HISTORIA  Do końca PRL mało było szans, by wymigać się od objęcia wyznaczonej przez państwo posady

Przypisani do pracy

(C) ŹRÓDŁO: www.komunizm.px.pl

JERZY MORAWSKI

Na pożółkłych kartach są wypisane kolumny liczb, tabele i zestawienia. Pełne poprawek, na marginesach dopiski ołówkiem. Wersje piąte i szóste dokumentów. Nagłówki opatrzone napisami "ściśle tajne" lub "poufne". Widać olbrzymią pracę rachmistrzów ministerialnych, biurowych specjalistów  od przetwarzania ludzi  w cyferki.

Do dokumentów Państwowej Komisji Planowania Gospodarczego zgromadzonych w Archiwum Akt Nowych w Warszawie od lat nikt nie zaglądał. Może nawet od pierwszej połowy lat pięćdziesiątych, gdy powstały.

Oto "wykonanie planu rozdziału absolwentów szkół wyższych według działów gospodarki w latach 1950 - 1955". Gospodarka potrzebowała nowych 129859 osób z dyplomami ukończenia wyższych uczelni. A kraj "dostarczył" ich zaledwie 112125. "Wykonano pokrycie" zaledwie w 86 procentach! - alarmowały statystyki. Dane rozbito na zawody, co też nie poprawiało pesymistycznej wymowy zestawień.

Na przykład inżynierów budownictwa socjalizm potrzebował 5700, a dostarczano ich 4475, czyli pokrycie wynosiło 78 procent. Podobnie architektów: 2800 na 2479 - 88,2 procent. Kulało pozyskanie inżynierów odlewników: potrzebnych 770, zabezpieczonych 550, czyli zaledwie 71,4 procent. Nastąpił natomiast wysyp inżynierów budowy okrętów: socjalizm prosił o 120, a pojawiło się 185, czyli 154 procent. Agronomów po studiach było za mało: czekano na 3910, a przybyło 3669, czyli 93,7 procent. Brakowało nauczycieli: 21 tysięcy zamierzano rozdzielić między szkoły, a uczelnie wypuściły ich o 4 tysiące mniej.

Sześcioletni plan potrzebował 3030 artystów i tylu ich dostarczono, co do jednego. Zapotrzebowanie na statystyków określono na 3000 osób. Pokrycia nie wykazano, sądząc jednak z mozołu, z jakim dokonano zestawień, o statystyków nie trzeba się było już martwić.

Sześcioletni plan rozwoju kraju przygotowany pod kierownictwem Hilarego Minca, wicepremiera i szefa Państwowej Komisji Planowania Gospodarczego, przestawiał gospodarkę na nowe tory. Rozwinąć przemysł ciężki, tak aby sprostał potrzebom wojskowym Związku Radzieckiego. Każdy trybik gospodarki, zgodnie z wzorem ze Wschodu, musiał być zaplanowany. Położono nacisk na fachowe kadry.

W marcu 1950 roku pojawiła się ustawa o planowym zatrudnieniu absolwentów szkół średnich zawodowych oraz szkół wyższych. Już na początku widniało w niej zdanie: "Państwo Ludowe powinno planowo kierować dopływem absolwentów szkół do uspołecznionych zakładów pracy i zapewnić młodzieży możliwość niezwłocznego włączenia się w budownictwo socjalistyczne". "Niezwłoczne włączenie się" oznaczało nakaz pracy. Kierować tym miały nowo powołane komisje przydziału pracy dla absolwentów.

Rugowanie z liceum

Bogdan Osmoliński po skończeniu w 1948 roku szkoły podstawowej w rodzinnej Żółkiewce (woj. lubelskie) trafił do szkoły ogólnokształcącej w Krasnymstawie. Po skończeniu dziewiątej klasy w 1950 roku otrzymał świadectwo. Wychowawca klasy wyczytał listę osób, którym nie wolno było kontynuować nauki w liceum. Osmoliński znajdował się na liście. Z trzydziestu uczących się w klasie osób połowa została z liceum usunięta. Podobnie uszczuplono inne dziewiąte klasy w szkole.

- Nie wręczono nam, rugowanym ze szkoły, żadnego dokumentu - wspomina Osmoliński. - Nic nie tłumaczono. Chyba też na nic się nie powoływano.

Poinformowano wyrzuconych, że w każdym technikum zawodowym przyjmą ich na skróconą naukę. Do klasy trzeciej technikum. W dwa lata mieli zdobyć zawód technika.

Osmoliński nie zamierzał uczyć się w technikum. Marzył o studiach humanistycznych, miał je podjąć po skończeniu liceum. Wpadł z kolegą na pomysł, że spróbują kontynuować naukę w ogólniaku w innej miejscowości. Szkoła znajdowała się w Rybczewicach.

Na początku wakacji odwiedzili dyrektora liceum w Rybczewicach z prośbą, by przyjął ich do dziesiątej klasy. Przedłożyli świadectwa. Dyrektor nie zadawał żadnych pytań, zabrał podania. Zapewnił, że nie widzi przeszkód, aby Osmoliński z kolegą kontynuowali naukę w jego liceum. Chłopcy byli zadowoleni, że dało im się obejść jakieś niejasne zarządzenie dyrekcji ogólniaka w Krasnymstawie.

Po wakacjach Osmoliński z kolegą zgłosili się do internatu ogólniaka w Rybczewicach. Byli pewni, że w nim zamieszkają. Tam kazano im się zameldować u dyrektora.

- Dyrektor miał do nas pretensje, że wprowadziliśmy go w błąd. Dzwonił do ogólniaka w Krasnymstawie. Tam powiedziano mu, że zostaliśmy wytypowani do szkolnictwa zawodowego - opowiada Osmoliński. - Tłumaczył, że nie może nas przyjąć. Oddał nam podania i świadectwa.

Osmolińskiego przyjęto do technikum elektrycznego w Lublinie. Wówczas technika nie podlegały Ministerstwu Oświaty, ale ministerstwu mającemu pieczę nad dziedziną w nich nauczaną. Lubelskie technikum podporządkowane było Ministerstwu Przemysłu Maszynowego.

Bogdan Osmoliński był synem chłopa z dziesięciohektarowego gospodarstwa. W klasie znalazł się z innymi osobami ze wsi podobnie jak on usuniętymi z różnych liceów.

- Dzisiaj rozumiem, dlaczego usunięto mnie z ogólniaka i zmuszono do nauki w technikum zawodowym. Potrzeba było wykwalifikowanych robotników do budowy komuny - mówi.

Żywioł biurokracji

Policzenie wszystkich dusz z dyplomami (podobną statystyką objęto absolwentów techników) wymagało armii urzędników. Musieli oni dokonać bilansu możliwości uczelni, porachować wszystkich uczących się, co do głowy. Resorty zasypywały Komisję Planowania tonami pism donoszących o zapotrzebowaniu na konkretnych absolwentów. A żywioł biurokracji skupiony w Komisji Planowania wydzielał, wręcz cykał po człowieku.

Nawet wiodące w socjalizmie resorty, jak Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego i Ministerstwo Obrony Narodowej, czapkowały w Departamencie Zatrudnienia Komisji Planowania. Pułkownik Józef Turski, szef kadr MON, pisał w grudniu 1951 roku: "Biorąc szczególnie pod uwagę znaczenie wychowania fizycznego w ludowym Wojsku Polskim, proszę o przydzielenie do dyspozycji MON stu absolwentów Wyższych Szkół Wychowania Fizycznego i AWF".

Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego potrzebowało w 1952 roku 472 absolwentów ze średnim wykształceniem, m.in. 83 techników budowlanych, 48 elektryków i jednego kinotechnika. Usilne dążenie do powszechnego bezpieczeństwa zmusiło "resort strachu" do wystąpienia również o absolwentów z branży włókienniczej. "MBP wytypowało, po uzgodnieniu z zainteresowanymi resortami, absolwentów z Technikum Włókienniczego w Łodzi. Przędzalnictwo bawełny - Wymysłowski Stefan, tkactwo bawełny - Gerynbenwald Dawid, tkactwo wełny - Piotrowski Bogdan, technologia szycia - Marchewka Cyryl. Proszę o spowodowanie wydania nakazów pracy dla absolwentów wytypowanych przez MBP".

Szef służby zdrowia bezpieki domagał się w piśmie "przedłużenia nakazów pracy absolwentów szkół wyższych i średnich do lat trzech". A MON informowało: "Zostanie przeniesiony do rezerwy por. Połubiński Jerzy syn Wacława, inż. mgr budowy okrętów. Należy zobowiązać wyżej wymienionego do pracy w konkretnym pionie MON. Proszę o wystawienie dla ww. nakazu pracy".

MON rozrastało się dynamicznie. "Potrzebujemy prawników do obsadzenia administracyjnych stanowisk. Zamierzamy powołać osoby do zawodowej służby wojskowej poprzez nakazy pracy". Chodziło między innymi o Wiesława Kowalczyka, aktora z Teatru Młodego Widza we Wrocławiu, i Tadeusza Kiedosa, cenzora z Wojewódzkiego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk w Bydgoszczy.

W 1953 roku Komisja Przydziału Pracy Absolwentów wykazała w sprawozdaniu, że skierowano do MON 290 absolwentów, a zapotrzebowanie opiewało na 539 osób. Konstanty Rokossowski, marszałek Polski, ówczesny szef MON, wystosował delikatny list do Komisji Planowania, a nie było to w jego zwyczaju: "Przydział absolwentów szkół wyższych dla potrzeb MON nie pokrywa zapotrzebowania wojska nawet w 50 procentach. Proszę o zwiększenie przydziału absolwentów". Marszałek wyszczególnił potrzeby, chodziło mu m.in. o dwóch inżynierów odlewników.

Bezpieka liczyła skrupulatnie wchłanianych w swe szeregi absolwentów wyższych uczelni. W 1953 roku przydzielono do MBP 150 prawników. Skierowano jednak zaledwie 66, z czego pracę podjęło 54. Dwanaście osób, co odnotowano, nie podjęło pracy z przyczyn usprawiedliwionych.

Biurokratyczny wysiłek Komisji Planowania przekładał się na pojedyncze losy ludzi. Człowiek, którego nazwisko widniało w dokumentach z napisem "ściśle tajne", nawet jeszcze nie wiedział, że jego los już został zaplanowany. Za czasów pańszczyźnianych chłop był przypisany do ziemi. Biurokracja pierwszej połowy lat pięćdziesiątych XX wieku przywiązywała obywatela do gospodarki socjalistycznej.

Rozkazuje państwo

W 1952 roku Bogdan Osmoliński skończył technikum. Chciał się zatrudnić w budowanej Fabryce Samochodów Ciężarowych w Lublinie. Ale nic z tego. Wręczono mu nakaz pracy i skierowanie do zakładu sieci energetycznych w Kielcach. Nikt nie pytał, czy praca w Kielcach zgodna jest z jego planami życiowymi. One się nie liczyły. Obowiązywał nakaz pracy.

W nakazie pracy Osmolińskiego, kierującym go do zakładów sieci energetycznych w Kielcach, określone było wynagrodzenie miesięczne 461 złotych i trzyletni okres przymusowego zatrudnienia. Wpisano także stanowisko: zastępca mistrza konserwacji sieci.

Osoba wręczająca nakazy pracy Osmolińskiemu i jego kolegom postraszyła ich. Za uchylanie się od podjęcia pracy zgodnie z nakazem groziła grzywna w wysokości stu tysięcy złotych.

- Młodych ludzi, którzy nie znali prawa, od razu ustawiano na całe życie: musisz robić to, co rozkazuje ci państwo. Jeśli się nie podporządkujesz, spotka cię kara - mówi Osmoliński. - Nikt z mojej klasy w technikum nie sprzeciwił się nakazowi pracy.

Osmoliński przez trzy miesiące mieszkał w hotelu miejskim w Kielcach. Później przerzucono go do rejonu energetycznego w Końskich. Rejon nie mógł zapewnić mu mieszkania i umieszczono go ponownie w hotelu, a później na kwaterze. Wykonywał dokumentacje sieci energetycznych, nadzorował brygady remontowe.

Rok przed końcem trzyletniego obowiązkowego okresu pracy Osmolińskiego powołano do wojska. Opuścił je w 1956 roku. Przez pół roku nie pracował, przebywał w domu rodziców w Żółkiewce. Przeczytał w gazecie ogłoszenie, że białostockie Przedsiębiorstwo Elektryfikacji i Obsługi Rolnictwa poszukuje fachowców. Zgłosił się. Przepracował tam ponad trzydzieści lat. W 1977 roku ukończył zaocznie Wyższą Szkołę Inżynierską.

- Studia skończyłem dwadzieścia lat później, niż powinienem. Przez to usunięcie z liceum ogólnokształcącego i nakaz pracy - mówi. - Czuję się pokrzywdzony. Odżyła teraz sprawa reprywatyzacji, zwraca się to, co kiedyś zabrano. Mnie komuna pozbawiła możliwości intelektualnego rozwoju. Przez to mój status społeczny był niższy. Zawodowy także, bo byłem tylko technikiem. Gorszy też był mój status finansowy. Utraciłem możliwości życiowe, dlatego że ktoś wyznaczył mi drogę inną niż ta, którą zamierzałem pójść. A była nas rzesza młodych ludzi, których zmuszono do budowy komuny - mówi.

Bogdan Osmoliński poprosił Instytut Pamięci Narodowej o wyjaśnienie przyczyn wyrzucenia w 1950 roku jego i tysięcy uczniów z liceów ogólnokształcących. Otrzymał odpowiedź, że IPN nic nie wie na ten temat.

Inteligencja pod kuratelą

Leszek W. kończył liceum w Tomaszowie Mazowieckim, gdy dołączono go do grupy agitatorów. Mieli pojechać na wieś i przekonywać chłopów do założenia spółdzielni produkcyjnej. W Komitecie Miejskim PZPR sekretarz partii tłumaczył agitatorom w trakcie narady: "macie przekonać chłopów, że muszą założyć kołchozy". Leszek W. studiował niedawno dzieła Lenina i zabrał głos: "Towarzysz Lenin powiedział, że nie ma żadnego przymusu". Sekretarz partii kazał mu opuścić naradę.

W szkole czekał na niego dyrektor. Poinformował, że otrzymał polecenie usunięcia go ze szkoły. Dyrektor był znajomym rodziców Leszka W. Nie wyrzucił chłopaka.

Leszek W. zdał maturę. Szkolny ZMP nie chciał wystawić mu opinii potrzebnej do egzaminu na wyższe studia. Bez poparcia ZMP podania na studia nie były przyjmowane. Leszek W. pojechał do pracy przy budowie Nowej Huty. Został pomocnikiem murarza. Po pewnym czasie tamtejszy przewodniczący ZMP wystawił mu odpowiednią opinię na studia. Zdał egzaminy wstępne do Wyższej Szkoły Ekonomicznej w Szczecinie. Rozpoczął studia.

W 1955 roku ukończył uczelnię. Wezwała go Komisja Przydziału Pracy dla Absolwentów.

- Komisję tworzyli pracownicy naukowi i czynnik społeczny. Czynnik to ktoś chyba z komitetu partii - wspomina Leszek W. - Wręczyli mi nakaz pracy do Krakowa. Chciałem zostać w Szczecinie. Moje tłumaczenie jednak zdało się na nic.

Leszek W. pojechał do Krakowa. Nie odpracował jednak trzech lat zgodnie z nakazem, gdyż awansowano go i przeniesiono do stolicy.

Doktor Zdzisław Wójcik, dzisiaj emerytowany socjolog z Łodzi, gdy skończył studia socjologiczne na Uniwersytecie Łódzkim w 1953 roku, dostał nakaz pracy na wsi w okolicach Skierniewic. Wychował się w Łodzi. Nie chciał się przenosić. Miał znajomości w Wojewódzkim Związku Gminnych Spółdzielni. Postarał się tam o pracę w charakterze inspektora szkolenia zawodowego. Przekonał komisję przydziału, która działała na Uniwersytecie Łódzkim, że posada w WZGS wiąże się z pracą na wsi. Połowa kolegów ze studiów w podobny sposób wymigała się od nakazów pracy.

Zdzisław Wójcik opublikował w 1962 roku krótką analizę zgodności nakazów pracy z kierunkiem studiów ukończonych przez osoby nimi objęte. Badania dotyczyły niektórych absolwentów Wydziału Humanistycznego Uniwersytetu Łódzkiego. Okazało się na przykład, że siedem osób trafiło do szkolnictwa. Jedna absolwentka filologii wylądowała w przemyśle włókienniczym jako referent w dziale zbytu, a dwie zostały zwolnione z nakazów.

Analiza jest zbyt fragmentaryczna, by wyciągać wnioski. Sygnalizuje jednak, że nakazom pracy towarzyszyło sporo biurokratycznego bałaganu.

Komisje przydziału pracy dla absolwentów rozwiązano w 1956 roku. Dziś nie sposób doszukać się w publikacjach naukowych wzmianki o nakazach pracy. Po biurokratycznym systemie, który je wydawał, nie ma też śladu w archiwach.

- Dziś myślę, że nakazy pracy oprócz kierowania na wieś inteligencji do szkół pozwalały władzy mieć kuratelę nad młodymi, wykształconymi ludźmi - mówi doktor Wójcik.

Bat na uchylających się

Kiedy zlikwidowano komisje przydziału pracy, wprowadzono system skierowań. Na uczelniach pojawili się pełnomocnicy do spraw pracy.

25 lutego 1964 roku ukazała się ustawa o zatrudnieniu absolwentów szkół wyższych - powstała pajęczyna zależności, która omotała wszystkich mających ochotę wyrwać się spod kurateli państwa.

Wprowadzono pojęcie "absolwent uchylający się". Chodziło o osobę, która nie zamierzała podjąć pracy w przedsiębiorstwie fundującym jej stypendium w okresie studiów. "Uchylający się" musiał zwrócić przedsiębiorstwu kwotę równą otrzymanemu stypendium i połowie kosztu wykształcenia absolwenta. Podobnie musieli opłacić się "uchylający się", jeżeli otrzymywali stypendia państwowe. W ustawie zapowiedziano, że spłata podlega przymusowemu wykonaniu w trybie egzekucji administracyjnej.

Absolwenci wyższych uczelni wyjeżdżający z kraju na Zachód musieli złożyć weksle albo poręczenia rodziców, że w razie pozostania za granicą ktoś spłaci koszty poniesione przez państwo na ich wykształcenie. Do końca PRL istniał obowiązek pracy, a w połączeniu z krótką uzdą dla absolwentów wyższych uczelni powodowało to, iż mało było szans, by wymigać się od objęcia wyznaczonej przez państwo posady. -



