Mieszkańcy górniczych Rydułtów boją się o swe domy niszczone przez kopalnię. Ale boją się też o pracę

Skazani na wstrząsy

Osiemdziesiąt procent budynków w mieście jest zabezpieczonych przed szkodami górniczymi, a jednak ulegają uszkodzeniom

FOT. RAFAŁ KLIMKIEWICZ

BARBARA CIESZEWSKA

Na Śląsku ludzie przywykli, że domem  od czasu do czasu zatrzęsie. Kiedy jednak dzieje się to co kilka dni, zaczyna pojawiać się strach. Szczególnie kiedy człowiek budzi się w nocy, bo łóżko "pływa", a ściany trzeszczą.

Od kilku miesięcy trzęsie coraz częściej.

- Zdarza się, że nawet słychać jakby głuche tąpnięcie pod ziemią - mówi Alfred Sikora, burmistrz Rydułtów.

Sam przepracował w kopalni ponad 30 lat, przywykł więc. Ale dzisiaj chodzi o los miasta. Ludzie są wyraźnie przestraszeni. Boją się o swe domy, które sami budowali. Ale boją się też o pracę. Kopalnia Rydułtowy zatrudnia prawie trzy i pół tysiąca osób, w tym blisko półtora tysiąca mieszkańców Rydułtów. - Gdyby zamknięto kopalnię, w miasteczku pojawiłaby się bieda. Dzisiaj bezrobocie jest coraz większe, sięga czternastu procent. Coś trzeba jednak zrobić, żeby kopalnia nie zniszczyła miasta - mówi burmistrz Sikora.

Po ostatnich wstrząsach na ścianach i murach gdzieniegdzie pojawiają się rysy. To niegroźne, uspokajają specjaliści z kopalni. - To stwarza tylko pewien "dyskomfort psychiczny" - mówi prof. Bernard Drzęźla z Wyższego Urzędu Górniczego na spotkaniu dyrekcji kopalni z mieszkańcami. Na spotkanie  przyszło ponad sześćset osób. Tłum nie mieścił się w sali Domu Kultury. Dopiero po pewnym czasie stało się jasne, że część publiczności zorganizowali związkowcy i dyrekcja kopalni. Kiedy ktoś atakował kopalnię, oklaskiwała go środkowa część sali, kiedy bronił - klaskały pierwsze rzędy i ostatnie. Dyrekcja zaangażowała też kilkunastu ochroniarzy w pełnym rynsztunku.

Dachówka a dyskomfort

- Na razie mój dom stoi cały, trochę się tylko porysował, a w czasie wstrząsu spadła dachówka. Gdyby spadła dyrektorowi kopalni na głowę, czy uznałby pan, że to tylko dyskomfort psychiczny? - pyta profesora w czasie spotkania jeden z mieszkańców.

- Skoro wstrząsy są niegroźne, to po cholerę w kościele założono siatkę? - denerwuje się starszy mężczyzna.

- Na wypadek, gdyby miała odprysnąć farba - tłumaczy ktoś z kopalnianego prezydium, ale brzmi to śmiesznie, ktoś inny wyjaśnia więc, że kościół ma ponad sto lat, a siatka jest na wszelki wypadek.

- Nikt nie wynalazł takiego sposobu eksploatacji, który nie pozostawiałby odkształceń na powierzchni - tłumaczył profesor Bernard Drzęźla. W Rydułtowach wstrząsy mają siłę od 2,2 do 2,5 stopnia w skali Richtera (ostatnie trzęsienie ziemi w Indiach miało siłę ponad siedmiu). - Są odczuwalne, ale nie ma żadnego zagrożenia zdrowia i życia - zapewnia profesor. - Mogą pojawić się drobne pęknięcia, ale nie konstrukcyjne. Drgania te porównywalne są z  wywoływanymi przez ciężki transport. Są nieszkodliwe. Uspokajał też, że najgorsze wstrząsy już miały miejsce i taki, jak ten z 9 października zeszłego roku, o sile ok. 2,5 stopni w skali Richtera, nie powinien się już zdarzyć.

- Chciałbym w to wierzyć - powie później burmistrz Sikora.

Eksploatacja pokładu węgla, która jest przyczyną wstrząsów, będzie prowadzona do listopada, po czym po kilku miesiącach przerwy rozpocznie się znów i potrwa do końca 2002 roku. W 2004 roku zacznie się wydobycie węgla z kolejnego znajdującego się pod miastem pokładu (planuje się je do 2007 r.).

W ubiegłym roku urządzenia sejsmiczne zamontowane w kilku punktach miasta zanotowały 1600 wstrząsów o różnej sile.

- Czy budynki wytrzymają 12 tys. wstrząsów w ciągu 7 lat? - pyta jeden z uczestników spotkania. Profesor Drzęźla twierdzi, że wytrzymają.

Jednak się rozpadają

Miasto osiądzie prawie trzy metry, przyznaje profesor Drzęźla. Skutki tego procesu od wielu miesięcy odczuwają już właściciele domów przy ul. Radoszowskiej, na obrzeżach Rydułtów. Teren w pobliżu Nacyny obniżył się poniżej jej koryta. Woda zaczęła zalewać stojące wzdłuż drogi domki. Jedno z gospodarstw już jest opuszczone, budynek rozsypuje się. Piętrowy dom Maksymiliana Kuśki zalało do wysokości 60 cm. Kopalnia zaoferowała pieniądze na kupno innego, ale gospodarz z powodu niezałatwionych formalności spadkowych nie może się na razie z niego wyprowadzić. Obok domu kopalnia zamontowała więc pompę, która 24 godziny na dobę wypompowuje wodę. Pompy całą dobę pilnuje człowiek, który rezyduje w przyczepie kempingowej. Kiedy na chwilę wyłącza pompę, poziom wody w mgnieniu oka podnosi się. Operacja kosztuje około 300 zł dziennie. Pompa pracuje od 9 stycznia bieżącego roku.

- Topią tu straszne pieniądze - martwi się pan Kuśka.

Nie wiadomo, jak długo jeszcze będzie pompować. Być może do czasu, aż kopalnia zdoła pogłębić koryto rzeki. Chyba że Maksymilian Kuśka wyprowadzi się wcześniej. Mieszkał w tym domu 31 lat. Niemal tyle samo pracował w kopalni, przez którą dzisiaj zalewa mu dom. Żal mu będzie stąd odchodzić, ale co zrobić, mówi pogodzony z losem.

- Zamknąć kopalnię?

- No nie, gdzie ci ludzie znajdą pracę.

Nieco wyżej, na zboczu góry przy ul. Kordeckiego stoi piętrowy dom. Wygląda, jakby lada chwila miał się rozsypać. Mury krzywe, okna wypaczone. Strach przechodzić obok. Zbudowali go w 1950 roku rodzice Jadwigi Bramańskiej. Kiedy w 1964 roku zaczął się rozsypywać, próbowali go ratować. Osiem razy był remontowany. W końcu pani Jadwiga zdecydowała się wziąć od kopalni 143 tys. zł i postawiła nowy dom "z dozbrojeniem" przeciw szkodom górniczym. - Straciłam na tej operacji - mówi z żalem - bo dzisiaj kopalna płaci 250 tys. zł. Postawiła dom na tej samej działce, o kilka metrów od rozsypującego się. Nie ma natomiast za co rozebrać starego domu. Koszt rozbiórki i wywozu gruzu ekspert wycenił na 29 tys. zł, kopalnia daje 17 tys. zł.

- Mają stawki sprzed 14 lat - mówi wyraźnie zirytowana. Skierowała sprawę do sądu.

Osiemdziesiąt procent budynków w mieście jest zabezpieczonych przed szkodami górniczymi, a jednak ulegają uszkodzeniom - mówił jeden z mieszkańców podczas spotkania z dyrekcją kopalni. Profesor Drzęźla odpowiadał, że teren w Rydułtowach będzie nadal osiadał, ale nie grozi to konstrukcji budynków, mogą pojawić się jedynie pęknięcia i rysy.

Komuś trzeba wierzyć

Za stołem prezydialnym dwunastu szefów kopalni i Rybnickiej Spółki Węglowej. Burmistrz Sikora nie rezygnuje z walki, choć zapewne wie, że z kopalnią walczyć nie należy.

- Ze wstrząsami jesteśmy trochę oswojeni, ale i przestraszeni. Zarząd miasta podziela obawy mieszkańców. W skrajnym przypadku może dojść do tego, co stało się w Bytomiu i w Orłowej, w Słowacji, po drugiej stronie Olzy, gdzie zniszczono miasta. Kopalnia musi zrobić wszystko, aby naprawiać szkody, powinna rzetelnie je wyceniać. Musimy wierzyć zapewnieniom profesora Drzęźli, bo komuś trzeba wierzyć.

Burmistrz postawił wniosek, aby kopalnia, która ostatnio zaczęła przyjmować ludzi do pracy, przyjmowała tylko mieszkańców Rydułtów.

- Dzisiaj nie skusimy żadnego inwestora - tłumaczy. - Nikt nie będzie stawiał zakładu, skoro wiadomo, że teren się trzęsie. Prosi też o to, co należy się miastu z mocy prawa: aby kopalnia zaczęła płacić 100 proc. należnych gminie podatków, bo jej długi przekroczyły 5 mln zł.

- Niemożliwe. Ani jedno, ani drugie - odpowiedział wiceprezes Rybnickiej Spółki. - Musimy przyjmować ludzi z likwidowanej kopalni 1 Maja. Płacić wszystkiego nie jesteśmy w stanie, bo kopalnia przynosi straty.

Z płomienną mową w obronie kopalni wystąpił starszy człowiek:

- Rydułtowy były i są skazane na wstrząsy i z tym musimy się pogodzić. Jeżeli ktoś jest lub był górnikiem, wie, że kopalnia musi fedrować. Brońcie kopalni, która dała zatrudnienie kilku pokoleniom!

- Gdybym przed piętnastu laty wiedział, że tak będzie, wyjechałbym stąd - mówi mężczyzna w średnim wieku. To z jego domu spadają dachówki. Na pytanie o zamknięcie kopalni odpowiada tak samo jak wszyscy: - To nie jest wyjście, bo co zrobi tych trzy i pół tysiąca ludzi?

Kopalnia Rydułtowy ma zasoby węgla na 30 lat. -


