Wyspecjalizowane instytucje nie zwalniają nas z moralnego obowiązku pomocy potrzebującym

Obrona jałmużny

DARIUSZ KARŁOWICZ

W tradycji judeochrześcijańskiej jałmużna ma najwyższą sankcję - jest jednym  ze sposobów, w jaki człowiek naśladuje dobroć, miłosierdzie i sprawiedliwość Boga. Obowiązki wobec ubogich mają charakter religijny.  W chrześcijaństwie wymóg dzielenia się z potrzebującym stanowi probierz trwania  w miłości Bożej (1J 3,17; Jk 2,15), a nawet warunek uczestniczenia we wspólnocie eucharystycznej (1Kor 11,20). Pomoc materialna to przejaw chrześcijańskiej miłości. Odmowa pomocy bliźniemu, który cierpi niedostatek, wyklucza komunię  z Chrystusem i Kościołem. Jałmużna to sprawa  o zasadniczym znaczeniu  dla każdego, kto zrozumiał sens zdania "byłem głodny,  a daliście mi jeść...".

Dawać czy rozeznawać?

Pytania o szczegółowe zastosowania tego oczywistego dla chrześcijan imperatywu rodzą komplikacje. Czy dawać każdemu, kto prosi, również oszustom? Czy danie jałmużny zwalnia z odpowiedzialności za skutki filantropii? Jeśli dać tylko niektórym, to komu i ile? Jaka jest granica naszej pomocy? Są to pytania, które stawia rosnąca z każdym dniem armia żebraków, bezdomnych, bezrobotnych, nędzarzy, alkoholików, narkomanów, chorych, ludzi w rozpaczy i członków żebraczych mafii, a wreszcie działaczy organizacji charytatywnych, słowem - tych wszystkich, którzy z puszką w garści pukają do naszych domów. Nie jest ich mało. Według Polskiego Radia żebrze już u nas około trzystu tysięcy ludzi, z czego sto tysięcy zawodowo. Czy chrześcijanom wolno sądzić potrzebujących, pytać: dlaczego prosisz? Czy chrześcijanin może uznać, że ktoś jest sam sobie winien? Oceniać zasadność prośby? A czy wolno nie oceniać? Te problemy nie rodzą się w głowach bezkrwistych teoretyków. Dla chrześcijanina każdy człowiek w potrzebie to Chrystus. Tak wyglądają ćwiczenia z teologii moralnej w czasach transformacji - w kraju, w którym teologowie nabrali wody w usta.

Czy pytanie, jak i komu dawać, może doczekać się jednoznacznego rozstrzygnięcia? Dylemat pojawił się już w starożytnym Kościele i otrzymał dwie wykluczające się odpowiedzi. W cieszącym się w oczach wielu pisarzy chrześcijańskich powagą dzieła kanonicznego (por. Ireneusz, Haer. 4,20,2; Tert., Or. 16) apokaliptycznym Pasterzu Hermasa (V, II, 1,4-7) moralne ryzyko jałmużny ponosi wyłącznie biorący: "Dawaj - objawia autorowi dzieła Anioł Pokuty - wszystkim biednym z prostotą, nie pytając, komu dać, a komu nie dać. Wszystkim dawaj. Chce bowiem Ojciec, by każdy otrzymał jego część darów. Ci, którzy biorą, zdadzą Bogu rachunek, dlaczego brali i na co. Albowiem ci, którzy biorą z niedostatku, nie będą sądzeni, którzy zaś biorą obłudnie, poniosą karę. A zatem kto daje, jest bez winy". Obdarzona nie mniejszą powagą Didache albo Nauka dwunastu apostołów wprawdzie powtarza nakaz, by dawać "każdemu, który prosi" i stwierdza, że kto bierze, nie cierpiąc niedostatku, "będzie musiał zdać sprawę, dlaczego brał i za co" - ta jednak konkluzja jest radykalnie odmienna. Didache zaleca ostrożność, formułując zasadę, która zrobi karierę wśród następnych pokoleń myślicieli chrześcijańskich. "Niech pot - pisze autor - zrosi jałmużnę w ręku twoim, póki nie rozeznasz, komu masz dać"(1,6).

Jałowe byłoby rozważanie, która postawa jest bardziej chrześcijańska. Łatwo sparodiować i "dobroczynność, która nie szuka rozumu", i "filantropię podejrzeń". Czy wybór sprowadza się więc do alternatywy: rozum czy serce? Otóż nie. Zalecenie, by dawać bez wahania każdemu, kto prosi, to nie ustępstwo rozumu przed sercem, lecz konsekwencja ostrożnej oceny naszych zdolności rzeczywistego osądu człowieka, który prosi o jałmużnę; lepiej mylnie dać, niż mylnie odmówić. Ale odpowiedzialność zaleca ostrożność.

Problemem jest anonimowość potrzebujących w społeczeństwie masowym. Pomoc emerytowi z sąsiedztwa wolna jest od dylematów, które rodzi prośba nieznanego żebraka na ulicy. Proponuję wyraźnie oddzielić postawę wobec osoby od postawy wobec instytucji. W stosunku do zbiórek organizowanych przez instytucje ostrożność zalecana w Didache ma pełne zastosowanie. Czy dewiza ta stosuje się również do tych, którzy wyciągają rękę na ulicy?

Żebrak i oszust

Ulice roją się od obiboków i pijaków, którzy nie chcą wziąć się do uczciwej roboty. Nie ma prostej odpowiedzi na pytanie o przyczyny, które spychają ludzi na margines, dlatego też, niestety, nie ma prostego rozwiązania problemów, które rodzą ubóstwo. Wątpliwości budzi zarówno przekonanie, że ludzie z marginesu sami ten los wybrali, jak i traktowanie wszystkich jako ofiar transformacji, braku wykształcenia, złych wzorców, własnej głupoty. Nie chodzi o to, żeby nie szukać rozwiązań systemowych, ale raczej, by do nich się nie ograniczać. Wbrew doktrynerom ludziom nierzadko trzeba dać rybę, nie tylko wędkę. A więc dawać każdemu? 

Przeciw przemawiają trojakie obiekcje: lęk przed oszustwem, obawa demoralizacji i wreszcie współodpowiedzialność za niewłaściwe wykorzystanie pomocy.

Zacznijmy od oszustwa. Obawiam się, że błądzi, kto sądzi, iż wśród żebraków można odróżnić naprawdę potrzebujących od wydrwigroszów. W tej sferze o oszustwie nie można mówić w tym samym znaczeniu, co na przykład w dziedzinie podatków czy grze w karty. Żebractwo nie jest profesją, lecz kondycją. Wykrycie udawanego kalectwa odkrywa tylko część prawdy. Nie można bezkarnie udawać kaleki, nie stając się nim naprawdę. Swojego garbu żebrak nie zostawia w garderobie, nawet jeśli zostawia tam fałszywą protezę, kulę czy wózek. Kto jest bardziej oszukany, jałmużnik czy żebrzący, posłani przez swoich bossów na skrzyżowania lub pod kościół z dworca, noclegowni i kanału? Dlatego jeśli jałmużnę traktować jako akt solidarnej miłości z ludźmi w nieszczęściu i upokorzeniu, to trudno zostać oszukanym nawet przez kogoś, kto sam uważa się za oszusta. A jeśli kogoś ten argument nie przekonuje i mimo wszystko uważa się za wystawionego do wiatru? Dla niego mam inną radę. Niech nie robi sobie wyrzutów i traktuje wyłudzony datek jako opłatę za udany spektakl.

Gdyby jednak chodziło tylko o złodziejski chichot Mackie Majchra, tylko o ryzyko, że wystawi nas do wiatru fałszywy kaleka, rzekomy sierota czy lipny pogorzelec, to dla tych paru groszy nie byłoby pewnie o czym mówić. Ale, jak powiadają ludzie ostrożni, idzie tu o coś więcej niż wartość wrzuconej do kapelusza monety. Ludziom ubogim - twierdzą - powinniśmy dawać nie jałmużnę, która tylko utrwala złe nawyki, ale szansę wyjścia z ubóstwa. Zastanówmy się. Nawet jeśli bieda jest nałogiem, to czy wyleczymy alkoholika, nie dając mu na piwo? A czy zdemoralizujemy go, dając? Ale wróćmy do opinii, że ludziom należy dać szansę, a nie jałmużnę. W logice "szansa albo jałmużna" najmniej przekonująco przedstawia się założenie, iż muszą to być koniecznie akty rozłączne, a więc, że w sposób skuteczny nadzieję na wyjście z biedy można dać tylko wtedy, gdy odmówi się jałmużny. Trudno mi w to uwierzyć. 

Mam wrażenie, że popularność tego przeświadczenia - zwłaszcza u liberałów - bierze się z mylenia jałmużny i pomocy społecznej, a to dwie różne rzeczy. Bronię jałmużny jako moralnego odruchu i obowiązku materialnego wspierania proszących o pomoc. W argumentacji przeciw jałmużnie, wykorzystującej porażkę kosztownych programów pomocy społecznej, znajduję poważne usterki. Otóż nawet jeśli wydatki socjalne na walkę z nędzą nie przynoszą rezultatów w postaci awansu społecznego wspieranych grup czy choćby zmiany ich aspiracji, to niebagatelnym efektem wydaje się faktyczna likwidacja najjaskrawszych przejawów ubóstwa - jak choćby głodu. Warto też zwrócić uwagę na pewien utrwalony przesąd. 

Otóż z faktu, iż pomoc socjalna nie owocuje zmianą postaw, nie wynika wcale, iż koniecznym warunkiem zmiany tych postaw jest odebranie pomocy. W wyniku odebrania pomocy na pewno pojawiłby się tylko głód. To jedyny pewnik i zarazem koszt weryfikacji przekonania o motywującej funkcji nędzy.

Czy znaczy to, że powinniśmy płacić każdemu, kto o to prosi - na przystanku, skrzyżowaniu i na ulicy? Można rzecz jasna powiedzieć, że nigdy nie znamy wszystkich konsekwencji naszych działań, ale to ucieczka, nie odpowiedź. Datek włącza nas w tragedię żebraka i jego najbliższych. Żebrak może za to kupić działkę narkotyku, która okaże się śmiertelna, lub alkoholowe zamroczenie pełne wyzwisk, złorzeczeń i cierpień jego najbliższych. Mamy uczucie, że - dając - pomagamy zrobić kolejny krok w ciemność. Nie dając, czujemy się czyści, spokojniejsi. Niełatwo tu o odpowiedź. Odmówienie jałmużny narkomanowi pozbawia go zarówno porcji narkotyku, jak i bułki (niestety, również bułki). Zachęty do jałmużny nie należy odczytywać jako zachęty: daj i niech cię nie obchodzi, co dalej się stanie. To nie wyłącza rozumu, tylko wyklucza, by rozumne na pozór skrupuły stały się przeszkodą w podjęciu decyzji o pomocy.

Nieuczciwa konkurencja

Czy jałmużny indywidualnej obarczonej tak dużym ryzykiem moralnym i społecznym nie należy zastąpić wsparciem wyspecjalizowanych organizacji? Pytanie to powróciło ostatnio za sprawą głośnej radomskiej akcji "nie dawaj na ulicy". Zwróćmy uwagę: nie chodzi o kwestionowanie sensu jałmużny, lecz o to, by przekazać ją instytucjom, które potrafią dotrzeć do naprawdę potrzebujących. Bezpośrednim powodem radomskiej akcji było, jak powiedział dyrektor radomskiego TPD Włodzimierz Wolski, sprawdzenie kilkunastu żebrzących dzieci. Okazało się, że większość z nich zbierała na narkotyki lub na alkohol dla rodziców. Co sądzić o tej akcji, czy rozwiązuje chrześcijańskie dylematy?

Odpowiedź wymaga kilku zastrzeżeń. Oczywiście instytucjonalizacja dobroczynności nie gwarantuje skuteczności. To jasne. Nie trzeba powtarzać argumentów o wadach centralnej, państwowej pomocy społecznej, która bywa nie tylko kosztowna, ale nierzadko ślepa na bolesne problemy. Prawdopodobnie organizatorom akcji chodzi o organizacje pozarządowe, które środki otrzymane od prywatnych dobroczyńców przeznaczają na publiczne cele. Obce bezduszności państwowej opieki społecznej i wolne od chimerycznej jednostkowej filantropii budują model dobroczynności odwołujący się do kategorii odpowiedzialności i solidarności. I tu jednak nie istnieje żaden automatyzm, który zwalniałby dobroczyńcę od wszelkiego ryzyka. Instytucjom organizującym masowe kolekty powinniśmy przyglądać się bardzo starannie. Dlatego uważnie czytajmy statuty, pytajmy o cele, wertujmy sprawozdania finansowe! Organizacja przeznaczająca nasze pieniądze na sprawy publiczne musi dbać o pełną przejrzystość celów i finansów.

Załóżmy więc, że uważnie sprawdziliśmy wiarygodność wybranej instytucji, akceptujemy jej cele i sposób działania, jesteśmy przekonani o jej skuteczności. Czy - mając jej numer konta - możemy odtąd obojętnie mijać wszystkich żebraków, a wśród nich dzieci szukające pieniędzy dla pijanych rodziców, ludzi naprawdę kalekich i tych, którzy tylko udają, narkomanów, którzy nie chcą się leczyć, leniów i nieudaczników, bezdomnych, którzy nie chcą pójść do noclegowni, zwykłych głupców i wreszcie przekonanych o swoim życiowym sprycie pracowników żebraczych mafii?

Wyższość pomocy, którą świadczą społeczne organizacje, nad jednorazową jałmużną jest faktem. Czy jednak wspieranie instytucji musi wykluczać dawanie pieniędzy na ulicy? Nie lekceważę patologii żebractwa, ale nie sądzę, by zasada "nie dawaj na ulicy" stanowiła rozwiązanie problemu. Czy pomoc świadczona przez instytucje dotrze do wszystkich? Czy wszyscy zechcą z niej skorzystać? Czy przekreśla osoby, którym łatwiej jest wyciągnąć rękę, niż udać się do instytucji? Trzeba być ostrożnym. Przecież akcja skierowana przeciwko zawodowemu żebractwu staje się mimowolnie atakiem na wszystkich, którzy w rozpaczy wyciągają rękę o pomoc. Logika "gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą" nie jest najlepszym sposobem krzewienia wrażliwości na ludzkie cierpienie.

Całkowita instytucjonalizacja dobroczynności może prowadzić do jej depersonalizacji. Żywiołem dobroczynności jest konkret, osoba z krwi i kości, a nie abstrakcyjna idea i numer konta. Dobrowolne opodatkowanie na rzecz społecznego stowarzyszenia nie musi owocować wzrostem solidarności, odpowiedzialności za innych i wrażliwości na ludzkie cierpienie. Ta forma pomocy nie jest wolna od moralnego ryzyka, które towarzyszy państwowym systemom opieki społecznej, gdzie - jak trafnie pisała Chantal Millon-Delsol - bezosobowa sprawiedliwość miała zastąpić upokarzającą jałmużnę, a wyeliminowała solidarność i wrażliwość na cierpienie człowieka żyjącego za ścianą.

Choć tu za instytucjonalizacją przemawia skuteczność, a nie abstrakcyjna sprawiedliwość, skutki mogą być podobne. Nie chodzi oczywiście o to, by nie szukać najskuteczniejszej formy pomocy, lecz o to, że w sprawach ludzkich kategoria lepszej inwestycji nie zawsze znajduje zastosowanie. Prawdziwa dobroczynność powinna pomagać również dobroczyńcom. Jeśli nie daje im szansy, by stawali się lepsi, zamienia się w higienę sumienia lub po prostu zamiera. Tak jak oczywistą groźbą jałmużny jest jej jednorazowość i stroniący od zobowiązań sentymentalizm - tak zasadzie "nie dawaj na ulicy" grozi oschłość serca. Czy sami organizatorzy akcji chcieliby żyć wśród ludzi, którzy z czystym sumieniem mijają żebrzące dzieci, kaleki i starców, bo przecież przelali już pieniądze na właściwe konto. "Myśmy już dali. Teraz niech zajmą się tym specjaliści".

Ostatnia uwaga dotyczy finansów. Radzę jednak, niech pominą ją finansiści - łączy się bowiem z kwestią cudów. Oczywiście dobroczynność jest również zjawiskiem rynkowym. Żebracy konkurują z instytucjami charytatywnymi o te same pieniądze, a ponieważ gorzej wykorzystują społeczne środki i na dodatek stosują nieuczciwą konkurencję, rozpoczęto kampanię negatywną. Nie chcę zaczynać dyskusji, czy to rozsądny rodzaj marketingu. Jak nie od dziś wiadomo, negatywna kampania jest zawsze ryzykowna. Jej przesłanie często uderza rykoszetem we wszystkich zainteresowanych - nie oszczędzając jej twórców. Skutek jest taki, że tracą wszyscy. Otóż sądzę, że założenie, "jeśli pieniądz się nie dzieli, to albo my, albo oni", jest nietrafne. 

Liczne doświadczenia związane ze zbieraniem pieniędzy na cele społeczne dowodzą, że w dobroczynności nie obowiązują zwykłe zasady rynkowe. Po nakarmieniu pięciu tysięcy głodnych pięcioma chlebami i dwiema rybami zostaje dwanaście koszów ułomków. Na tym rynku monopol nie zwiększa zysków, a pomoc świadczona konkurencji poprawia własne przychody. Cóż, taki jest język Ewangelii. Gdy pytamy, komu powinniśmy pomagać, słyszymy, że wszystkim. Gdy mówimy, że to niemożliwe, przychodzą świadkowie, którzy na naszych oczach dokonują cudu rozmnożenia chleba. Ja sam ten cud widziałem wielokrotnie. Widziało go w Polsce wielu ludzi. Dlatego prośmy o wsparcie organizacji pozarządowych i nie zabierajmy chleba żebrakom. Wystarczy dla wszystkich. -


