na przesuwaniu środków od jednych osób indywidualnych (podatników) do innych (świadczeniobiorców), bez zwiększania wspólnych, ogólnospołecznych zasobów.

Oczywiście, każde państwo musi prowadzić taką politykę socjalną, która wspiera osoby i rodziny całkowicie niewydolne ekonomicznie, zwłaszcza nie ze swojej winy. Pytanie tylko o dopuszczalny zakres takiego wspierania, by jego rozmiary nie uniemożliwiły finansowania rozwoju infrastruktury i powiększania zasobów ogólnospołecznych. Chodzi więc o to, by wspomaganie i zasilanie osób prywatnych nie prowadziło do zaniedbania i degradacji sfery publicznej, której poziom i jakość współdecydują o standardzie życia całego społeczeństwa.

Kto jest większym egoistą

Wszelkie środki przeznaczane na zabezpieczenia społeczne i pomoc socjalną są więc konsumowane całkowicie indywidualnie. Wszyscy domagający się zwiększania nakładów na te dziedziny działają zatem w interesie konkretnych osób, czyli na rzecz ich partykularnych, egoistycznych potrzeb i oczekiwań.

Można dyskutować, czy potrzeby te i oczekiwania są uzasadnione, zapewne jednak przecież nie bardziej niż tych, którzy te środki wypracowują i zasilają nimi finanse publiczne. Gdyby nawet prawdą było, że wszelka działalność w gospodarce wolnorynkowej motywowana jest egoistycznym dążeniem do korzyści własnej, rewindykacje i roszczenia wszystkich świadczeniobiorców mają przecież nie inne podłoże. Z tą różnicą, że środki pozyskiwane od osób aktywnych i produktywnych ekonomicznie służą ponadto realizacji celów ogólnospołecznych, powiększaniu wspólnych zasobów całego społeczeństwa.

Nie można więc potępiać egoizmu, dążenia do indywidualnych, prywatnych korzyści jako motywu działalności gospodarczej, a jednocześnie udawać, że wydatki i świadczenia socjalne służą zaspokojeniu jakichś innych potrzeb niż indywidualne i prywatne. Albo więc trzeba ten egoizm zaakceptować, albo działać na rzecz zwiększania korzyści ogólnospołecznych, spożycia zbiorowego i rozwoju sfery publicznej, co wymaga ograniczenia publicznych wydatków na indywidualne świadczenia, konsumowane przez prywatne osoby. -


