Byłoby dobrze, gdyby minister Bartoszewski podczas wizyty w USA tyle uwagi, ile Jedwabnemu, poświęcił majątkowym roszczeniom Żydów wobec Polski

Na pięć minut przed pożarem

KRZYSZTOF DAREWICZ Z WASZYNGTONU

Gdy półtora roku temu  do nowojorskiego sądu wpłynął pozew zbiorowy kilkunastu Żydów przeciwko Polsce o zwrot utraconego przez nich  po wojnie mienia, wywołało to w naszym kraju przeważnie negatywne reakcje. 

Ale nawet po ogłoszeniu treści pozwu w "Gazecie Wyborczej" nie doszło do publicznej debaty nad zawartymi w nim zeznaniami Żydów o prześladowaniach, które towarzyszyły próbom odzyskania domów zajętych po wojnie przez Polaków.

W uzasadnieniu pozwu adwokaci wystąpili z twierdzeniem o "planowym" przeprowadzaniu antyżydowskich represji przez polskie władze i posunęli się do porównania ich z nazistowską polityką eksterminacji Żydów. Adam Michnik w "Gazecie Wyborczej" nazwał pozew "zbiorem bezczelnych kłamstw", a adwokatów "łajdakami bez sumienia", którzy "dramat holokaustu postanowili wykorzystać jako okazję do gry sądowej o duże pieniądze". Ale już relacje samych poszkodowanych mogły posłużyć za materiał do rzeczowych analiz lub choćby postawienia głośno pytania, czy Polska jest cokolwiek winna Żydom. Tak się nie stało i pomiędzy retoryką nie znających historii Polski adwokatów a historycznie uzasadnionymi zeznaniami ich klientów postawiono znak równości.

Tymczasem miały miejsce dwie ważne rzeczy. Tak zwani holokaust lawyers, czyli amerykańscy adwokaci żydowskiego pochodzenia zajmujący się dochodzeniem roszczeń ofiar zagłady, "sądową grą o duże pieniądze" i posługujący się retoryką, która w Szwajcarii i Niemczech częstokroć wywoływała oburzenie, doprowadzili do wypłacenia Żydom odszkodowań przez banki szwajcarskie oraz do utworzenia przez Niemcy funduszu rekompensat za przymusową pracę w III Rzeszy. Z tego funduszu dostanie odszkodowania również kilkaset tysięcy Polaków. Ciekawe, czy dziś ktokolwiek nazwałby "łajdakami bez sumienia" mecenasów Melvina Urbacha lub Melvina Weissa, którzy przyczynili się do powodzenia negocjacji ze Szwajcarią i RFN, a jednocześnie reprezentują Żydów występujących z pozwem przeciwko Polsce? Zwłaszcza że ukazali się też "Sąsiedzi" Jana Tomasza Grossa i wielu Polaków dowiedziało się o masakrze w Jedwabnem. Rozgorzała dyskusja o stosunkach polsko-żydowskich, która mogła się wszak już odbyć półtora roku temu, jeśli nie wcześniej.

Jedwabne po raz pierwszy

13 sierpnia 1996 roku dziennik "The New York Times" opublikował list Morlana Ty Rogersa z nagłówkiem "Polacy muszą jeszcze stawić czoło swej powojennej przeszłości". Rogers, którego ponad dwudziestu krewnych zginęło w Jedwabnem, napisał, że mordu dokonali Polacy, podał liczbę ofiar (ponad 1600) i datę 10 lipca 1941 roku. Pisał o spaleniu Żydów w stodole i o pomniku z napisem, że zbrodni dokonali Niemcy. Listu Rogersa nie można było przegapić, gdyż ukazał się obok listu ówczesnego zastępcy ambasadora RP w USA Andrzeja Jaroszyńskiego, który odpowiedział na wysunięte przez Yaffę Eliach oskarżenie, że żołnierze AK zamordowali jej matkę i brata w Ejszyszkach. 

A jednak, choć sprawa Ejszyszek blednie przy skali mordu w Jedwabnem, o tej pierwszej rozpisano się w Polsce szeroko, list Rogersa zaś uznano za antypolską prowokację. "Redakcja uznała za celowe, z jakichś tylko jej znanych względów, umieścić list Ambasady RP między dwoma paszkwilami antypolskimi w formie listów czytelników. Autor jednego z nich ÇodkrywaČ, że w jednej małej miejscowości Çlokalni PolacyČ 10 lipca 1941 roku spalili żywcem 1600 miejscowych Żydów!" - napisała 14 sierpnia 1996 roku "Trybuna". Jej komentator Zygmunt Słomkowski zaś zauważył, iż "nasuwa się przykre podejrzenie, że są kręgi żydowskie w USA, które nie chcą dopuścić do rzetelnego wyjaśnienia wspólnej przeszłości polsko-żydowskiej, dążą do podsycania niezdrowych emocji i wyraźnie starają się sypać piasek w tryby rozwijającego się dialogu polsko-żydowskiego". "Antypolską wymowę" zarzuciła listowi Rogersa korespondentka "Życia" Danuta Świątek, a "Słowo - Dziennik Katolicki" 16 sierpnia 1996 roku przytoczyło za PAP fragmenty "skandalicznego" listu z komentarzem, że są to "kolejne oskarżenia Polaków o antysemityzm". 

Na Rogersa, który usiłował zainteresować Polaków sprawą Jedwabnego na internetowym polsko-żydowskim forum dyskusyjnym, posypały się oskarżenia o "rewizjonizm, faszyzm, szerzenie nienawiści do Polaków" itp.

Taka oto "debata" na temat Jedwabnego i stosunków polsko-żydowskich odbyła się cztery i pół roku temu. W Polsce tak samo wolnej jak dziś, której prezydentem był ten sam Aleksander Kwaśniewski - teraz gotów przepraszać za Jedwabne. "Gazeta Wyborcza" miała zaś tego samego redaktora naczelnego, który teraz opublikował na łamach tego samego "New York Timesa" długi wywód ze słowami: "Kiedy jednak słyszę, że książka Grossa, która ujawnia prawdę o zbrodni, jest kłamstwem wymierzonym przez międzynarodowy żydowski spisek przeciw Polsce, to wtedy rośnie we mnie poczucie winy. 

Te kłamliwe dzisiejsze wykręty są bowiem faktycznym usprawiedliwieniem tamtej zbrodni". W sierpniu 1996 roku ani "Gazeta Wyborcza", ani "Rzeczpospolita" nie wspomniały słowem o liście Rogersa. Dlaczego? Nie wiem. A dlaczego tematu nie podjęły ówczesne władze i politycy, którzy znali tekst listu Rogersa z depeszy PAP i z innych gazet, o raportach sporządzanych przez MSZ nie wspominając? Podobno tematowi wtedy "ukręcono głowę", żeby nie zaszkodził naszym staraniom o członkostwo w NATO. Jeśli to prawda, to niezbyt budująca. Bo gdyby Polska podjęła temat wówczas, a nie dopiero teraz, postawiona pod ścianą przez książkę Grossa, odkryto by w archiwach tyle, ile można odkryć dziś, a przy okazji udowodniłaby, że na prawdzie zależy nam bez względu na to, co napiszą amerykańskie gazety.

Tak więc komuś, kto pamięta losy listu Rogersa, obecne reakcje Polaków na sprawę Jedwabnego mogą wydawać się zastanawiające. Bo cóż takiego zmieniło się w ciągu tych czterech lat w Polsce, oprócz tego, że jesteśmy w NATO? Komuś, kto z kolei przygląda się losom pozwu Żydów przeciwko Polsce, reakcje te wydawać się mogą wręcz zdumiewające. Wygląda bowiem na to, że tylko przyparci do muru i przerażeni tym, "co o nas powiedzą inni", zdobywamy się na wyjęcie głowy z piasku.

Reprywatyzacja  - kwestia niezałatwiona

Od początku obecnej dyskusji o Jedwabnem powtarza się w niej motyw zaniepokojenia, że prawda o masakrze wywoła wzrost antypolskich nastrojów, zwłaszcza wśród amerykańskich Żydów. Podejmujemy więc desperackie wysiłki, żeby temu zapobiec. Służyła temu niedawna wizyta prezesa Instytutu Pamięci Narodowej profesora Leona Kieresa w Stanach Zjednoczonych, służą też listy wysyłane przez ambasadora RP w Waszyngtonie do redakcji pism publikujących materiały na temat Jedwabnego. 

Dokładnie z ukazaniem się książki "Sąsiedzi" na rynku amerykańskim zbiegnie się, raczej nie przypadkiem, wizyta ministra spraw zagranicznych Władysława Bartoszewskiego w Waszyngtonie i Nowym Jorku. Ministrowi towarzyszyć ma spora grupa osób, które tłumaczyć będą przedstawicielom żydowskich środowisk nasz pełny skruchy punkt widzenia na temat Jedwabnego. Godne to pochwały, tyle tylko, że nie bardzo wiadomo, czego chcemy dowieść. Ci Żydzi, którzy szczerze darzą Polskę sympatią, darzyć ją będą nadal i ani Jedwabne, ani wizyty wysokiego szczebla nic tu zasadniczo nie zmienią. Natomiast dla reszty, czyli dla większości, "prawda" o Jedwabnem nie stanowi żadnego szoku czy sensacji, gdyż potwierdza tylko głęboko zakorzenione przekonanie o polskim antysemityzmie i kolaboracji Polaków z Niemcami w czasie holokaustu. Dla tych Żydów, z którymi polskie delegacje się nie spotykają, o wiele bardziej przekonującym gestem pojednania ze strony Polaków, niż słowa żalu i skruchy za Jedwabne, byłoby wyjaśnienie kwestii mienia. Tymczasem właśnie tutaj przepaść staje się coraz szersza.

Pomijam złożoność problemu reprywatyzacji w Polsce. Ale od pojawienia się pozwu zbiorowego Żydów nasze władze zachowują się tak, jakby nie bardzo wiedziały, co z tym fantem zrobić. Tłumaczenie, że wszystko załatwi ustawa reprywatyzacyjna, było wygodnym wykrętem, lecz tylko wykrętem, ponieważ po przyjrzeniu się układowi na naszej scenie politycznej nietrudno było przewidzieć, jaki będzie los ustawy i że szerszej reprywatyzacji jeszcze długo w Polsce nie będzie, jeśli w ogóle zostanie przeprowadzona. Weto prezydenta unicestwiło możliwość powoływania się na ustawę i na razie jedyną reakcją Polski na pozew jest domaganie się od nowojorskiego sądu, by roszczeń Żydów w ogóle nie rozpatrywał. 

Z prawniczego punktu widzenia jest to strategia o tyle uzasadniona, że Polskę jako państwo chroni immunitet suwerenności i amerykańskie sądy teoretycznie nie powinny tu mieć jurysdykcji. Ale taki punkt widzenia nie uwzględnia ani wizerunku Polski w oczach Żydów, na którego ratowaniu tak bardzo się skupiamy z powodu Jedwabnego, ani choćby faktu, że za pozwem stoją ci sami Żydzi, których za Jedwabne chcemy przepraszać.

Rok temu odbyła się przed polskim konsulatem w Nowym Jorku kilkudziesięcioosobowa demonstracja Żydów domagających się zwrotu mienia. Byli wśród nich dawni więźniowie obozów koncentracyjnych, była młodzież z żydowskich szkół, politycy, dziennikarze. Ale drzwi konsulatu były na głucho zamknięte. Nikt do uczestników demonstracji nie wyszedł, nie wysłuchał ich racji, nie przedstawił naszego punktu widzenia. Dotąd też nie podjęto żadnego wysiłku, by z tymi Żydami nawiązać dialog, umożliwić im w Polsce dochodzenie roszczeń, zapoznać z przepisami, przełamać ich uraz do Polski jakimś symbolicznym choćby gestem. Czy dlatego, że jeszcze nikt nie napisał w "New York Timesie" o przeżyciach Żydów, którzy zostali po wojnie przepędzeni przez Polaków ze swych domów?

Dialog, ale z kim?

Losy ustawy reprywatyzacyjnej, w której ostatecznej wersji znalazł się zapis ograniczający prawo do odzyskania mienia wyłącznie do obecnych obywateli RP, tylko utwierdziły Żydów w przekonaniu, że Polska ich dyskryminuje. Zarzut ten zdominował niedawne przesłuchania w Zgromadzeniu Ustawodawczym stanu Nowy Jork, które zorganizowano z inicjatywy Żydów występujących z pozwem przeciwko Polsce. I znów, na sali przesłuchań, i to akurat wtedy, kiedy zabiegano o zneutralizowanie niechętnych Polsce reakcji na tle sprawy Jedwabnego, głosu Polski zabrakło. Naszym władzom nie wypadało wprawdzie wysłać do złożenia zeznań oficjalnych przedstawicieli, gdyż mogłoby to służyć za podstawę do zakwestionowania strategii zasłaniania się "immunitetem suwerenności", lecz gdzie podziali się polscy intelektualiści, historycy, działacze organizacji społecznych? 

Dlaczego znów nie wykorzystano okazji, by głośno i wyraźnie powiedzieć, że nikt w Polsce Żydów nie dyskryminuje, że na reprywatyzację Polski nie stać, że każdy, Polak czy Żyd, ma prawo dochodzić swych roszczeń przed polskim sądem. Może nie wszystkich by to przekonało, ale przynajmniej niektórym pomogło zrozumieć, że to nie Polacy powinni płacić za wojnę, holokaust i komunizm.

W 1996 roku, gdy "New York Times" publikował listy Morlana Ty Rogersa o Jedwabnem i Yaffy Eliach o Ejszyszkach, Ambasada RP w Waszyngtonie wydała oświadczenie, w którym "wyraża zdziwienie, że gdy rząd Polski dąży do wyjaśnienia bolesnych faktów w stosunkach polsko-żydowskich, mogą pojawiać się takie nieuzasadnione oskarżenia". Najważniejszy jest dialog - powtarzamy. Ale jaki i z kim? Z ciągle tą samą grupką lubiących Polskę Żydów?

Właśnie z nimi, reprezentującymi Amerykański Komitet Żydowski, odbyło się niedawno spotkanie w Ambasadzie RP w Waszyngtoinie. W "dialogu" uczestniczyli też przedstawiciele polskich organizacji, głównie młodzieżowych. W jednym z przemówień ktoś z kierownictwa Amerykańskiego Komitetu Żydowskiego wspomniał o wysiłkach, by do polskich podręczników szkolnych wprowadzić więcej faktów związanych z historią polskich Żydów. Słuszny to postulat, tyle tylko, że w "dialogu" powinien obowiązywać ruch dwukierunkowy. Ale postulat, by poprawić podręczniki w żydowskich szkołach w USA, w których Polaków posądza się o zbrodnie i okrucieństwa większe nawet niż Niemców, jakoś się nie pojawił. Dlaczego? Bo "ów" dialog polega dotychczas przeważnie na mówieniu sobie komplementów i nie dociera, niestety, do szkół. "To są inni Żydzi, konserwatywni" - wyjaśnił mi jeden z uczestników spotkania w ambasadzie, członek Amerykańskiego Komitetu. By zaraz dodać, iż "tak prywatnie" też uważa, że "Polacy nie byli w czasie wojny lepsi niż Niemcy".

Skutki uboczne

Nawet jeśli nowojorski sąd uwzględni racje Polski i odrzuci pozew Żydów, prowadzona przez nich kampania i tak zataczać będzie coraz szersze kręgi. Z parlamentów stanowych i z lokalnych mediów piąć się będzie ku szczeblom federalnym i mediom o międzynarodowym zasięgu. Wpisuje się ona bowiem w nowy nurt roszczeń ofiar holokaustu, uruchomiony pozwami przeciw Szwajcarii i Niemcom, a teraz zaczynający obejmować Austrię, Francję i kraje Europy Środkowej. 

Polska, niegdyś największe skupisko Żydów, nie uniknie ani oskarżeń, ani roszczeń, a już tym bardziej teraz, gdy wychodzą na jaw ciemne karty naszej historii, jak Jedwabne. Dlatego owemu "dialogowi", w którym usiłujemy "wyjaśniać bolesne fakty w stosunkach polsko-żydowskich", powinna przyświecać nie tylko zasada ruchu dwukierunkowego, lecz przede wszystkim - tylko z pozoru komiczna - maksyma, iż "straż pożarna powinna zjawić się na pięć minut przed pożarem". Jest to możliwe, gdyż dzięki "Sąsiadom" Jana Grossa w Polsce temat ten przestał być tabu i już dyskutuje się o sprawach polsko-żydowskich bez niedomówień. Jest to również niezbędne dlatego, że kultywowane przez wielu Żydów stereotypy "Polaka antysemity" i "Polaków gorszych od Niemców" książka "Sąsiedzi" i sprawa reprywatyzacji utrwalają. 

Może się to nam nie podobać, ale na takie "skutki uboczne" musimy być przygotowani. Tak jak na to, że mimo zamiarów Romana Polańskiego, który właśnie rozpoczął w Warszawie zdjęcia do filmu "Pianista" według wspomnień Władysława Szpilmana, ma szanse powstać kolejny, po "Liście Schindlera", obraz, z którego znowu będzie wynikać, że Żydów w Polsce w czasie wojny ratowali nie Polacy, lecz "dobrzy Niemcy". O przymiarkach do filmu, który miałby choćby cień szansy na zdobycie takiego światowego rozgłosu jak filmy Spielberga czy Polańskiego, a jednocześnie pokazywał Polaków ratujących podczas holokaustu Żydów, nie słychać.

Minister Bartoszewski będzie prowadził w Stanach Zjednoczonych dialog z przedstawicielami środowisk żydowskich o sprawie Jedwabnego. Byłoby dobrze, gdyby on i towarzysząca mu delegacja przynajmniej tyle wagi i czasu, ile Jedwabnemu, poświęcili kwestii majątkowych roszczeń Żydów wobec Polski. Bez wyraźnego powiedzenia Żydom, na co mogą, a na co nie mogą w tej kwestii liczyć, znajdziemy się bowiem znów w sytuacji z roku 1996 - zmarnowanej szansy na dialog z Żydami o rzeczywistości, zanim zacznie ona skrzeczeć. -



