Fałszywi kombatanci śpią spokojnie, nie ściga ich prokuratura ani Urząd ds. Kombatantów

Partyzanci w rajtuzach

Wincenty Pełka: Mam absolutną pewność, że osoby, które dziś podszywają się pod moich podkomendnych, nigdy do konspiracji nie należały

FOT. RAFAŁ KLIMKIEWICZ

LESZEK KRASKOWSKI

Siedmiolatek Kazimierz K., pseudonim Ryba, rozmontował dwie koparki sprowadzone przez Wehrmacht do kopania rowów przeciwczołgowych. Dwunastolatek Lucjan G., pseudonim Latawiec, palił księgi podatkowe i uwolnił z niemieckiego aresztu trzech rolników. Z życiorysów niektórych kombatantów wynika, że Armia Krajowa składała się głównie z małoletnich łączników.

Gdy wybuchła wojna, "Ryba" miał dwa i pół roku. Jako niespełna siedmioletnie pacholę został zaprzysiężony i "przeszkolony specjalnie, jako małoletni, do służby łącznika" w oddziale AK w Żarnowcu nad Pilicą (Śląskie). Niemcy coś chyba podejrzewali, bo raz go schwytali i okrutnie zbili. "Wsławił się szczególną odwagą, rozmontowując dwie koparki niemieckie sprowadzone do kopania rowów przeciwczołgowych na organizowanej przez wroga linii obronnej. Zginął wówczas kolega, który z nim współdziałał, sam uniknął śmierci, kryjąc się pod koparką przed nagle przybyłymi Niemcami. Po wyzwoleniu aresztowany i katowany przez UB, skazany na trzy lata więzienia. Strzelec ÇRybaČ, młody żołnierz AK, był dzielnym i ofiarnym konspiratorem" - to cytat z oficjalnego dokumentu, zaświadczenia weryfikacyjnego nr 17/225/90. Po wojnie "Ryba" został awansowany do stopnia plutonowego, odznaczony Srebrnym Krzyżem Zasługi z Mieczami za okazane męstwo i odwagę.

Honor żołnierza AK

O bezprzykładnych aktach heroizmu "Ryby" i kilku jego małoletnich sąsiadów można się dowiedzieć jedynie przypadkiem. Urząd ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych nie udostępnia teczek kombatantów ani byłym dowódcom AK, ani inspektorom NIK, a tym bardziej dziennikarzom. Na ślad fałszywych kombatantów wpadł osiem lat temu Wincenty Pełka, były komendant placówki AK "Żołna" (Żarnowiec nad Pilicą), zastępca dowódcy 2. Batalionu 116. Pułku Piechoty AK. Od tamtej pory prowadzi nierówną walkę z urzędnikami o cofnięcie uprawnień kombatanckim hochsztaplerom.

"Od lutego 1993 r. upominam się nie o swoje osobiste sprawy, ale wyłącznie o społeczne, o honor żołnierza AK, o honor kombatanta, który został zdewaluowany - napisał w liście do rzecznika praw obywatelskich. - Występuję przeciw okradaniu w biały dzień, co miesiąc, przez wiele lat, przez wielu ludzi skarbu państwa".

- Pamiętam rozbrajanie żołnierzy austriackich po pierwszej wojnie światowej - mówi Wincenty Pełka, rocznik 1909. - Za mojego życia narodził się i upadł komunizm. Nie zejdę z tego świata, dopóki małoletni kombatanci nie zostaną rozliczeni ze swoich oszustw. Najmłodszy żołnierz w moim oddziale miał siedemnaście lat. Te koparki to był ciężki sprzęt. Jak mogło sobie z nim poradzić siedmioletnie dziecko?

Wersję Pełki potwierdził Stanisław Grela z Koryczan, żołnierz AK od 1942 roku: - Wystrzegaliśmy się dzieci, chodziło o zachowanie tajemnicy.

W maju 1992 roku prawdziwi podkomendni Wincentego Pełki sporządzili listę swoich rzekomych kolegów z konspiracji, obecnych kombatantów. Znalazło się na niej dwanaście osób. Dziś niektórzy z nich już nie żyją, świadczenia kombatanckie przysługują wdowom.

Sympatyk z legitymacją

Kazimierzowi K., pseudonim Ryba, pomyliła się w życiorysie data urodzenia - zamiast 1937 wpisał rok 1933. I tak już zostało, również w legitymacji kombatanckiej, która uprawnia m.in. do pięćdziesięcioprocentowej zniżki na PKP i PKS. Do dat nie miał głowy również ojciec Kazimierza K., już podczas okupacji wydawało mu się, że jego syn jest starszy. Koronnym dowodem na to, że "Ryba" był w partyzantce, jest kartka z zeszytu w kratkę, oświadczenie podpisane przez ojca młodocianego konspiratora. Napisano na niej: "Łany Małe, 1 I 1944 r. Na propozycję dowódcy placówki w Woli Libertowskiej ppor. rez. Antoniego Janiszewskiego, ps. Jawor, żołnierza AK, polecam swego jedynego syna (jeszcze wówczas 10-letnie dziecko) do pracy w konspiracji. Pełni świadom, że mogę stracić największy skarb, jaki posiadam, czynię to dla dobra Ojczyzny. Ja, ojciec, jako wierny syn Narodu Polskiego i żołnierz Armii Krajowej. Wypełniając swój honorowy obowiązek, kieruję się hasłem: Bóg, Honor, Ojczyzna".

Kazimierz K. tłumaczył w elbląskiej prokuraturze, że z przywilejów kombatanckich nigdy nie korzystał, a legitymację kombatancką z błędną datą urodzenia odesłał do katowickiego ZBoWiD. Nie wie, dlaczego nigdy tam nie dotarła. Prokuratura nie zleciła ekspertyzy papieru rzekomego dokumentu z 1944 roku, nie wystąpiła też do ZUS i KRUS z pytaniem, czy Kazimierz K. pobierał dodatek kombatancki.

"Fakt, iż zaświadczenie, a następnie deklaracja i legitymacja zawierają błędny rok urodzenia, nie może stanowić podstawy do podważania uczestnictwa Kazimierza K. w AK - napisała w uzasadnieniu umorzenia śledztwa prokurator Joanna Owczarek. - Przyjmując, iż podczas zaprzysiężenia w 1944 r. Kazimierz K. miał  7 lat, nie powoduje to nierealności takiego działania. Nie bez znaczenia jest także fakt, iż większość osób, które mogłyby potwierdzić, iż Kazimierz K. walczył w AK, nie żyje. Z uwagi na znaczący upływ czasu niemożliwe jest także zdobycie dokumentów. Nie zdołano udowodnić, iż dołączone dokumenty, które przemawiają na korzyść Kazimierza K., zawierają nieprawdziwe dane".

- Umorzyłam śledztwo, gdyż nie mam dowodów na to, że Kazimierz K. odniósł jakiekolwiek korzyści materialne z tytułu przynależności do organizacji kombatanckiej - mówi prokurator Owczarek.

Sierpień 1944 roku, las sanczygniowski. Dowódca 106. Dywizji AK pułkownik Bolesław Nieczuja-Ostrowski (z prawej) wizytuje batalion partyzancki

ARCHIWUM

- Kazimierz K. może być nawet z rocznika 1945, a ja i tak nic nie mogę zrobić, skoro prokuratura umorzyła śledztwo - mówi Marian Piotrowicz, prezes Zarządu Okręgu Śląskiego Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej. - On jest tylko sympatykiem naszego związku.

- Ale ten sympatyk ma legitymację kombatancką i wysokie odznaczenie za walkę z Niemcami.

- Nic o tym nie wiem - odpowiada Piotrowicz. - Stowarzyszenie nasze nie jest uprawnione do weryfikacji już wydanych uprawnień kombatanckich. Od tego są sąd i Urząd ds. Kombatantów.

Stefan K., który podpisał wniosek o odznaczenie "Ryby", poznał go dopiero w 1979 roku. "Miałem wątpliwości, gdyż chodziło o młody wiek - zeznał w prokuraturze. - Ale uważałem, że skoro jest w związku, to dokumentacja jest w porządku".

- Prosiłem pana Piotrowicza o przesłuchanie tych osób - mówi Wincenty Pełka. - Proponowałem konfrontację jako najsprawiedliwszy sposób dojścia do prawdy. Usłyszałem: "Panie, co to by było. Ile pan ma lat? Czy to warto?". Powiedziałem, że odwołam się do Warszawy. "I tak sprawa do nas wróci" - taka była odpowiedź.

Gońcy, łącznicy, kurierzy i kolporterzy

Wincenty Pełka, dziś dziewięćdziesięciodwuletni, dysponuje kserokopiami życiorysów niektórych kombatantów. Obala punkt po punkcie to, co jest w nich napisane.

Jan K. z Woli Libertowskiej twierdzi, że w czerwcu 1944 roku w miejscowości Jeżówka koło Wolbromia brał udział w wysadzeniu pociągu wiozącego rannych żołnierzy Wehrmachtu z frontu wschodniego.

- Takiej akcji nie było - zapewnia Pełka. - Gdyby w Jeżówce był napad na pociąg, Niemcy spaliliby wieś, represje byłyby okropne. Kiedy w Porębie Dzierżnej ktoś zaatakował niemiecki samochód i zastrzelił jednego niemieckiego żołnierza, hitlerowcy w odwecie wymordowali kilkadziesiąt osób.

Jan G. napisał w swoim życiorysie, że do AK wstąpił w 1942 roku, przysięgę złożył w stodole Bronisława Waligóry, w obecności gospodarza (Waligóra zaprzecza). W 1943 roku zastrzelił trzech konfidentów, m.in. Siedlińskiego w Żarnowcu.

- Młody Siedliński rok przed końcem wojny pojechał do Warszawy i nie wrócił - mówi Wincenty Pełka. - Nie był konfidentem. Wszyscy starsi ludzie z Żarnowca potwierdzą, że takiej egzekucji konfidenta nigdy nie było. Jan G. już dziś nie żyje, ale świadczenia kombatanckie odziedziczyła po nim żona.

Generał Bolesław Nieczuja-Ostrowski, mający dziś dziewięćdziesiąt cztery lata, dowódca 106. Dywizji AK, skreślił z listy żołnierzy ośmiu podejrzanych kombatantów, m.in. Kazimierza K., pseudonim Ryba. "Panie generale! Z całą odpowiedzialnością stwierdzamy, że postąpił pan niesłusznie" - odpowiedzieli szefowie Zarządu Okręgu Śląskiego ŚZŻAK i zignorowali tę decyzję.

- Pod moją komendą było dwadzieścia tysięcy ludzi: dywizja, brygada kawalerii i oddziały sztabowe - mówi generał Nieczuja-Ostrowski. - To oczywiste, że nie mogłem ich wszystkich znać. Zaufałem nieżyjącemu już Romanowi Pelanowi, pseudonim Błyskawica, który w konspiracji był oficerem szkoleniowym. Wprowadził mnie w błąd. Gdy odkryłem fałsz, napisałem do niego. Nie odpisał.

Wincenty Pełka oburza się, że fałszywi kombatanci wystawiali zaświadczenia kolejnym osobom, a te następnym. "W ten sposób, można by to nazwać systemem łańcuszkowym, ogniwo po ogniwie rosły szeregi AK, ale niestety już dawno po wojnie" - napisał w liście do Jacka Taylora, szefa Urzędu ds. Kombatantów. "Cała konspiracja opierała się w znakomitej większości na ludziach, którzy odbyli służbę wojskową. A tu, czytając życiorysy powojennych akowców, odnosi się wrażenie, że AK to nie tyle wojsko, ile gońcy, łącznicy, kurierzy i kolporterzy".

Na pisma Pełki dwa razy odpisała Grażyna Marciniak, główny specjalista w Urzędzie ds. Kombatantów. Poradziła, aby złożył skargę w Wydziale Spraw Obywatelskich przy Urzędzie Wojewódzkim w Katowicach, w prokuraturze lub wystąpił przeciwko stowarzyszeniu na drogę sądową. "Wymienione stowarzyszenia nie podlegają prawnie bądź organizacyjnie Urzędowi - napisała Grażyna Marciniak. - Weryfikacja członków stowarzyszeń kombatanckich należy do statutowych obowiązków tych stowarzyszeń".

Głęboko zakonspirowani

Zapytaliśmy rzeczniczkę Urzędu ds. Kombatantów Bożenę Materską, czym zajmuje się Departament Weryfikacji Uprawnień Kombatantów i dlaczego w ten sposób urząd reaguje na skargę obywatela. Podaliśmy pełne dane jednego z fałszywych kombatantów, łącznie z numerem legitymacji oraz sfałszowaną i prawdziwą datą urodzenia. "Akta Kazimierza K., dotyczące jego uprawnień kombatanckich znajdują się w Związku Kombatantów RP i Byłych Więźniów Politycznych" - odpowiedziała Bożena Materska i obiecała, że sprawa zostanie wyjaśniona.

Wincenty Pełka poszedł drogą, którą zasugerował mu Urząd ds. Kombatantów. Z urzędu wojewódzkiego otrzymał odpowiedź, że zarzuty zasługują na bardzo poważne potraktowanie, jednak "w świetle znowelizowanego prawa o stowarzyszeniach Wydział Spraw Obywatelskich jako organ nadzorujący działalność ŚZŻAK w Katowicach nie jest upoważniony do przeprowadzenia kontroli". Prokuratura w Olkuszu podjęła sprawę, by w szybkim tempie ją umorzyć.

"Zarzuty Wincentego Pełki kierowane pod adresem niektórych osób posiadających uprawnienia kombatanckie są całkowicie bezpodstawne" - napisała prokurator Beata Polan w postanowieniu o umorzeniu dochodzenia. "Ubliżają również komisjom weryfikacyjnym, które przyznawały te uprawnienia".

- Czy siedmiolatek Kazimierz K. mógł rozmontować dwie niemieckie koparki? - zapytaliśmy panią prokurator.

- O to proszę pytać prokuraturę w Elblągu, ja sprawą Kazimierza K. się nie zajmowałam - odpowiada Beata Polan.

"Uważam, że nadanie uprawnień kombatanckich Kazimierzowi K. było zwykłym fałszerstwem" - takie zeznanie jednego ze świadków znaleźliśmy w aktach śledztwa w olkuskiej prokuraturze. Przesłuchiwani kombatanci z "listy dwunastu", negatywnie zweryfikowani przez generała Nieczuję-Ostrowskiego, zeznawali zgodnie, że byli tak głęboko zakonspirowani, iż o ich przynależności do AK nie wiedziała nawet najbliższa rodzina. Dokumentów żadnych nie mają, gdyż rzekomo zostały zniszczone po wojnie w obawie przed bezpieką.

Wincenty Pełka nie poddał się. W tym roku, 21 marca napisał doniesienie do Prokuratury Rejonowej w Katowicach, tym razem przeciwko prezesowi Okręgu Śląskiego ŚZŻAK. Wyliczył, że każdy z kilkunastu fałszywych kombatantów wyłudza co roku od skarbu państwa minimum 2,5 tysiąca złotych (ryczałt energetyczny, dodatek kombatancki, ulgi w opłatach telefonicznych, bezpłatny abonament RTV, zniżki na przejazdy koleją i PKS).

- Sprawa powinna być załatwiona w 1993 roku - mówi Pełka. - Gdy przemnożymy 2,5 tysiąca złotych razy kilkanaście osób, razy siedem lat, uzbiera się spora kwota. To nie jest sprawa o znikomej szkodliwości. -


