Silne ograniczenie tempa wzrostu (o recesji nie wspominając) grozi katastrofalnymi następstwami

Smutny finał pewnej ortodoksji

RYS. PAWEŁ GAŁKA

RYSZARD BUGAJ

Dziś wszyscy twierdzą, że gospodarka wchodzi w nową fazę cyklu - recesji lub bardzo osłabionego wzrostu. Jeszcze dwa, trzy miesiące temu wielu zwolenników liberalnej polityki rządu utrzymywało, że tempo wzrostu jest zupełnie przyzwoite i wszystko idzie ku lepszemu.

To paradoksalne, ale wielu z nich, przyznając, że spadek tempa jest duży, podtrzymuje pozytywne oceny. W tej grupie jest minister finansów. "Musimy utrzymywać lukę produkcyjną obniżającą tempo wzrostu gospodarczego do czasu utrwalenia równowagi wewnętrznej, czego miarą będzie niska inflacja i bezpieczny deficyt w obrotach bieżących" - mówił Jarosław Bauc "Gazecie Wyborczej" (10 - 11 marca br.). Okres ten może wynosić 5, 10 lat. Ale są prawdziwi entuzjaści takiego scenariusza. Witold Gadomski w niskim wzroście dostrzega prawie same zalety: "Czy słabsze tempo wzrostu jest nieszczęściem? Niekoniecznie. (...) Prowadzi też do kilku bardzo pozytywnych zjawisk. (...) Najważniejsza jest poprawa wydajności pracy i efektywności" ("GW", 7 - 8 lipca br.). Zwolennicy tej doktryny są przekonani, że siła ekonomicznego przymusu jest rozstrzygająca i wszelkie ułatwienia nieuchronnie prowadzą tylko do marazmu.

Doktryna słabego tempa wzrostu

W rzeczywistości silne ograniczenie tempa wzrostu w najbliższych latach (o recesji nie wspominając) grozi katastrofalnymi następstwami. Po pierwsze - dyskomfort obywateli, a poza tym dwie silnie powiązane kwestie - prawie pewna destabilizacja makroekonomiczna oraz przekreślenie na wiele lat aspiracji do członkostwa w UE.

Bardzo niski wzrost PKB ułatwia redukcję deficytu na rachunku bieżącym obrotów zagranicznych, ale równowaga zewnętrzna i zabezpieczenie przed kryzysem walutowym nie są tylko funkcją wielkości deficytu. Znaczenie kluczowe ma stan finansów publicznych. Rzecz nie w tym, by deficyt ten gwałtownie redukować, ale by rynki "oceniały", że znajduje się on pod kontrolą i wykluczony jest jego niekontrolowany wzrost. Czy to możliwe, jeżeli stopa wzrostu przez 3 - 5 lat będzie wynosić 2 proc.? Dla członków Rady Polityki Pieniężnej (np. Bogusława Grabowskiego) to żaden problem. Po prostu trzeba obciąć wydatki publiczne (oczywiście z wyjątkiem wynagrodzeń członków RPP). Jednak w najbliższych latach nie tylko obcięcie, ale nawet zamrożenie realnego poziomu wydatków byłoby bardzo trudne (raczej niemożliwe) i niecelowe.

Wobec słabnącego popytu zagranicznego i tendencji do redukowania prywatnego popytu krajowego zmniejszenie (lub niedostateczne zwiększenie) deficytu sektora rządowego może popchnąć gospodarkę w otchłań recesji. Ta obawa prawdopodobnie skłoniła ministra Kropiwnickiego do twardego postulatu: żadnej redukcji wydatków publicznych. Ale zagraniczni spekulanci działają, opierając się na  stereotypach, a nie według hipotezy racjonalnych oczekiwań. Nie można też lekceważyć "pojemności" rynku finansowego. Jerzy Kropiwnicki poszedł za daleko.

Redukcja wydatków publicznych budzi ekonomiczne (a tym bardziej społeczne) wątpliwości. Uzasadnię pogląd, że jest niemożliwa. Punktem wyjścia musi tu być stwierdzenie, że udział wydatków publicznych w stosunku do PKB zmniejszył się z 44,8 proc. w roku 1995 do 41,9 proc. w roku 2000, czyli o 3 punkty procentowe! W rzeczywistości spadek jest większy. W ostatnim roku, ponieważ wydatki zrealizowano o 3,4 proc. poniżej założeń, a inflacja była o 4,1 punktu procentowego wyższa, realne wydatki spadły o ponad 7 proc. Jednocześnie w wydatkach od 1999 r. pojawiła się potężna pozycja, której poprzednio nie było: dotacja do ZUS związana z reformą emerytalną. To pomniejsza typowe możliwości finansowania przedsięwzięć ze środków publicznych. Na pytanie o obniżkę wydatków publicznych sensowna odpowiedź brzmi: już zostały obniżone, i to bardzo poważnie. A pewne pozycje po stronie wydatków nieuchronnie muszą wzrosnąć. W szczególności nastąpi poważne spiętrzenie wydatków na obsługę zadłużenia zagranicznego. Za dwa, trzy lata skończą się dochody z prywatyzacji, ale nie skończą się wydatki na reformę emerytalną - trzeba ją będzie finansować z bieżących dochodów podatkowych.

Nie będzie redukcji wydatków

Nie ma więc żadnych możliwości znaczącego i trwałego obniżenia wydatków publicznych. Przeciwnie, muszą one realnie rosnąć, a sfinansować wzrost bez podwyższenia przeciętnych stawek podatkowych można tylko pod warunkiem, że gospodarka będzie rosła przynajmniej o 4 - 5 proc. rocznie. I nawet wtedy mowy być nie może o obniżeniu obciążeń podatkowych. Ciągłe w tej sprawie nawoływania są manifestacją nieodpowiedzialności.

Nie istnieje sposób utrzymania stabilności makroekonomicznej przy bardzo niskiej stopie wzrostu. Oczywiście, można wydatki publiczne formalnie dostosować do takiego scenariusza. A czy można je na takim poziomie utrzymać? Musiałoby to oznaczać zasadnicze cięcia nie tylko nakładów na przedsięwzięcia rozwojowe, ale i bieżącego finansowania edukacji, ochrony zdrowia, bezpieczeństwa. Minister finansów, zalecając scenariusz kompresji budżetu obok zaostrzenia kryteriów przyznawania rent (co już się dokonało, ale nie może przynieść rychłych i znaczących oszczędności), proponuje pozbyć się dotacji do barów mlecznych, zlikwidować deputaty węglowe i zrezygnować z wypłacania alimentów. Trudno to traktować poważnie, nawet jeżeli uzna się te pomysły za dopuszczalne.

Właściwie jedyna droga redukcji wydatków to rewizja reformy ubezpieczeń społecznych, zmniejszenie jej finansowania. To jednak raczej teoretyczna możliwość. W praktyce nie widać żadnej realnej drogi zmniejszenia wydatków publicznych. To oznacza duże prawdopodobieństwo żywiołowego narastania deficytu sektora publicznego. Tym samym rośnie też prawdopodobieństwo kryzysu walutowego - ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Oczywiście niska stopa wzrostu - nawet gdyby utrzymać makroekonomiczną stabilność - oznacza wzrost bezrobocia (bez możliwości udzielenia bezrobotnym skutecznej pomocy). Trudno też sobie wyobrazić sfinansowanie przygotowań do wstąpienia do UE. Mimo że warunki, jakie stawia nam obecnie UE (w wielu kluczowych kwestiach jeszcze niesprecyzowane), nie uzasadniają przekonania o możliwości i celowości rychłego wejścia do UE, to przecież niesprostanie przygotowaniom, słaby wzrost i wysokie bezrobocie musiałyby definitywnie i na długo odroczyć nasze aspiracje do Unii. Miałoby to zwrotne, negatywne następstwa dla gospodarki.

To nie kryzys, to skutek

Sformułowanie sugestii na najbliższe lata wymaga określenia przyczyn obecnej sytuacji. Nie jest ona z pewnością tylko rezultatem polityki z ostatniego okresu. Przeciwnie, to skutek zaniechań i nietrafnych wyborów przynajmniej od 1995 roku (gdy deficyt w obrotach handlowych osiągnął naprawdę niepokojące rozmiary, choć nie było jeszcze problemów z rachunkiem obrotów bieżących). Wysoka stopa wzrostu w latach 1994 - 1998 pozostaje w ścisłym związku z szybkim zwiększeniem importu. Import zaopatrzeniowy pozwalał na szybki wzrost produkcji przemysłowej mimo ograniczonej modernizacji majątku produkcyjnego - po prostu część łańcucha wytwórczego zastępował import. Był on tani, ponieważ złoty był silny dzięki masowemu napływowi kapitału zagranicznego przyciąganemu przede wszystkim przez przyspieszoną prywatyzację. Poprawa efektywności eksporterów nie była dość szybka, by zapobiec wzrostowi deficytu handlowego. Ale aż do roku 1997 deficyt ten nie osiągnął 5 proc. PKB. Jednocześnie tani import konsumpcyjny skutecznie szachował inflację.

Jednak w roku wyborczym (1997) zagrożenie równowagi zewnętrznej było już poważne. Nic więc dziwnego, że po wyborach Leszek Balcerowicz - który w kampanii wyborczej obiecywał 8 proc. wzrostu, czym z pewnością pobił rekord populizmu - podjął wysiłki na rzecz "schłodzenia" gospodarki. Miało to przynieść poprawę równowagi zewnętrznej - deficyt 5 proc. PKB na rachunku bieżącym obrotów zagranicznych został proklamowany jako nieprzekraczalny. Ale priorytet ten był tylko jednym z trzech. Dwa pozostałe to kontynuowanie szybkiego zmniejszania inflacji i... osiągnięcie względnie szybkiego wzrostu. To był zestaw wewnętrznie sprzeczny, i dziwne, że Balcerowicz tego nie dostrzegł.

Schładzanie osłabiło wzrost, ale nierównowaga zewnętrzna wciąż rosła (deficyt na rachunku bieżącym przekroczył 8 proc. PKB), a i z inflacją było źle. RPP drastycznie zaostrzyła politykę pieniężną. Deficyt na rachunku bieżącym obrotów zagranicznych obniżył się o 3 punkty procentowe PKB, ale wcale nie znikła groźba kryzysu walutowego. Przeciwnie, wywindowane przez RPP stopy procentowe skutecznie przyciągnęły kapitał spekulacyjny, a złotówka gwałtownie się wzmocniła, stawiając eksporterów w coraz trudniejszej sytuacji. A przede wszystkim zduszony został popyt krajowy i gospodarka nieomal zatrzymała się w miejscu.

Następstwem jest drastyczny spadek dochodów budżetowych i nieuchronność dodatkowego wzrostu deficytu. W rezultacie, choć sytuacja na rachunku bieżącym obrotów zagranicznych jest znacznie lepsza, to zagrożenie kryzysem walutowym wzrosło. Nikt dziś nie może odpowiedzialnie powiedzieć, jaki będzie kurs złotego za kilka dni. W dalszym ciągu nie istnieje jeden ośrodek odpowiedzialny za politykę makroekonomiczną. Gdy minister finansów zapowiada nowelizację budżetu, to członkowie RPP natychmiast publicznie ostrzegają, że utrzymają wysokie stopy procentowe. A "rynki wiedzą", że oznaczałoby to jeszcze większe kłopoty ze wzrostem i większe sztywne wydatki budżetu, czyli pogłębienie problemów z deficytem. Oczywiście wyższe stopy procentowe to także zachęta dla spekulantów, by jeszcze zostawili u nas pieniądze. Decyzja dotycząca stóp procentowych nie jest  oczywista, ale przecież - przynajmniej teraz - państwo powinno działać spójnie. Nie działa.

Nie wydaje się, by istniała jakakolwiek realna krótkookresowa polityka stwarzająca gwarancje, że nie dojdzie do silnego (ponad 10 proc.) zdewaluowania złotówki. Mniejszy spadek wartości złotówki, choć będzie przykry dla wielu zadłużonych w walutach i stanowić będzie impuls inflacyjny, nie musi być źródłem szczególnych perturbacji (chyba że RPP, chroniąc swą reputację, podtrzyma cel inflacyjny). Propozycje ministra finansów nowelizacji budżetu wydają się rozsądne (pozostaje oczywiście problem dystrybucji ograniczeń), i trzeba mieć nadzieję, że rynki je zaakceptują. Jeśli zyskamy na czasie, to możemy podjąć działania antyrecesyjne i trwale poprawiające równowagę zewnętrzną. Ale powiedzmy jasno: któryś z celów trzeba określić mniej ambitnie niż dotychczas.

Różne priorytety

Moje sugestie wynikają z przekonania, że nie wolno zrezygnować z powrotu na przyzwoitą ścieżkę wzrostu (nie mniej niż 5 proc.) ani z poprawienia równowagi zewnętrznej. Trzeba bardziej powściągliwie określić tempo zmniejszania inflacji. To inny wybór priorytetów niż ministra finansów. Nie potrafię powiedzieć, jakie priorytety wybierze SLD. Czytałem program szykującego się do władzy ugrupowania i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że przyszła polityka gospodarcza jest najściślej strzeżoną tajemnicą.

Główną przeszkodą w kontynuowaniu względnie szybkiego wzrostu jest w dalszym ciągu deficyt w handlu zagranicznym. Nawet po zduszeniu popytu na początku tego roku import był o 38 proc. większy od eksportu. To rezultat poziomu cen artykułów z importu oraz struktury popytu krajowego. Niskie ceny importu są pochodną kursu (ostatnio dopiero osłabionego), który nie wzmacnia konkurencyjności naszej gospodarki, a został wywindowany przede wszystkim w następstwie pośpiesznej wyprzedaży narodowego majątku i napływu spekulacyjnego kapitału zwabionego bardzo wysoką rentownością inwestycji finansowych. Czynnikiem dodatkowym są szczególne więzi zagranicznych przedsiębiorstw osiadłych w Polsce z ich filiami i partnerami za granicą. Stanowi to przyczynę nasilonego importu kooperacyjnego, większego niż usprawiedliwia relacja cen krajowych do importowych (jest też problem wolnych mocy produkcyjnych zagranicznych inwestorów w innych krajach). Zagraniczne przedsiębiorstwa "wytwarzają" nieproporcjonalnie dużą część deficytu w handlu zagranicznym (a do tego prawie nie płacą podatku dochodowego).

No i czynnik ostatni - struktura popytu krajowego. Jest ona pochodną zróżnicowania dochodów, które od lat gwałtownie rośnie. Dlatego słabnie popyt na wyroby standardowe i żywność, a rośnie popyt na dobra (i usługi) ponadstandardowe i luksusowe, co dodatkowo powiększa import. Uzasadnione jest oczekiwanie, że ograniczenie wydatków publicznych i/lub obniżenie podatków dla zamożniejszych grup musi być dodatkowym impulsem zwiększenia importu.

Co zrobić

Znaczna obniżka stóp procentowych jest koniecznym warunkiem ponownego ożywienia w gospodarce i nie może być uzależniona od uprzedniego zredukowania wydatków publicznych. To nie znaczy, że obniżka stóp wolna jest od ryzyka. Nierównowaga zewnętrzna ma znaczenie kluczowe. Wzrost popytu nawet przy obecnym podwyższonym kursie złotówki przyniósłby znaczny wzrost importu. Nie można więc liczyć tylko na to, że wywołany obniżką stóp procentowych wzrost produkcji poprawi sytuację budżetu i zmniejszy ryzyko kryzysu walutowego. Warto dążyć do zmiany struktury popytu poprzez redukcję obciążeń podatkowych dochodów niskich i zwiększenie opodatkowania wysokich. To pozwoliłoby ludziom zaakceptować konieczne zaciskanie pasa. To, że menedżerowie niewielkich przedsiębiorstw zarabiają ponad 10 tys. zł miesięcznie, a w dużych nawet 80 tys. zł, jest szokujące.

Zmiany struktury popytu można też dokonać przez zasadniczy wzrost wydatków publicznych na inwestycje (niestety w znacznej mierze właśnie zamrażane) generujące produkcję krajową - przede wszystkim w infrastrukturze transportu i budownictwie mieszkaniowym. Jak to sfinansować? Od dawna twierdzę, że trzeba powrócić do niewielkiego (2 - 3 proc.) podatku importowego. Taki podatek przyniósłby nie tylko środki na sfinansowanie wspomnianych projektów, ale też osłabiłby presję na import.

Zwrot polityki makroekonomicznej ku produkcji, ubezpieczony działaniami strukturalnymi, nie zastąpi oczywiście innych zabiegów (np. ułatwiających dostosowania mikroekonomiczne), ale powinien otworzyć nową politykę gospodarczą. Trzeba się na to zdecydować, mimo że obniżka stóp i podjęcie wspomnianych działań nie ułatwi zmniejszenia inflacji. Ale nie widać powodów, by miał nastąpić jej ponowny wzrost (chyba że pojawią się jakieś ekstraszoki). Jest wysokie bezrobocie i dużo niewykorzystanego majątku. Na osłabienie importu krajowi producenci powinni zareagować wzrostem produkcji. Jaka jest zresztą alternatywa, poza stagnacją lub recesją ze wszystkimi jej katastrofalnymi następstwami?

* * *

Jak dotychczas kłopot w tym, że politykę gospodarczą kreują ortodoksyjni liberałowie z podręcznikami w ręku. Są absolutnie przekonani, że budżet musi być mały, inflacja bezwzględnie zduszona, państwo opiekuńcze szybko likwidowane, gospodarka całkowicie otwarta, redystrybucja dochodów odrzucona, no i wszystko trzeba sprywatyzować do dna. To nie jest jednak synteza dorobku teorii ekonomii, tylko dyrektywy pewnego jej wpływowego nurtu - konserwatywno-liberalnego. Jarosław Bauc należy do tych, którzy wątpliwości nie mają. Mówi: "gdy słyszę, jakie recepty proponuje się na zwalczanie bezrobocia, chwytam się za głowę. To myślenie tkwiące korzeniami w teoriach Johna Maynarda Keynesa. To są bzdury". Jednak różne nurty keynesizmu pozostają wpływowe, a żaden minister finansów nie powinien ich arogancko odrzucać. Nic nie zmieni tego, że ci, którzy ślepo ufając neoliberalnej ortodoksji prowadzili politykę przez ostatnie lata, ponoszą odpowiedzialność za jej smutny finał.

PS Już po napisaniu tego tekstu przeczytałem w "Rzeczpospolitej" interesującą dyskusję Marka Belki, Jarosława Bauca i Bogusława Grabowskiego. Jedno z niej wynika bezspornie: jeżeli SLD utworzy rząd samodzielnie, to główne linie polityki gospodarczej nie ulegną zmianie. Polityka stabilnej i zdyscyplinowanej większości w parlamencie będzie jednak bardziej konsekwentna. Można to różnie oceniać, ale trzeba to wiedzieć. -




