Argentyńczycy są przekonani, że dotknęli dna - teraz sytuacja może się jedynie zacząć polepszać

Na kłopoty Cavallo

MAŁGORZATA  TRYC-OSTROWSKA

Z BUENOS AIRES

Czy jeden człowiek może wydobyć kraj z recesji gospodarczej i uratować przed krachem finansowym, nie stosując drakońskich metod? Większość Argentyńczyków uwierzyła, iż jest to możliwe, pod warunkiem, że tym człowiekiem będzie Domingo Cavallo, który po kilku latach przerwy znowu jest ministrem gospodarki. Ten światowej sławy ekonomista już odniósł pierwszy sukces: wydobył swych rodaków ze stanu przygnębienia i przywrócił im nadzieję.

Było to bardzo potrzebne. Mieszkańcy Buenos Aires, pytani o wyjście z kryzysowej sytuacji, odpowiadali: Ezeiza. Tak nazywa się międzynarodowe lotnisko. Przed niektórymi europejskimi ambasadami ustawiały się kolejki imigrantów zainteresowanych możliwością powrotu do starej ojczyzny. Najdłuższe - przed placówką hiszpańską. Ale w godzinach urzędowania naszego konsulatu poczekalnia również była pełna osób, które przyszły się dowiedzieć o warunki uzyskania obywatelstwa polskiego lub złożyć dokumenty. Wiele z nich przywiodła tu świadomość, że wejście Polski do Unii Europejskiej da im szanse, o których nie mogą marzyć jako Argentyńczycy.

Gra va banque

Co stanie się, jeśli mąż opatrznościowy zawiedzie pokładane w nim nadzieje? "Nie poniesiemy porażki. Jestem o tym całkowicie przekonany. Domingo Cavallo to człowiek wszechstronnie utalentowany: świetny ekonomista, mąż stanu, intelektualista, osoba o ogromnym doświadczeniu" - przekonywał mnie z entuzjazmem współpracownik ministra Jos Luis Fernandez Valoni, reprezentujący w Kongresie partię Cavallo - Akcja na rzecz Republiki. Można było odnieść wrażenie, że jest się nie w biurze deputowanego ugrupowania zajmującego trzecie miejsce w izbie niższej parlamentu, ale w sztabie wyborczym kandydata, który wygrał wybory prezydenckie. 

Podejmując się zadania na pozór niewykonalnego, minister rzucił na szalę nie tylko własny autorytet, ale i przyszłość partii, którą założył w 1997 roku, po odejściu z rządu. Fernandez Valoni nie ma jednak wątpliwości, że Akcja na tym zyska. "Cavallo udowodnił, że potrafi sterować okrętem podczas burzy" - zauważył.

Klimat, w którym superminister rozpoczął w marcu ratowanie kraju, był dla niego pod każdym względem przychylny. Większość Argentyńczyków udzieliła mu kredytu zaufania. Wiarę w sukces jego planu uzdrowienia finansów i ożywienia gospodarki deklarowała ponad połowa ankietowanych. Banki i przedsiębiorstwa stanęły za nim jak jeden mąż. Międzynarodowe instytucje przyjęły wejście Cavallo do rządu z ulgą. Parlament błyskawicznie zaakceptowały pierwsze decyzje ministra i dały mu wolną rękę do podejmowania dalszych, bez zgody Kongresu. W ciągu kilku dni Cavallo zdołał przekonać związki zawodowe, by zrezygnowały ze strajku generalnego, który miał sparaliżować kraj.

Mingo model 2001

54-letni Domingo Cavallo, dla przyjaciół "Mingo", doktor nauk ekonomicznych Uniwersytetu Harvarda, w latach 90. był jednym z najbardziej szanowanych w świecie ministrów gospodarki. W ciągu pięciu lat sprawowania funkcji (1991-96) sprowadził czterocyfrową inflację poniżej jednego procentu. Postawił znak równości między peso i dolarem. Przywrócił wiarygodność finansową Argentyny, otworzył ją dla zagranicznych inwestorów, sprywatyzował większość przedsiębiorstw.

Podczas gdy międzynarodowe instytucje finansowe wysławiały go pod niebiosa, w Argentynie Cavallo stawał się jednak coraz bardziej niepopularny. Jednym z efektów prywatyzacji były masowe zwolnienia. Część zysków szła na spłatę zadłużenia. Nie powstawały nowe miejsca pracy. Eksporterzy zaczęli traktować zrównanie peso z dolarem jako kulę u nogi. Bezrobocie przekroczyło 18 procent i było największe w skali dekady. Coraz częściej dochodziło do protestów pracowników nieotrzymujących od miesięcy wynagrodzeń i emerytów.

Ale nie to przesądziło o odejściu Cavallo z rządu peronisty Carlosa Menema. Minister zaczął publicznie mówić, że współpracownicy szefa państwa to wielka mafia, a skorumpowane instytucje, w tym parlament, uniemożliwiają mu realizację reform.

Ani Menem, ani Cavallo zdają się dziś nie pamiętać tego burzliwego rozstania. Zapotrzebowanie na cud gospodarczy jest tak duże, że również opinia publiczna zapomniała, iż Cavallo był oskarżany o korupcję, że zezwolił na nielegalną sprzedaż broni do Chorwacji (w czasie wojny na Bałkanach) i do Ekwadoru (podczas jego konfliktu granicznego z Peru), że niektóre jego wypowiedzi porażały cynizmem i arogancją. - Na skargi sędziwych ludzi, iż z 200 peso emerytury nie sposób wyżyć, odpowiedział, że jego własna matka nie dostaje więcej. Zarzut, iż zarabiając 10 tysięcy peso, nie jest w stanie zrozumieć dramatyzmu sytuacji, kwitował stwierdzeniem, że ludzie nie mają pojęcia, ile kosztują go szkoły dzieci - wspominają ci, których nie dotknęła amnezja.

Być może z tego powodu w wyborach prezydenckich 1999 roku Cavallo odniósł mierny sukces, a zwycięstwo przypadło w udziale Fernando de la Rui, reprezentującemu centrolewicowy sojusz Obywatelskiej Unii Radykalnej (UCR) i Frontu Solidarnego Kraju (FREPASO). 

Jednak gdy kraj stanął na krawędzi przepaści, de la Rua nie znalazł innego wyjścia jak scedowanie części władzy na jedynego człowieka zdolnego powstrzymać odpływ inwestycji i kapitału z Argentyny. Arogancki minister zmienił się zresztą z dnia na dzień nie do poznania. Stał się nagle grzeczny, układny, pojednawczy. - Rozpoczął kampanię przed wyborami prezydenckimi w roku 2003 - komentowali argentyńscy dziennikarze, którzy nie nazywają go inaczej jak "nowy Cavallo" albo "Cavallo model 2001.

Nad przepaścią

Problemy, z jakimi boryka się Argentyna, to efekt kryzysu, który rozpoczął się w roku 1998. Tutejszych producentów dobiła dewaluacja reala (1 stycznia 1999 roku) w sąsiedniej Brazylii, która wchłaniała 30 procent argentyńskiego eksportu. Drogie argentyńskie wyroby stały się niekonkurencyjne. W efekcie w roku 2000 Argentyna miała ujemny wzrost gospodarczy (minus 0,5 procent) i ponadpiętnastoprocentowe bezrobocie. Towarzyszył temu wzrost deficytu budżetowego i zadłużenia zagranicznego oraz ucieczka rodzimego kapitału. Małe i średnie przedsiębiorstwa zaczęły podupadać. Producentów mięsa dobiło pojawienie się w Argentynie pryszczycy.

Według Fernandeza Valoniego kryzys ma korzenie polityczne. "Nasza partia przygotowała się do rządzenia, ale nie była dość skuteczna, by wygrać w roku 1999 wybory. Natomiast ci, którzy byli przygotowani do wygrania wyborów, nie przygotowali się do rządzenia" - twierdzi.

Problemy związane z zadłużeniem i deficytem budżetowym dawały o sobie znać - podkreśla - już podczas drugiej kadencji Menema. Aby utrzymać władzę, peroniści wychodzili naprzeciw żądaniom prowincji i różnych grup społeczeństwa, co doprowadziło do zahamowania modernizacji i rozwoju. Część zysków z prywatyzacji trafiła na prywatne konta za granicą.

"Zmieniono ustawodawstwo, doprowadzając do anachronicznych rozwiązań, które utrudniły tworzenie nowych miejsc pracy. To samo dotyczy podatków. Mimo ostrzeżeń osób takich jak Cavallo rząd Fernando de la Rui zaczął od popełniania kolejnych błędów, na przykład od redukcji płac w sferze budżetowej. W ten sposób zaprzepaszczono pozytywne efekty reform" - konkluduje deputowany.

Nie brak jednak także głosów, że odpowiedzialności za obecną sytuację nie można zrzucać wyłącznie na rządy Menema i de la Rui.

"Wymień jakiś produkt argentyński" - prosili znajomi Argentyńczycy. Nie chodziło im o tango, wino, mięso, ale o markę produktu przemysłowego. "Poza rolnictwem Argentyńczycy nie zdołali wyprodukować żadnych konkurencyjnych towarów" - ubolewali. Stąd ich zdaniem wzięły się obecne problemy. Kraje rozwinięte same wytwarzają żywność, w dodatku chronią własne rynki. Argentyna nie może sobie natomiast pozwolić na dopłaty do produkcji i eksportu. Efekt jest taki, że w Buenos Aires w Auchanie czy Carrefourze zagraniczne artykuły spożywcze są często tańsze od argentyńskich.

Dla Argentyny wybiła godzina prawdy. Przeszła ona najgorsze obawy. "Nasz kraj pożycza za granicą 11 miliardów dolarów rocznie, aby móc funkcjonować" - oznajmił grobowym tonem prezydent. Dodał, że państwo nie jest w stanie dłużej wytrzymać takiego stanu rzeczy. "Czy wiesz, że każdy Argentyńczyk przychodzi na świat z ponad czterema tysiącami dolarów długu?" - pognębiały społeczeństwo media. Zadłużenie Argentyny przekracza 150 miliardów dolarów.

Spory na bok

Na początku marca de la Rua mianował nowego ministra gospodarki. Został nim Ricardo Lopez Murphy. Sprawował funkcję dwa tygodnie, do chwili, gdy ogłosił program uzdrowienia finansów. Sprowadzał się on do cięć budżetowych (4,5 miliarda peso, tyleż dolarów, do końca 2002 roku). Oszczędzać chciał przede wszystkim na oświacie. Koła finansowe i świat biznesu przyklasnęły jego zamiarom. Ale związki zawodowe zapowiedziały strajk generalny, a studenci zaczęli blokować ulice. Do dymisji podali się ministrowie rozwoju społecznego oraz spraw wewnętrznych i kilku sekretarzy stanu. "Lopez Murphy przyszedł, zobaczył i odszedł" - żartowali Argentyńczycy. Nie on jeden. W marcu przyszło do rządu lub z niego odeszło 21 ministrów i kilkunastu sekretarzy stanu.

Na pytanie, czy Cavallo planuje cięcia, jego współpracownik odpowiada, że owszem, ale "będą one dotyczyły wyłącznie przemytników, oszustów podatkowych i łapówkarzy". Nowy minister spodziewa się szybkiego zapewnienia wypłacalności państwa oraz możliwości wywiązywania się z międzynarodowych płatności i przywrócenia zaufania inwestorów. To powinno doprowadzić do ponownego wzrostu. Obiecał, że utrzyma parytet peso wobec dolara. Zamierza uprościć system podatkowy. Od kwietnia wpłaty na konta bankowe i wypłaty są opodatkowane (0,25 procent). Rząd ma nadzieję zwiększyć w ten sposób budżet o dodatkowe dwa, trzy miliardy peso. Operacje finansowe opiewające na sumę większą niż 1000 peso nie mogą być realizowane w gotówce. To powinno utrudnić korupcję. Drugi cel Cavallo to ratowanie przedsiębiorstw. Chce to osiągnąć poprzez obniżenie kosztów produkcji o około 20 procent (mniejsze podatki, tańsze kredyty). Producenci mają się zaś zobowiązać do zwiększania produkcji i tworzenia nowych miejsc pracy. Wspieraniu rodzimej produkcji i wzrostowi konkurencyjności argentyńskich towarów ma służyć polityka celna (wzrost ceł na gotowe towary konsumpcyjne, spadek ceł na dobra inwestycyjne). Cavallo musiał obiecać, że nie będzie ani redukcji płac i emerytur, ani zwolnień.

Parlament poparł go rekordowo szybko. To już zasługa prezydenta, który zdołał zyskać poparcie wszystkich sił politycznych dla programu ratowania państwa. Powierzając główną rolę człowiekowi spoza koalicji rządzącej, de la Rua dowiódł, że nie brak mu odwagi i że przedkłada interesy państwa nad interesy własnej partii - mówią jedni. - Pozwala Cavallo wypić piwo, którego nawarzył - komentują inni, przekonani, że gdyby "Mingo" nie wszedł do rządu, to odejść musiałby prezydent. W ciągu tygodnia - mówią - Cavallo zrobił więcej niż de la Rua w ciągu roku. 

Cierpliwość ma granice

Wielu ludzi nie wierzy jednak w ani jedno słowo Cavallo, a jego powrót do rządu uważa za dowód zakłamania. Ich zdaniem obecny establishment jest równie skorumpowany jak poprzednie, a parlamentarzystów i przywódców związkowych można namówić do wszystkiego pod warunkiem, że się im zapłaci. "Prezydent mówi o kryzysie tak, jakby to była klęska żywiołowa, a nie efekt złego zarządzania" - zauważył nie bez racji jeden z moich rozmówców.

Studenci, z którymi rozmawiałam na Wydziale Prawa i Nauk Społecznych uniwersytetu w Buenos Aires, obawiają się, że wcześniej czy później Cavallo dobierze się do budżetu uczelni.  "Zachowaliśmy pełną mobilizację" - podkreślali. Przed Ministerstwem Gospodarki koczują bezrobotni. Zbierają datki do plastikowych kubków. Przed firmami zgłaszającymi chęć przyjęcia pracowników od rana ustawiają się kolejki. W jednej z nich widziałam samych młodych przystojnych mężczyzn w ciemnych spodniach, niebieskich koszulach i krawatach... ?

Ines, która samotnie wychowuje kilkumiesięczne dziecko, płaci za 50-metrowe mieszkanie w nie najgorszej, ale też nie najbardziej szykownej dzielnicy Buenos Aires 125 peso komornego. Dochodzą do tego uiszczane co dwa miesiące opłaty: za światło (średnio 50 peso), wodę (25 peso), gaz (tylko 16 peso, bo mało gotuje), opłaty miejskie (28 peso za utrzymanie ulic, chodników, oświetlenie, wywóz śmieci itp.), telefon (ponad 100 peso, bo ma Internet). Bilet autobusowy kosztuje 80 centavos. Za najtańszy żłobek dla synka zapłaciłaby 70 peso miesięcznie, gdyby musiała go tam posłać. W porównaniu z opłatami na jedzenie wydaje mało: 40 peso tygodniowo. Przyznaje, że mogliby wyżywić się za 30.

Ines nieźle zarabia. Ale miesięczne dochody połowy Argentyńczyków nie przekraczają 500 peso, a jedna trzecia żyje w ubóstwie. Wielkie Buenos Aires, które liczy około 13 milionów mieszkańców, obrasta nowymi osiedlami nędzy, budowanymi przy drogach wylotowych z materiałów, jakie można znaleźć na śmietniskach. W upalne dni bucha stamtąd trudny do opisania odór rozkładających się resztek, który wdziera się do samochodów i przez długi czas towarzyszy przejezdnym. Przestępczość przybiera coraz bardziej brutalne formy. Zmniejsza się suma, dla której warto zabić. Ci, którzy zamiast kraść, czy zabijać, wolą wyciągać na skrzyżowaniach rękę do przechodniów i kierowców, doczekali się zagranicznej konkurencji - w Buenos Aires pojawili się rumuńscy Cyganie... -


