Na okrętach Marynarki Wojennej RP przemycano alkohol

Spirytus zamiast min

FOT. MACIEJ PIĄSTA

MICHAŁ STANKIEWICZ

Według byłych żołnierzy, którzy odbywali służbę zasadniczą w Świnoujściu, na powracających z rejsu do Niemiec okrętach przewożono ogromne ilości alkoholu. Wszystkim kierowała kadra oficerska. Dwa lata temu w trakcie jednego z takich rejsów w niejasnych okolicznościach zginął marynarz.

Do Polski na okrętach miała wędrować dobrej jakości wódka, spirytus, whisky, koniak, likiery. Alkohol przewożony był w zamkniętych pomieszczeniach pod pokładem. Kadra oficerska dokonywała zakupów i organizowała przemyt. Młodzi marynarze - jak to w wojsku - byli tylko wykonawcami poleceń. Potem, już w Świnoujściu, oficerowie wywozili samochodami z jednostki zakupione towary. Interes kręcił się, a ryzyko wpadki było, jak się okazuje, niewielkie, gdyż służby celne i Straż Graniczna nie są uprawnione do kontroli okrętów wojennych. Mogłyby to robić tylko za zgodą Ministerstwa Obrony Narodowej.

- Kilka razy widziałem skład alkoholu na terenie jednostki - mówi "Rz" Rafał Wnuk, były żołnierz VIII Flotylli Obrony Wybrzeża w Świnoujściu, dzisiaj funkcjonariusz policji. - Jak okręty przypływały z Estonii czy Niemiec, to widziałem parkujące koło nich samochody oficerów. Do samochodów ładowano alkohol, po kilkanaście kartonów.

Spirytus porucznika W.

Mimo że ryzyko kontroli flotylli było minimalne, wpaść przecież mogli cywilni nabywcy alkoholu. Możliwe, że według takiego scenariusza rozegrały się wydarzenia w nocy 14 sierpnia 1999 roku. Wtedy jeden z mieszkańców Świnoujścia zauważył z okna swojego mieszkania, jak trzech podejrzanie wyglądających mężczyzn wynosi z sąsiedniego budynku kartony i pakuje je do samochodu. Zawiadomił policję. Okazało się, że w kartonach było 245 litrów spirytusu "Royal Feinspiryt" bez akcyzy. Ekipą kierował Robert Ł., pracujący na co dzień jako inspektor urzędu skarbowego. Pozostali dwaj byli kolegami pomagającymi ładować towar. Przesłuchiwany Robert Ł. zeznał, że spirytus kupił od kolegi - porucznika VIII Flotylli Mariusza W.

- Przyjeżdżałem do Świnoujścia kupować alkohol na promach wolnocłowych, ale Mariusz, który był moim kolegą z wojska, obiecał któregoś dnia większą ilość - wyjaśniał inspektor.

Według jego relacji miał zapłacić za całość pięć tysięcy złotych. Porucznik Mariusz W. nie przyznał się do handlu alkoholem i zarzucił Robertowi Ł. pomówienie. Każdy obstawał przy swojej wersji. Ostatecznie sąd uznał winę obydwu mężczyzn i skazał inspektora Roberta Ł. na cztery tysiące złotych grzywny, a Mariusza W. na tysiąc złotych. Nie udało się jednak ustalić, skąd porucznik wziął spirytus.

Oficer wciąż pracuje w jednostce. Chociaż dowództwa flotylli nie interesuje, co podwładni robią po godzinach pracy, oficer prasowy flotylli komandor Piotr Andrzejewski zna sprawę: - Wiem, że taka sytuacja miała miejsce. Źródło tego alkoholu nie było znane i mógł go kupić na statkach białej floty. Uważam, że oficerowie zarabiają tyle, że nie muszą się trudnić pokątnym handlem spirytusem.

W takim przypadku nie stosuje się żadnego wewnętrznego postępowania: - To nie było związane z pracą wojskową. Nie ma więc podstaw do postępowania dyscyplinarnego. Chyba że na przykład pojedzie samochodem w stanie nietrzeźwym i kogoś zabije - mówi komandor Andrzejewski.

Stracił równowagę

Cztery dni po nocnej wpadce znów pojawił się temat alkoholu. W trakcie powrotnego rejsu z Niemiec za burtę trałowca ORP "Drużno" wypadł marynarz, dwudziestojednoletni Grzegorz W. Zarządzona szybko akcja ratunkowa nie powiodła się. Mimo udziału innych okrętów, także niemieckich, polskich statków, samolotów i śmigłowców, marynarza nie odnaleziono. Prokuratura Wojskowa w Poznaniu podjęła śledztwo. Zeznawali kolejno wszyscy członkowie załogi "Drużna", także niektórzy z towarzyszącego mu ORP "Wicko".

- Około szóstej rano Grzegorz W. otrzymał od oficera rozkaz zmycia pokładu w celu usunięcia wymiocin. Marynarz zwrócił się do dyżurnego elektryka z prośbą o włączenie pompy. Potem na pokładzie zaczął podłączać wąż. Widział to z góry sygnalista. Grzegorz W. stanął koło miejsca, w którym podczas postoju w porcie podstawia się trap (schody - red.). W trakcie rejsu miejsce to jest zabezpieczone jedynie dwoma sznurkami. W pewnym momencie schylił się, okrętem bujnęło i wypadł za burtę. Już się nie wynurzył - streszcza zeznania załogi prokurator prowadzący śledztwo, kapitan Waldemar Praszczyk.

Wszystko wskazywało więc na wypadek. Jednak półtora miesiąca po tragedii pojawiły się nowe okoliczności. Morze oddało ciało. Znalazła je duńska policja na jednej z plaż niedaleko Kopenhagi. Przeprowadzono sekcję, której wyniki były zaskakujące - anatomopatolog znalazł na krtani marynarza ranę - która mogła pochodzić od uderzenia tępym narzędziem. Kolejne dwie sekcje przeprowadzone w Kopenhadze i Szczecinie nie wykazały już rany, ale też jej nie wykluczyły. We krwi marynarza stwierdzono jednak alkohol - ponad 0,6 promila. Według oceny prokuratury wystawionej na podstawie opinii biegłych - to normalne zjawisko u topielców. Śledztwo umorzono.

Rodzina Grzegorza nie pogodziła się jednak z takim zakończeniem sprawy. - Tuż po śmierci zaczęły się anonimowe telefony, od kolegów, że wojsko chce sprawę zatuszować, że to nie był zwykły wypadek - wspomina siostra Agnieszka. - Mówili, że na okręcie była libacja alkoholowa. Sporo osób się upiło, także oficerowie. Co więcej, okręt przewoził dużo alkoholu. Niektórzy wspominali, że mój brat zginął, bo żartował przy kadrze, iż zadzwoni do Polski, mówiąc, że przemycają alkohol.

Wszystko zgłosiła prokuraturze. Ponownie wszczęto śledztwo. Nic nowego jednak nie wniosło.

- Żaden marynarz nie chciał mi potwierdzić tych informacji. Nic nie wiedzieli o alkoholu - mówi kapitan Praszczyk.

Śledztwo umorzono więc drugi raz.

Nie było dyscypliny

Od tamtych wydarzeń minęły dwa lata. Ich uczestnicy, odbywający wtedy służbę zasadniczą, przeszli do cywila.

Odnalezienie byłych marynarzy nie jest łatwe. Mieszkają w różnych częściach Polski. Rozmawiają nieufnie i niechętnie. Po wielu próbach zgodzili się wyjawić "Rzeczpospolitej", co naprawdę wydarzyło się na okręcie. Opowiedzieli o śmierci Grzegorza W. i o alkoholu.

Kiedy zdarzyła się tragedia Stanisław Dobrowolski pełnił wachtę na wyższym pokładzie. Jest jedynym naocznym świadkiem.

- Stracił równowagę, próbował chwycić się relingu (barierki wokół pokładu - red.), ale mu się nie udało i wypadł. Nie krzyczał, nie machał rękoma - opowiada były sygnalista Dobrowolski. Wspomina, że widział kolegę kilka godzin wcześniej. - Nie był w stanie wejść na GSD (punkt dowodzenia - red.), był zmęczony, prawdopodobnie wcześniejszą imprezą.

Moment, w którym spadał W., zauważył Rafał Szkiela, hydroakustyk z sąsiedniego okrętu, pełniący wtedy wachtę jako sternik.

- Zobaczyłem, jak coś niebieskiego wypada za burtę. Leciało jak worek, bezwładnie, bez żadnego ruchu.

Wspomniana wcześniej impreza odbyła się na pożegnanie wspólnych ćwiczeń. Dwa polskie okręty i niemiecki złączyły się burtami na morzu.

- Niemcy mieli beczki z piwem i polewali, były ławeczki, grill. Kadra też piła - opowiada Bartosz Krzemiński, członek załogi "Drużna".

Czy tragiczne w skutkach zachwianie równowagi Grzegorza W. wiązało się więc z alkoholem? Nikt z naszych świadków tego nie neguje. Jednak inny uczestnik rejsu opowiada, że do wypadku doszło dzień po imprezie, a W. mógł pić już zupełnie inny alkohol. Na okręcie nie było przecież żelaznej dyscypliny.

- My piliśmy w Niemczech, na dyskotece, a kadra piła, kiedy chciała - mówi Krzemiński

- Jeden z oficerów wniósł kilka butelek z alkoholem na GSD i tam spożywał go z wachtą, która wówczas pełniła służbę - dodaje Rafał Wnuk, obecnie policjant.

Kadra pakowała,  marynarze nosili

Marynarze wspominają też o naprawdę dużym ładunku alkoholu, jaki miał znajdować się na okręcie, i to nie w celach rozrywkowych.

- W niemieckim Olpenitz podjechała pod okręt ciężarówka załadowana wódką "Gorbatschow", whisky "Johnny Walker", likierem "Malibu", koniakami, spirytusem, winem. Było tego sześć albo osiem palet. Na polecenie kadry pomagałem z kolegami wnosić alkohol na okręt do pomieszczeń pod pokładem - opowiada Dobrowolski.

- Wtedy w porcie prawie nikogo nie było, bo był dzień wolny. Na okręcie kadra pakowała alkohol, był w pomieszczeniu trałowym, pod mesą (jadalnią - red.), w przetwórniach i chyba oficerowie mieli u siebie w kabinach - relacjonuje Bartosz Krzemiński.

Jednak kilka dni później, gdy jednostki powróciły do Świnoujścia i wysocy oficerowie kontrolowali okręty, żadnego alkoholu nie było. - Następnej nocy po śmierci Grzegorza kadra wyrzuciła alkohol za burtę - wyjaśnia Krzemiński.

Młodzi marynarze jeszcze przed dopłynięciem do bazy zostali ostrzeżeni: - żadnych rozmów o alkoholu. Nie mówcie też o tym, że Grzegorz pił alkohol, bo rodzina nie dostanie odszkodowania - tłumaczyli oficerowie.

- Jak Grzegorz wypadł za burtę, kadra się wystraszyła. Miałem zakaz mówienia komukolwiek, że był wnoszony alkohol i że ktoś był pijany. Zakazał mi tego dowódca okrętu w obecności dowódcy dywizjonu komandora Henryka Białkowskiego. Na lądzie odbywano z nami rozmowy, żeby z nikim nie poruszać tej sprawy i żeby podczas przesłuchania powstrzymywać się od mówienia o tym - Rafał Wnuk wyjaśnia, dlaczego ich zeznania w prokuraturze różnią się od obecnych relacji.

Enklawa bezalkoholowa

Z oficerem prasowym flotylli komandorem Piotrem Andrzejewskim spotykamy się w budynku sztabu flotylli, w centrum Świnoujścia. Na pytania odpowiada krótko.

Czy na jednostkach był większy ładunek alkoholu?

- Nie potwierdzam ani nie zaprzeczam. Nie zostało to udowodnione, a prokuratura takiego zarzutu nie postawiła.

Czy dowódca otrzymał informacje o alkoholu?

- Trudno mi zająć stanowisko w tej kwestii, ale nie pamiętam, by takie sygnały były.

Czy Grzegorz W. był nietrzeźwy?

- W tej sprawie nie mogę zająć stanowiska, gdyż nic na ten temat nie wiem. Komandor rozwija jednak myśl: - Trudno by ktoś spożywał alkohol na służbie. Byłoby niezrozumiałe, gdyby dowództwo okrętu pozwoliło mu na to. Jestem przekonany, że niczego takiego na okręcie nie było. Na okręty i na teren jednostki nie można wnosić alkoholu. W znajdujących się tu bufetach nie ma nawet piwa. Teren jednostek jest enklawą bezalkoholową.

Było więcej

Tymczasem według informacji marynarzy przemyt alkoholu miał miejsce nie tylko podczas wspomnianego wyżej rejsu. Oficerowie nie kryli się też zbytnio z przeładowywaniem alkoholu z okrętów do swoich samochodów. Po takiej operacji samochody opuszczały teren jednostki. Świadkowie nie wiedzą, gdzie dalej towar trafiał. Jego odbiorcami byli prawdopodobnie cywile, którzy wcześniej dawali pieniądze i składali zamówienie u oficerów. Tak też mogło być właśnie ze sprawą porucznika VIII Flotylli Mariusza W. Dwa okręty takie jak "Wicko" i "Drużno" mogły wziąć przynajmniej kilka tysięcy butelek.-

VIII Flotylla Obrony Wybrzeża  stacjonuje w Świnoujściu, Kołobrzegu, Dziwnowie i Międzyzdrojach.

Powstała w 1965 roku. Tworzą ją obecnie trzy dywizjony okrętów bojowych - wśród nich dywizjon okrętów transportowo-minowych i dywizjon trałowców, stacjonujące w Świnoujściu - oraz dywizjon kutrów zwalczania okrętów podwodnych w Kołobrzegu. W sumie około sześćdziesięciu jednostek. W skład flotylli wchodzą też jednostki brzegowe w Świnoujściu, Międzyzdrojach, Dziwnowie i Kołobrzegu. Służy w niej około trzech tysięcy żołnierzy, w tym dwa tysiące marynarzy i tysiąc kadry. W roku 1994 flotylla przyjęła imię wiceadmirała Kazimierza Porębskiego. Od kilku lat współpracuje z flotami państw NATO: Flotyllą Trałowo-Minową z Olpenitz, 3. Eskadrą Trałowo-Minową z Frederikshavn oraz okrętami z Warnemuende. Dowódcą VIII Flotylli Obrony Wybrzeża jest kontradmirał Stanisław Kasperkowiak. Rocznie flotylla uczestniczy w sześciu, ośmiu rejsach.

Polska ma trzy flotylle okrętów: III Flotylla w Gdyni, w skład której wchodzą jednostki uderzeniowe, IX Flotylla na Helu i VIII w Świnoujściu.


