Polemika

A jednak zmarnowana dekada

JERZY EISLER

Z moją oceną okresu rządów Edwarda Gierka ("Zmarnowana dekada", "Rz" 4 - 5 sierpnia) podjął polemikę Krzysztof Dzierżawski z Centrum im. Adama Smitha ("Rz" 8 sierpnia). Na uwagi pana Dzierżawskiego nie odpowiadałbym, gdyby nie poważny, dyskwalifikujący historyka zarzut ahistoryzmu. Nie odważyłbym się podjąć polemiki z ekonomistą na polu gospodarczym; jeżeli jednak ekonomista podejmuje spór z historykiem o przeszłość, i to w dość napastliwy sposób, nie mogę pozostawić tego bez odpowiedzi.

Ani ja, ani żaden poważny badacz powojennej historii Polski nigdy nie zgłaszał (nawet hipotetycznie) przywołanych przez Dzierżawskiego niedorzecznych postulatów, by "na czele Biura Politycznego stał na przykład Anders, jego doradcą gospodarczym był Milton Friedman, a Radiokomitetem kierował Jan Nowak". Ironia jest tu nie na miejscu, gdyż dla historyka twarde trzymanie się realiów, a nie fantazjowanie, jest jedną z najważniejszych powinności. Byłbym gotów uznać to za zabieg retoryczny, gdyby nie wcześniejsze wywody Autora.

Otóż odrzuca on moją krytyczną ocenę gierkowskiego dziesięciolecia, stwierdzając, iż "w warstwie ekonomicznej jest z gruntu fałszywa". Zdaniem Dzierżawskiego "dekada lat siedemdziesiątych była w Polsce prawdziwą modernizacyjną rewolucją, finansowaną zresztą tylko w niewielkiej części z kredytów zachodnich. W sferze najbardziej spektakularnej zmodernizowano układ komunikacyjny kraju (droga szybkiego ruchu Warszawa - Katowice - Bielsko - Cieszyn, Centralna Magistrala Kolejowa łącząca Śląsk z Warszawą) i jego stolicy (Trasa Łazienkowska, Wisłostrada, rozpoczęcie budowy Trasy Toruńskiej); zbudowano Port Północny pozwalający na import znacznych ilości ropy naftowej spoza Związku Radzieckiego oraz nowoczesną rafinerię w Gdańsku, która mogła przerabiać surowiec z Bliskiego Wschodu; powstała Fabryka Samochodów Małolitrażowych; odbudowano Zamek Królewski w Warszawie. W sferze mniej spektakularnej zmodernizowano system energetyczny kraju, ale dokonała się także modernizacja na poziomie przedsiębiorstw".

Trudno nie zgodzić się z przykładami trafnych inwestycji. Rzecz w tym, że jednocześnie można przywołać setki inwestycji chybionych, błędnych, które pochłonęły miliardy złotych. Przykład pierwszy z brzegu: autobusy "Berliet". Gdy kupowano ich licencję, we Francji praktycznie nie były używane do komunikacji miejskiej i mimo że wyposażono je w produkowany w Polsce licencyjny silnik brytyjskiej firmy Leyland, okazały się zbyt delikatne na polskie warunki. Z czasem opowiadano, iż wyboru Berlieta dokonano, kierując się nie kryterium ekonomicznym, ale politycznym (znaczny pakiet akcji tej firmy posiadała Francuska Partia Komunistyczna i chodziło o wspomożenie "francuskich towarzyszy"). Kolejnym spektakularnym przykładem bezsensownego zakupu licencyjnego był traktor "Massey-Fergusson" z silnikiem Perkinsa. Kupując licencję, kierowano się głównie tym, że Polska będzie mieć światowy monopol na produkcję narzędzi i części zamiennych w układzie calowym. Nie wzięto tylko pod uwagę drobnego szczegółu, że świat właśnie odchodził od układu calowego i polskie elementy wkrótce stały się niepotrzebne. Jeżeli to nie jest marnotrawstwo i ekonomiczna niekompetencja, to doprawdy nie wiem, co mogłoby na to miano zasługiwać.

Trzeba też przypomnieć zapomnianą dziś, a obowiązującą w Polsce w latach siedemdziesiątych zasadę samospłaty. Otóż pożyczano za granicą pieniądze na budowę zakładu przemysłowego, przyjmując założenie, iż przez pierwsze lata będzie on produkował wyłącznie albo w zdecydowanej większości na eksport, i w ten sposób nastąpi spłata kredytu. I rzeczywiście, niektóre obiekty (np. zbudowany przez Szwedów w Warszawie Hotel Forum lub Fabryka Samochodów Małolitrażowych w Bielsku-Białej i Tychach) "spłaciły się" w taki sposób. Nieporównanie więcej nie było w stanie tego uczynić. Działo się tak między innymi dlatego, że wiele decyzji gospodarczych podejmowano w tamtych latach w sposób - jak to później określano - woluntarystyczny.

Żeby nie być gołosłownym - przykład. W 1972 roku był wybór: zbudować w Teofilowie pod Łodzią za mniej więcej te same pieniądze fabrykę markowych jeansów lub zakład produkcji bistoru. Młodzi Czytelnicy nie wiedzą nawet, co to był bistor - materiał ze sztucznego włókna na garnitury i garsonki, który wyszedł z mody, zanim fabryka osiągnęła docelową moc produkcyjną. Przez lata produkowano go niemal wyłącznie na skład, gdyż nikt nie chciał kupować "plastikowych" ubrań. Tymczasem jeansy modne trzydzieści lat temu są równie chętnie noszone i dzisiaj.

Krzysztof Dzierżawski ma częściowo rację, gdy pisze, iż modernizację gospodarki finansowano "tylko w niewielkiej części z kredytów zachodnich". Opinia ta jest prawdziwa zwłaszcza co do pierwszej połowy lat siedemdziesiątych. Zdzisław Rurarz - jeden z doradców gospodarczych Gierka, późniejszy ambasador w Tokio, który po wprowadzeniu w Polsce stanu wojennego "zdezerterował" do Stanów Zjednoczonych, w swojej wspomnieniowej książce napisał, że w latach 1971 - 1972 "kredyty obce odgrywały jeszcze bardzo małą rolę w przyspieszeniu rozwoju. W 1971 r. zadłużenie PRL w kredycie średnio- i długoterminowym, które na koniec 1970 r. wynosiło 1,2 miliarda dolarów, nie wzrosło w ogóle, a w 1972 r. wzrosło tylko o 300 milionów dolarów. Było to niczym w porównaniu do tego, co było później (w 1976 r. zadłużenie w ciągu jednego roku wzrosło o 3,6 miliarda dolarów, a w 1979 r. nawet o 3,8 miliarda)".

Wypada przypomnieć, iż dolary miały większą wartość niż dzisiejsze, a wpompowano je do Polski, w której przeciętna miesięczna płaca według czarnorynkowego (realnego) kursu wynosiła 30 dolarów, a według znacznie zaniżonego kursu oficjalnego 100 dolarów. Nie ulega wątpliwości, że inną wartość miał miliard dolarów, zainwestowany w Polsce w latach siedemdziesiątych, a inną miliard, który wpływał tutaj w ostatnim dziesięcioleciu.

Na koniec kluczowa kwestia: czy można było za zagraniczne kredyty zrobić coś bardziej sensownego dla Polski? Innymi słowy, czy można było je inaczej (mądrzej i efektywniej) zainwestować? Polemista stwierdza autorytatywnie, że było to niemożliwe, gdyż - jak można się domyślać - winę za wszystko ponosili nie ludzie, ale system, a "Edward Gierek na kształt systemu, a właściwie na jego istotę miał wpływ taki mniej więcej jak na przebieg zjawisk atmosferycznych, ponieważ system był konsekwencją rozstrzygnięć natury geopolitycznej, a nie widzimisię jakiegokolwiek sekretarza partii". Naturalnie, system polityczny i ustrój gospodarczy PRL były konsekwencją układu sił w powojennym świecie i nie zależały ani od Gierka, ani od żadnego innego sekretarza, ale nie da się tego powtórzyć w odniesieniu do konkretnych inwestycji. Te zależały od "pierwszego". Z moich rozmów z ówczesnymi działaczami szczebla centralnego niezbicie wynika na przykład, że Sowieci wcale nie narzucali nam budowy największego zakładu przemysłowego "zmarnowanej dekady" - Huty Katowice - choć oczywiście inicjatywę "polskich towarzyszy" przyjęli z zadowoleniem. Za pieniądze utopione w budowie huty (z której sprzedażą jest dziś tyle problemów, a która znacząco przyczyniła się do degradacji ekologicznej województwa katowickiego) można było na przykład wybudować autostrady Słubice - Terespol oraz Gdańsk - Kraków, i to byłaby prawdziwa modernizacja kraju.

Podtrzymuję przypuszczenie, że gdyby te dwadzieścia kilka miliardów dolarów zainwestowano wtedy rozumnie, a nie roztrwoniono na inwestycje oddawane do użytku w określonym z powodów politycznych terminie, które jak Dworzec Centralny w Warszawie (otwarty w dniu przyjazdu na VII Zjazd PZPR Leonida Breżniewa) niemal od razu trzeba było poprawiać i wykańczać po raz drugi, to bylibyśmy dzisiaj na poziomie Hiszpanii.

Jerzy Eisler jest historykiem, autorem licznych opracowań z dziejów PRL. Pracuje w Instytucie Pamięci Narodowej.


