Nie wywalczymy lepszych warunków członkostwa niż te, które oferuje Berlin

Do Brukseli przez Niemcy

JĘDRZEJ BIELECKI 

Z BERLINA

Niemcy nie oferują Polsce członkostwa w Unii Europejskiej ani w najkrótszym czasie, ani z największymi korzyściami finansowymi, ani z gwarancją przyznania od razu pełni praw. Jednak tylko na proponowanych przez nich warunkach  awans cywilizacyjny naszego kraju, wynikający z przystąpienia do Wspólnoty, będzie możliwy. Lepszego porozumienia żadna z pozostałych stolic "15" nam nie przyzna. Taka jest konkluzja rozmów z wysokimi przedstawicielami niemieckiego rządu.

Obawy i zastrzeżenia

Trzy lata negocjacji członkowskich ujawniły, jaki jest stosunek zachodnich rządów do poszerzenia Unii.

Wiele krajów, z różnych względów, przyjęło postawę defensywną. Hiszpania, Portugalia i Grecja obawiają się, że po przyjęciu nowych członków wyschnie strumień darowizn, jaki płynie do nich z Brukseli. Belgia, która przetrwała jako jednolite państwo zapewne dzięki przekazaniu wielu kompetencji organom europejskim, obawia się, że poszerzona Unia stanie się słabsza, a nawet, że grozi jej rozpad.

Obawy te podziela także Francja, która traktuje wciąż Wspólnotę jako "swoje dziecko" i narzędzie rozszerzania swych wpływów na świecie. Francuskie obawy wynikają jednak głównie z przeświadczenia, że poszerzenie Unii prowadzi do zwiększenia potęgi Niemiec w Europie i przesunięcia środka ciężkości z Paryża ku Berlinowi. W dużym stopniu sparaliżowało to francuskie myślenie o Europie. W minioną środę szef dyplomacji Hubert Vedrine, występując w Bundestagu,  odrzucił plany kanclerza Gerharda Schrdera nadania większego znaczenia ponadnarodowej Komisji Europejskiej i Parlamentowi Europejskiemu kosztem Rady UE, w której reprezentowane są stolice "15". Francuzi kurczowo trzymają się prerogatyw państwa narodowego, bo w ich przeświadczeniu większa rola Europy to większa rola Niemiec. Taka analiza Paryża jest zapewne największym zaskoczeniem i zawodem dla uczestniczących w procesie poszerzania Unii. "Gdy jestem w Paryżu, zawsze staram się przekonać Francuzów, że Polska ze względów historycznych niczego bardziej nie pragnie jak tego, by to nie Niemcy były jej adwokatem w drodze do Wspólnoty, ale Francja. Francuzi nie mogą jednak zrozumieć, że poszerzenie Unii nie oznacza poszerzenia niemieckiej strefy wpływów" - twierdzi szef komisji ds. UE niemieckiego Bundestagu Friedbert Pfluger.

Gorącymi zwolennikami poszerzenia Unii są kraje skandynawskie. Ale jak pokazuje obecne przewodnictwo w Unii Szwecji, ich wpływy we Wspólnocie są bardzo ograniczone. Pozycję Szwecji i Danii osłabia też pozostawanie poza strefą euro. W wielu kancelariach "15" podejrzewa się, że Skandynawowie forsują poszerzenie Unii nie dla dobra kandydatów, ale po to, by "rozwodnić" Wspólnotę i w ten sposób zapobiec powstaniu superpaństwa europejskiego.

Taki, w powszechnej opinii, jest też przede wszystkim brytyjski motyw poparcia poszerzenia. Brytyjczycy, gdyby byli zdeterminowani, mogliby w dużej części przeforsować swoje plany. Z perspektywy Londynu kandydaci mają jednak na tyle marginalne znaczenie, że zbyt wiele dla nich nie warto robić.

Z pewnością przyjaciół mamy we Włoszech. Problemem Rzymu, i to nie tylko w sprawach poszerzenia Unii, ale ogólnie w polityce europejskiej, jest jednak chroniczna nieumiejętność utworzenia silnego rządu i prowadzenia długofalowej polityki. Dlatego w UE Włosi idą za jakąś opcją, a nie sami występują z nowymi inicjatywami.

Krajem, który może być "motorem" poszerzenia, pozostają więc Niemcy. To państwo, które spełnia po temu wszystkie warunki. Jest na tyle wpływowe we Wspólnocie, że może przeforsować swoje koncepcje. Ma takie powiązania polityczne i gospodarcze z Polską, że zależy mu na poszerzeniu Unii. Wypracowało taką wizję Europy, w której nie ma obaw o ograniczenie wpływów państw narodowych wraz z poszerzeniem Unii.

Trudny partner

Niemcy są jednak dla Polski partnerem trudnym. Z powodu doświadczeń historycznych i dużej wagi interesów gospodarczych między Polską i Niemcami często dochodzi w negocjacjach do spięć. Przywoływane są psychologiczne obawy, jak choćby przed wykupieniem przez Niemców naszego kraju czy przyznaniem drugiej, bo bez prawa do pracy, kategorii członkostwa. Jednak droga do Unii prowadząca przez przełamanie niechęci do "odwiecznego wroga" nie jest wyjątkiem w historii Unii, ale raczej regułą. Warunkiem ustanowienia Wspólnoty było przecież porozumienie między Francją i Niemcami.

Aby doszło do prawdziwego pojednania, konieczna jest jednak inicjatywa obu stron. W ostatnich latach w Polsce coraz większe jest przeświadczenie, że Niemcy nie do końca wypełniają ten warunek, wykorzystując swą silną pozycję w negocjacjach.

Z pewnością Niemcy, i szerzej Unia Europejska, nie idą na takie ustępstwa, które zagroziłyby z jednej strony reelekcji obecnej ekipy rządzącej w Berlinie, a z drugiej stanowiły zasadnicze ryzyko dla funkcjonowania jednolitego rynku. O dyskryminacji trudno jednak mówić. 7-letni okres przejściowy w sprawie pracy na Zachodzie to tylko powtórzenie podobnych restrykcji, wprowadzonych gdy do UE przystępowały Hiszpania i Portugalia, choć przepaść w rozwoju Wspólnoty i kandydatów jest dużo większa, niż była przy poszerzeniu z połowy lat 80. Wiele emocji wywołują oferowane nam finansowe warunki członkostwa, szczególnie brak pełni dopłat dla rolników w pierwszych latach członkostwa. Ale i tu Hiszpania nie była lepiej potraktowana. Sowite fundusze strukturalne wywalczyła, mając swoich przedstawicieli w Radzie UE, a nie gdy była poza Unią. Ogromne koszty zjednoczenia powodują, że Niemcy nie chcą zwiększać już i tak poważnej (11 mld euro rocznie) nadpłaty do budżetu Unii, choć i tu rysuje się kompromis w postaci przekazania w początkowym okresie części "należnych nam pieniędzy". Społeczeństwo niemieckie jeszcze do niedawna żyło w izolacji wobec Polski. Stąd wiele obaw i niewielkie (około 35 proc.) poparcie naszego członkostwa. To ogranicza możliwość manewru niemieckich władz.

Nieznane mechanizmy

Trudno także twierdzić, że dla nasz została ustanowiona wyjątkowo długa ścieżka negocjacji, bo data akcesji jest odkładana z roku na rok. Frustracja Polaków wynika częściowo z początkowej nieznajomości unijnych mechanizmów. Uwzględniają one opinie wszystkich krajów "15", a to zajmuje czas. Pewne "opóźnienie" jest także korzystne dla naszego kraju, bo daje czas na przeprowadzenie z konieczności trudniejszych dostosowań niż u mniejszych kandydatów. Niemcy nawet ostrzegli, że pozostali będą musieli poczekać, aż Polska będzie gotowa, oczywiście, o ile przygotowania będą się u nasz posuwały. Zwłoka wynika także z żądań wysuwanych przez takie kraje jak Francja (rolnictwo), których Niemcy nie mogą pominąć. Wydaje się jednak bardzo prawdopodobne, że negocjacje zakończą się w 2003 roku, a Polska znajdzie się w Unii w 2005 roku. Oznaczałoby to 5 - 6 lat rozmów, czyli nieco mniej niż trwały negocjacje z Hiszpanią. Taki kalendarz, jeśli zostanie spełniony, będzie w istotnym stopniu zasługą Niemiec, które za pośrednictwem komisarza ds. poszerzenia UE Guentera Verheugena (byłego wiceszefa niemieckiej dyplomacji) przeforsowały w tym celu odpowiednią "mapę drogową".

Scenariusz nie zostanie jednak zrealizowany, jeśli Polska będzie upierać się przy nierealnych z perspektywy "15" warunkach członkostwa. "Niemcy nie będą mogły odgrywać roli motoru poszerzenia Unii, jeśli nasze obawy nie zostaną wzięte pod uwagę" - ostrzega Pfluger. Dopóki nie będziemy mieli lepszego sojusznika w drodze do Brukseli, lepiej wziąć pod uwagę tę radę. -


