Środowisko prokuratorskie nie może stawać przed wyborem, komu służyć - praworządności czy  władzy

Pod kuratelą prawa czy polityki?

RYS. PAWEŁ GAŁKA

STANISŁAW PODEMSKI

Skrywane przez zdymisjonowanego ministra sprawiedliwości śledztwo dotyczące dziennikarzy "Rzeczpospolitej", wtrącanie się  szefa tego resortu w konkretne postępowania karne, sprowadzenie ustawowej reguły niezależności prokuratora do czczej deklaracji, całkowite milczenie - w tych przypadkach - samorządnych zgromadzeń prokuratorów, wszystko to każe powrócić do od dawna wysuwanych i omawianych przez środowisko prokuratorskie idei i nowych rozwiązań prawnych. 

Tak się bowiem stało, że w konstytucji z 1997 r. blisko 30 artykułów poświęcono organizacji i uprawnieniom władzy sądowej, ale ani jednego prokuraturze. To milczenie ma swe skutki, i co minister sprawiedliwości, a zarazem prokurator generalny, to różne pomysły na prokuraturę.

Oddzielenie funkcji ministra, członka rządu i polityka, od funkcji prokuratora generalnego, wzmocnienie kruchego samorządu prokuratorskiego, ograniczenie wieloszczeblowej machiny nadzoru w prokuraturze, powrót do rozwiązań międzywojennych, w których sędzia i prokurator korzystali z jednej ustawy określającej ich prawa i obowiązki, żądanie, by nominacja prokuratora należała do prezydenta - o tym od lat mówi się wśród oskarżycieli publicznych. Czasem kolejny minister sprawiedliwości przyzna, że któreś z tych żądań jest słuszne, zapowie nawet nową ustawę o prokuraturze (obecna, wielokrotnie zmieniana, nosi datę 20 czerwca 1985 r.), po czym zapada długa cisza. Tymczasem wszystkie te postulaty i wołania, tak różne, mają przecież wspólny mianownik. Gwałtownie poszukuje się za ich pomocą  sposobów ograniczenia złego wpływu polityki na postępowanie karne.

Łączyć czy nie łączyć?

Obydwa rozwiązania, tj. łączenie funkcji ministra i prokuratora generalnego lub ich oddzielenie, mają swych zwolenników i odpowiedniki w wielu krajach. W Szwecji czy Portugalii zdecydowano się na odrębność tych urzędów. W Austrii praktykuje się ten sam co u nas model. W RFN ustawy w sześciu landach mówią, że prokurator przy wykonywaniu swego urzędu "pozostaje w stałej zgodności z poglądami i celami rządu". Co jakiś czas niemiecka prasa krytykuje to postanowienie, gdyż ministrowie sprawiedliwości robią zeń użytek, wysyłając na wczesne emerytury niemiłych im prokuratorów. Prokuratorów generalnych landów nazywa się więc generałami pod kuratelą polityka, tj. ministra sprawiedliwości lub premiera rządu krajowego.

Wszędzie jednak próbuje się pogodzić ogień z wodą, czyli pożądaną samodzielność prokuratora z pierwszym obowiązkiem rządu zapewnienia bezpieczeństwa wewnętrznego państwa i porządku publicznego (tak to ujmują konstytucje, w tym polska).

W Estonii kadencja prokuratora generalnego trwa pięć lat. Czy to dobre rozwiązanie, uniezależniające zwierzchnika prokuratury od zmieniających się ciągle władz politycznych? Teoretycznie tak, ale czy przez ten okres nie można okazać się szefem nieudolnym, bez talentów organizacyjnych i umiejętności doboru ludzi, ujawniającym nagle przy pełnieniu urzędu stronnicze sympatie polityczne? Przywołuję przykład Estonii, bo i w Polsce kadencyjność prokuratora generalnego ma swych zwolenników.

Wąż biurokracji 

Najodleglejsza nawet od centrum władzy prokuratura rejonowa ma nie tylko własnego, ale i trzech innych szefów: prokuratora krajowego, apelacyjnego, okręgowego. W każdej chwili mogą oni, wykorzystując blankietowy przepis ustawy o prokuraturze, ingerować w toczące się postępowanie karne, i tak też się dzieje. Kiedy minister Hanna Suchocka w rozmowie z kwartalnikiem "Prokurator" (nr 1 z br.) żaliła się, że nadzór służbowy w prokuraturze ma tendencję do rozrastania się i że nie ma na to żadnego wpływu, redakcja bez ogródek określiła przyczyny tego stanu: "To zrozumiałe. W Prokuraturze Krajowej jest kilkudziesięciu prokuratorów, w apelacyjnych podobnie, oni wszyscy muszą uzasadnić swe istnienie i produkują sterty pism. Gdybyśmy to zmienili, zmniejszyłaby się ta biurokracja". Jak to zrobić? Radykalna propozycja zakłada zniesienie co najmniej jednego ogniwa nadzoru.

Milczący samorząd

Czy prokuratura powinna wesprzeć się na własnym samorządzie, podobnym do tego, którym dysponują od lat sędziowie? To jedno z najtrudniejszych pytań. Sędziowie uzyskali bowiem tak szerokie prawa korporacyjne, że dziś wywołują one krytykę. Na przykład nie każdy wybrany demokratycznie przez kolegów prezes sądu cieszy się zasłużoną popularnością. Bywa, że jest ona co najmniej wątpliwa, bo oparta na pobłażaniu sędziom niepunktualnym w pisaniu uzasadnień wyroków, nieterminowo wyznaczającym rozprawy, będącym antytalentami organizacyjnymi i bałaganiarzami.

Prokuratura na razie dysponuje tylko czymś w rodzaju samorządu. Stanowią go zgromadzenia w prokuraturach apelacyjnych, reprezentujące oskarżycieli danego obszaru. Wysłuchują one informacji szefa i wyrażają o nich swe opinie, opiniują kandydatury na prokuratorów, wyrażają opinie w innych przedłożonych im sprawach. Jest także Rada Prokuratorów przy prokuratorze generalnym i pod jego przewodnictwem. Trudno więc oczekiwać od niej słów ostrej krytyki.

Zgromadzenia w apelacjach dowiodły jednak w przeszłości, że umieją przeciwstawić się szalejącemu szefowi. Kiedy krótko urzędujący minister sprawiedliwości poprosił (w 1995 r.) zgromadzenie we Wrocławiu o opinię w sprawie miłej mu, ale złej kandydatury na prokuratora wojewódzkiego, 28 głosów było przeciw, jeden tylko poparł ministra. Nie wiadomo nic o sprzeciwie zgromadzeń czy Rady Prokuratorów w sprawach, które w ostatnich miesiącach wywołały poruszenie całego środowiska. Jest to więc krok do tyłu w stosunku do roku 1995. Zrównoważenie praw samorządowych środowiska ze zhierarchizowaniem urzędu prokuratorskiego i niezbędną tu dyscypliną nie jest proste. Ale czy nie należy starać się o znalezienie punktu tej równowagi?

We Francji w Najwyższej Radzie Sądownictwa zasiadają na równi sędziowie i prokuratorzy. 

Nie trzeba wahać się przed nadawaniem temu zawodowi należytego prestiżu i honorów, np. zaopatrzeniem nominacji prokuratorskiej w podpis prezydenta RP.

Licząca prawie 5400 osób społeczność prokuratorska przesądza w niemałej mierze o prawach obywatelskich. Wprawdzie to sąd decyduje o aresztowaniu czy wyznacza sumę kaucji pieniężnej, ale proponuje je prokurator. On także umarza postępowanie karne, odmawia ścigania, składa apelacje i zażalenia. Samopoczucie tej niewielkiej, lecz wpływowej społeczności leży w interesie całej obywatelskiej zbiorowości. Nigdy w minionym dziesięcioleciu nie było ono tak złe jak dziś. 

Dyskusja poświęcona ustrojowemu kształtowi prokuratury nie doprowadziła do zmian legislacyjnych, ani nawet organizacyjnych. Trwa natomiast prezentacja jednostkowych, jaskrawych przypadków i wyciągania z nich łatwych, uogólniających wniosków. W każdym zawodzie dochodzą do głosu przejawy intelektualnej ciasnoty, brak wrażliwości społecznej i moralnej, mizeria kwalifikacji, także zwyczajna nieuczciwość. Nie są od nich wolni również prokuratorzy. Jednak gdy jakiś prokurator biesiadował z przestępcą, to inny zapłacił inwalidztwem (po oblaniu kwasem siarkowym) za swą nieustępliwą walkę ze światem zbrodni.

Codziennie na biurku każdego prokuratora (mówi statystyka) pojawia się jedna nowa sprawa. To trzy razy więcej, niż wynosi racjonalna norma. Nie tylko sądy płacą wysoką cenę za obciążenie ponad wszelką miarę, także oskarżyciel. W dodatku prokurator pracuje z policją, zależny jest więc od jej sukcesów i porażek, złej lub dobrej pracy. Ponieważ on jednak podpisuje decyzje o umorzeniu lub postawieniu przed sądem, spada nań odpowiedzialność za plon dochodzenia lub śledztwa.

Nie można już pomijać milczeniem żądań środowiska prokuratorskiego. Zbyt często staje ono przed dramatycznym wyborem: komu służyć? Praworządności czy kapryśnej, zmiennej, nieobliczalnej polityce? -


