Polemiki Artystyczny eksperyment stał się dla wielu kozłem ofiarnym, tematem zastępczym, pozwalającym wyładować napięcia i frustracje 

W obronie wartości czy interesów

RYS. MICHAŁ  KORSUN

MONIKA MAŁKOWSKA

Pewnie jestem w mniejszości, ale cieszę się ze "skandali" w Zachęcie. Społeczeństwo wreszcie zajęło stanowisko wobec sztuki współczesnej. Przedtem też było wiadomo, że to, co w plastyce zdarzyło się po impresjonizmie, dla większości jest niezrozumiałe, czyli obojętne. Jednak niedawne zajścia wyzwoliły u wielu niegdyś obojętnych agresję. 

Dla wielu artystyczny eksperyment stał się kozłem ofiarnym, tematem zastępczym, pozwalającym wyładować napięcia i frustracje spowodowane zupełnie innymi czynnikami, najogólniej zwanymi trudem życia. Ale od ludzi świadomych, kontrolujących własne emocje można się było spodziewać reakcji bardziej wyważonych, większego otwarcia na dyskusję. Co najdziwniejsze, do napastników dołączyli ludzie z pozoru światli, w dodatku niekiedy profesjonalnie związani ze sztuką. 

Wywołane przez wydarzenia w Zachęcie, pojawiły się też tematy oboczne. Na przykład, czy państwo powinno dotować twórczość, której nie aprobuje społeczeństwo. Do tego problemu, zasygnalizowanego tekstem Macieja Rybińskiego "Sztuka nie za własne pieniądze" ("Rz" z 23 lutego 2001), ostatnioodniósł się Jan Michalski ("Rz" z 4 kwietnia 2001), krytyk sztuki związany z krakowską Galerią Zderzak. Niestety, autor nie jest obiektywny.

Duch Żdanowa

Tam, gdzie czytelnik oczekiwałby precyzyjnego wyłożenia racji, Michalski wykpiwa się ogólnikami, brzmiącymi wielce niepokojąco. "Państwo nie powinno produkować dzieł sztuki oprócz tych, które dobrze służą jego propagandzie"; "Jednostki państwowe: galerie, muzea, instytuty, uczelnie, muszą być wzorem komunikatywności i lojalności w stosunku do obywateli, powinny budować więź społeczną wbrew woli wyalienowanych jednostek" - to nie cytaty z przemówienia Żdanowa czy wystąpień ideologów nazistowskiego "Kampfbundu", to słowa Jana Michalskiego. 

Krytyk nie życzy sobie w państwowych galeriach żadnych kontrowersji, a szefom narodowych placówek zaleca, aby "troszczyli się o ład społeczny i w żadnym razie nie wywoływali zgorszenia wspólnot religijnych, mniejszości i większości". A wydawało się, że jedynie słuszna doktryna artystyczna, służąca totalitarnym systemom, należy do strachów przeszłości.

Mówiąc serio - Michalski chyba zapomniał, że gdy jakaś władza usiłuje odgórnie sterować sztuką - ta wówczas trupieszeje. W tym samym czasie twórczość żywa, nie poddająca się nakazom i zakazom, chroni się w podziemiach lub szufladach. "Kiedy sztuka podporządkowana jest państwu, wtedy także życie jest przytłumione. Bardziej niż w jakiejkolwiek innej epoce żywa sztuka stanowi dziś wyraz wolności, a wolność przejaw życia" - zauważył pół wieku temu Michel Seuphor, belgijski malarz i teoretyk. Kontrowersji wokół sztuki nie da się uniknąć, jeśli artyści chcą powiedzieć (czyli pokazać) coś o otaczającym ich świecie, używając nowego języka; kiedy chcą zwrócić uwagę na sprawy eliminowane z nurtu oficjalnego, popieranego przez państwo. Często łączy się to z przełamywaniem stereotypów estetycznych, odejściem od popularnego "dobrego smaku". Tak było zawsze, nie tylko dziś.

Inna sprawa, czy w ogóle może istnieć na świecie muzeum bądź galeria sztuki współczesnej, gdzie każda wystawa satysfakcjonowałaby wszystkich obywateli? Michalski ma wizję wzorcowej państwowej instytucji sztuki. Jego zdaniem "w państwowych jednostkach kultury i pod opieką wykwalifikowanych urzędników obywatel ma prawo czuć się jak nigdzie indziej - jak w raju przed upadkiem pierwszych rodziców". Michalski podaje dwa nazwiska, które ten luksus mogłyby widzom zapewnić i które uważa za godne narodowej galerii: Cybisa i Gierowskiego. 

Przypomnę, że przeglądy dorobku tych malarzy miały miejsce w ostatnich latach w Zachęcie - czyżby więc ta galeria choćby w niewielkiej części programu zbliżała się do ideału? Warto też dodać, że gdy Zachętą kierowała "kontrowersyjna" Anda Rottenberg, odbyły się tam jeszcze retrospektywy Nowosielskiego, Cieślewicza, Tarasina, Wróblewskiego, Szapocznikow, Nachta-Samborskiego i innych mistrzów. Ale monografie, nawet najciekawiej zrobione, wcale nie cieszą się powodzeniem! Jeśli za podstawę przy wartościowaniu wystaw uznać frekwencję, to najlepsze są pokazy fotografii prasowej (World Press Photo, zdjęcia zdjęte przez peerelowską cenzurę) lub ekspozycje ciekawostkowe, jak "Szare w kolorze". 

Chyba nie są to zalecane przez Michalskiego "wartości, co do których wśród wszystkich obywateli panuje zgoda, niezależnie od poglądów politycznych"? Według niego takie wartości to niepodległość, wolność, prawo własności. O te właśnie zabiegali swoimi pracami niektórzy artyści, najczęściej ci, którym zarzuca się "kontrowersyjność". Natomiast obecnie, w dobie demokracji i urynkowienia, twórcy zwracają uwagę na różnego typu zło tym wartościom zagrażające. Ale że swoim poglądom dają wyraz językiem metaforycznym, większość (w tym Michalski) ocenia ich jako "bluźnierców, obrazoburców, świętokradców, szyderców i CjajarzyČ".

Bez kontrowersji

Może warto zastanowić się, dlaczego słusznie wyróżniona przez Michalskiego, wyjątkowej urody retrospektywa Stefana Gierowskiego straszyła pustymi salami? Bo choć należy do klasyki, to malarstwo jest elitarne - wymaga nie tylko wyrobionego smaku, również innych zalet umysłu i charakteru, o których trudno mówić z kimś, kto jest ich pozbawiony. "Trzeba być zżytym z językiem współczesnego malarstwa, by móc dostrzec jego prawdziwe piękno", pisał pół wieku temu Robert Motherwell, jeden z najwybitniejszych amerykańskich abstrakcjonistów. "Jeszcze trudniejszą rzeczą jest dotarcie do jego postaw etycznych. To sprawa sumienia. Bez świadomości moralnej malarz jest tylko dekoratorem".

Ta prawda dotyczy całej sztuki - ale nie sposób jej udowodnić. To trzeba odczuwać. Publiczność ma prawo nie umieć odróżniać prac dekoracyjnych, efektownych, acz pustych, od wartościowych - lecz powinna wiedzieć, że w prestiżowych galeriach spotka się z tym drugim gatunkiem. Czy tak się stanie, także zależy od postawy etycznej - w tym przypadku osób kształtujących program. Może się zdarzyć, że szeroka widownia odbierze niektóre pokazy jako kontrowersyjne czy niezrozumiałe. 

Jednak zanim posądzi autorów o szyderstwo czy "jajcarstwo", powinna dowiedzieć się, czym motywowali się w pracy. I tu jest jedyny punkt, w którym mogę się z Michalskim zgodzić: "Opinia publiczna powinna być wcześniej uprzedzona i dokładnie poinformowana o rodzaju kontrowersji, która mogłaby wystąpić, oraz o tym, w jakim celu wystawa lub dzieło są prezentowane, aby obywatel nie stracił zaufania do instytucji wyższej użyteczności publicznej, która decyduje się na tak ryzykowny krok, a ponadto był pewny, iż podejmuje się go dla jego dobra".

Mówiąc mniej urzędowym językiem, krakowski krytyk zaleca edukowanie społeczeństwa w zakresie nowoczesnej sztuki. Pytanie tylko, jak to zrobić? Przy CSW działają różne pracownie rozwijające wrażliwość i wyobraźnię, przy Zachęcie i Zamku Ujazdowskim prowadzone są kursy i wykłady, udostępniane są biblioteki, wideoteki, filmoteki. Jeśli ktoś ma ochotę, może z nich korzystać, na ogół są gratisowe lub za niewielką opłatą. Tymczasem większość sądzi, iż dobra sztuka to ta, której odbiór nie wymaga żadnego wysiłku, i nawet nie dopuszcza myśli, że sztuki trzeba się uczyć. Przeciwnie - ludzie przyznają się do ignoracji w dziedzinie plastyki z dumą. Jakby to była zaleta.

Krakowski Kali

Poglądy krakowskiego autora na temat sztuki współczesnej, jego własne wybory są wyrażone dziwnie nieostro. W kilku miejscach Michalski wysuwa sprzeczne argumenty, jakby polemizował sam ze sobą. Najpierw prezentuje się jako pracownik galerii, "która w latach 90. była największym prywatnym producentem ambitnej młodej sztuki". Zaraz obok pisze, że w tym samym czasie w państwowych muzeach "popierano nonkonformizm i tworzono specyficzną cieplarnię dla młodych artystów". Oto przykład dialektyki Kalego: jeśli coś prezentowane było w Zderzaku, to dobrze, jeśli to samo wystawiano w CSW czy Zachęcie - to źle.

Michalski wskazuje na monopolistów na polskim plastycznym rynku, Zachętę i Centrum Sztuki Współczesnej-Zamek Ujazdowski, jako na źródło degrengolady współczesnej sztuki. Wokół tych instytucji "tworzą się żerowiska miernot, które łączą się w grupy nacisku i ustanawiają własne, zaniżone kryteria (É) Młodzi artyści produkują pod CSW - zalew gadżeciarstwa to obfity plon działalności kuratorów CSW". Z gustami się nie dyskutuje, ale ta wypowiedź dowodzi, że autor ma poważne problemy z tożsamością lub początki schizofrenii: w wielu przypadkach twórcy, którzy "zalewają gadżetami" CSW, należą też do "stajni" Zderzaka. Wymienię kilku młodych, a już znanych i wywołujących kontrowersje: Piotr Jaros, Marta Deskur, Robert Rumas, Grzegorz Sztwiertnia, Wilhelm Sasnal. Ze starszych można wspomnieć Edwarda Dwurnika, Jarosława Modelewskiego, Marka Sobczyka - to wszystko artyści obecni wystawami w Zderzaku.

Kolejny zarzut stawiany stołecznym placówkom jest jeszcze bardziej kuriozalny. "Warszawskie instytucje centralne wysysają rynek. Czy ktoś słyszał o środowisku poznańskim albo wrocławskim? Od dawna nikt o nim nie słyszał - artyści z tych środowisk nie mają szans na zdobycie środków produkcji" - peroruje krakowski autor. W Zachęcie i CSW wystawiają twórcy z całej Polski, kuratorzy tych galerii zadają sobie trud penetrowania wszystkich środowisk pozawarszawskich, wyławiają młode talenty, dają szanse zarówno mistrzom z prowincji, jak debiutantom. Nie miejsce tu na wyliczankę, ale zainteresowanym służę dokładnymi danymi.

Na koniec Jan Michalski zarzuca jednemu z polskich muzeów narodowych manipulacje przy zakupach dzieł do zbiorów. Przemilcza, o jaką instytucję chodzi - rodzaj dyskrecji, która podstępnie psuje powietrze. Wyjaśniam więc: chodzi o stołeczne Muzeum Narodowe. Krakowskiego krytyka oburza, że kurator placówki nie chciał kupić od Zderzaka dzieła za proponowaną przez galerię cenę. Znów uściślam: Dorota Monkiewicz, kuratorka wystawy "Na wolności/w końcu. Sztuka polska po 1989 roku", prezentowanej obecnie w Muzeum im. Dunikowskiego, a mająca premierę w grudniu ubiegłego roku w Baden-Baden, odmówiła zakupu instalacji Piotra Jarosa za sto tysięcy złotych. Była to kwota nierealna - budżet muzealny na zakupy nie istnieje, za każdym razem trzeba zdobywać pieniądze od sponsorów, co nie jest chyba dla Michalskiego, człowieka z branży, żadnym sekretem. Chyba oczywiste, że kuratorzy poszukują jak najkorzystniejszych transakcji. W dodatku inni znani autorzy (m.in. Kozyra i Althamer), nie związani ze Zderzakiem, oferowali muzeum prace za kwoty dziesięciokrotnie niższe.

Jak zawsze, gdy nie wiadomo, o co chodzi - chodzi o pieniądze. 


