Z Adamem Małyszem rozmawia Andrzej Łozowski

Miś na Krupówkach

FOT. MICHAŁSADOWSKI

Rz: No i dogonili pana Sven Hannawald, Simon Amman i Matti Hautamaeki. A może pan na nich trochę poczekał? 

ADAM MAŁYSZ: Myślę, że raczej oni mnie dogonili. Jeśli gdzieś na nich trochę poczekałem, to w styczniu na Turnieju Czterech Skoczni. Ale trzymałem się czoła, tylko raz wypadłem z szóstki. Wygrałem siedem konkursów przy jedenastu w poprzednim sezonie. Z tego porównania jasno wynika, że mnie dogonili. Można powiedzieć, że drugi raz wygrałem Tour de France, ale już nie byłem tak często etapowym zwycięzcą. Z tym że tegoroczny wyścig miał dużo dłuższą trasę, był o wiele bardziej męczący. Trzydzieści trzy konkursy w cztery miesiące. 

Wszyscy mówią, że Ammann nie wygrałby olimpiady, gdyby nie leżał w Willingen i nie miał przymusowej przerwy. Czy pan jest podobnego zdania? 

Chyba tak jest i Ammann nie jest żadnym wyjątkiem. W przeszłości było wielu skoczków, którzy ulegali kontuzjom po upadkach, chcieli nawet kończyć karierę, ale po powrocie na rozbieg nagle stwierdzali, że czują głód skakania. Zostawali jeszcze na jakiś czas i mieli bardzo dobre wyniki. Jest to sytuacja wyjątkowo korzystna: nic się nie musi, nikt nie oczekuje dobrego wyniku, trenerzy grzecznie pytają, czy masz ochotę na start, bo może wolisz na tym konkursie być widzem. Żadnego przymusu. Ammann był w tej komfortowej sytuacji na zimowych igrzyskach i to wykorzystał. Potem szło mu już trudniej. 

Amman zabrał panu złote medale na olimpiadzie, Hannawald sprzątnął Turniej Czterech Skoczni. Stracił pan dwa duże kawałki tortu. Czy to nie pech? 

Nie wiem, czy wolałbym większy kawałek tortu. Chyba by mnie zemdliło. To raczej na ubiegły sezon, na tę swoją dominację, patrzę dzisiaj jak na coś nienormalnego. Przecież jeden skoczek nie może wszystkiego wygrywać. To jest wbrew porządkowi na tym świecie i w sporcie. Jak popatrzymy wstecz, w skokach bywali już tacy jak ja. Dominowali przez jakiś czas, potem ich zastępowali inni. Przede mną był Martin Schmitt, przed nim Primoż Peterka, przed nimi Jens Weissflog, Matti Nykaenen. Nawet na własny użytek trudno mi wytłumaczyć tę moją ogromną przewagę w poprzednim sezonie. Nikt na mnie nie zwracał specjalnej uwagi, pojawiłem się nagle, zacząłem wygrywać. Chyba ich wszystkich po prostu zaskoczyłem. Przed rokiem byłem takim kolarzem, którego nie warto gonić. W tym sezonie już mi na to nie pozwolili. 

Zakończył pan sezon rekordowym skokiem na odległość 223,5 metra. Czy jest gdzieś koniec tych waszych orlich lotów? 

Gdyby nie wiatr na mamucie w Planicy, poszybowalibyśmy w tym roku chyba dalej od rekordu świata Andreasa Goldbergera, który wynosi 225 metrów. Nie wiem, kto pierwszy by to zrobił, ale przy korzystnym wietrze było to możliwe. Czy jest gdzieś kres naszych możliwości? Nie umiem takiej granicy wyznaczyć, mogę natomiast powiedzieć, że nie bałbym się lotu na odległość 300 metrów. Nie ma na świecie takiego mamuta, ale przecież nie można wykluczyć, że kiedyś ludzie go zbudują, pamiętając oczywiście o naszym bezpieczeństwie. 

Narysowałby pan takiego mamuta? 

To jest prosty rysunek. Wiadomo, że do lotu 300-metrowego potrzebna jest większa prędkość, czyli musi być dłuższy rozbieg. Co do zeskoku, sam profil nie różniłby się od tych dzisiejszych, tylko byłby o kilkadziesiąt metrów dłuższy. Na dzisiejszych zeskokach jest od 140. do 170. metra taka nisza, żebyśmy nie tracili wysokości. Podobną niszę miałyby zeskoki tych ogromnych mamutów, tylko zaczynałaby się na 150. metrze, a kończyła na 230. metrze. Potem już byłoby niedaleko do 300. metra. 

Panie Adamie, pan mówi poważnie? 

Jak najpoważniej. Sam lot nie przysparza nam trudności, kiedy już wybijemy się z progu, ułożymy narty i pokonujemy przestrzeń. Trudność polega na stworzeniu takich warunków, by to wszystko można było bezpiecznie wykonać. Z nami jest tak jak z samolotami pasażerskimi: trudności występują przy starcie i przy lądowaniu. Do lotu 300-metrowego potrzebna jest większa prędkość na rozbiegu mniej więcej o 5 kilometrów, czyli w granicach 110 km/godz. Wierzę, że taki obiekt kiedyś zostanie zbudowany. Człowiek chce biegać coraz szybciej, skakać coraz wyżej i rzucać coraz dalej. Dlaczego miałby zrezygnować z dłuższych lotów na nartach. Ale ja już pewnie tego nie doczekam. 

Zostańmy jeszcze na mamuciej skoczni. Dlaczego Tomasz Pochwała miał w Planicy tak niebezpieczny upadek? 

Zaraz po odbiciu się z progu przekręcił lewą nartę, która złapała powietrze i pociągnęła go do dołu. Przy szybkościach na mamucich skoczniach jest ogromny opór powietrza, którego skoczek nie jest w stanie pokonać. Każdy z nas ma taki upadek za sobą, tyle że nie każdy doświadcza tego na mamuciej skoczni. 

A pana gdzie pociągnęła do dołu narta? 

Na Wielkiej Krokwi w Zakopanem i stało się to wtedy, kiedy miałem te swoje dolegliwości z lewą nartą, czyli za kadencji trenera Pavla Mikeski. Runąłem w dół, narta wbiła się w zeskok i już tam została na dłużej. Wyrwało mi ją z zapięcia. Miałem dużo szczęścia: skręciłem lewą nogę i wybiłem palec u dłoni. Ten wypadek miał zresztą humorystyczne następstwa. W kierunku Krokwi szedł chwilę później dzisiejszy szef wyszkolenia naszego związku, Marek Siderek, z kilkoma innymi skoczkami. Kiedy zobaczył z daleka wbitą w zeskok nartę, wziął ją za chorągiewkę. Zatrzymał się na drodze, popatrzył na zeskok i powiedział: "Jeszcze nie ma skoków. Zobaczcie, tam jest wbita chorągiewka na zeskoku. Idziemy z powrotem". A ja wtedy leżałem na dole i skręcałem się z bólu. Ale oni tego nie widzieli z drogi. 

Stracił pan kiedyś przytomność? 

To też mam za sobą. Gdy byłem juniorem, jeszcze się skakało stylem klasycznym. Podczas jednego z treningów z trenerem Janem Szturcem na małej skoczni w Łobajowie koło Wisły było mało śniegu, więc na rozbiegu trener poukładał gałęzie z choinek. Kiedy zacząłem zjeżdżać w dół, do narty przykleiła się gałąź, na której było dużo żywicy. Pociągnąłem za sobą tę gałąź. Spadłem z progu na głowę. Przytomność odzyskałem po jakimś czasie w szatni. 

Pan ciągle skacze w tym swoim szarym kombinezonie. Niemcy mają nowe dwuczęściowe ubiory, inni też podążają za modą. Lubi pan stary garnitur? 

Ja mam kilka szarych garniturów na wieszaku, ale też nikt mi nie proponował dwuczęściowego kombinezonu, jaki mają Niemcy. Widząc czasem nowości sprzętowe na konkurentach, mówimy w grupie polskich skoczków, że my zawsze musimy być na końcu. Z drugiej strony trzeba mieć do tych nowości dystans, nie wolno dać się sprowokować. Wydaje mi się, że bardzo często nowe narty czy nowe kombinezony nie tyle pomagają dalej skakać, ile działają na psychikę konkurentów. Co do niemieckich nowych kombinezonów w dwóch kolorach - podobno producent bardzo nad nimi pracował i są jakościowo dobre. To widać zresztą po szybkości na progu Martina Schmitta i jego partnerów. 

Nart też pan nie zmienia. Lubi je pan jak stare wygodne buty? 

Coś w tym jest. Elan zrobił mi kilka par nowych nart, podobno konstruktorzy poświęcili na to aż dwa miesiące, a ja ciągle lepiej się czuję na starych. Dostałem dwie pary na początku sezonu, przyzwyczaiłem się do nich, po prostu je lubię i używałem ich przez cały sezon. 

Nie jest pan zazdrosny o Martina Schmitta? Bardzo go w Polsce lubią... 

Nie tylko nie jestem zazdrosny, ale i chętnie był się z nim podzielił popularnością. Schmitt jest normalnym człowiekiem: życzliwym, grzecznym, koleżeńskim. Jest taki wszędzie tam, gdzie pojedzie, nie tylko w Polsce. Przecież kiedy niemiecka ekipa przyjechała na zakopiański Puchar Świata, Martin udzielał wywiadów TVP, podpisywał autografy i wszystko to robił z uśmiechem na ustach. Dla odmiany Sven Hannawald odwrócił się tyłem do kamery, był obrażony na wszystkich. I potem miał kłopoty z naszymi kibicami. 

Czy to usprawiedliwia ich gwizdy w Zakopanem, potem śnieżki w Harrachovie? 

Nic takiego nie powiedziałem i czułem się tym wszystkim zawstydzony. Staram się rozumieć obu skoczków: miłego, ciepłego Martina i chłodnego Svena. Tacy są. W Harrachovie też o mało nie oberwałem śnieżką, kiedy jechałem na górę wyciągiem. Moim zdaniem, więcej w tym incydencie było dziecinady niż grozy. Nasze media zrobiły z tego skandal międzynarodowy. Mam nadzieję, że wszystko wróci do normy po naszym symbolicznym pojednaniu na podium w Planicy. Chociaż pomysł z zamianą flag narodowych nie był nasz, skoczków, Sven odniósł się do tego z całkowitym zrozumieniem. Nawet zaskoczył mnie tym, że tak chętnie zamienił się flagami. 

Dużo pan mówi o zmęczeniu sezonem. Ale skoki to przecież pana zawód. 

Niestety, ta praca nie polega tylko na samym skakaniu na nartach. Od końca listopada do końca marca jesteśmy praktycznie poza domem. Żyjemy w hotelach, na lotniskach, w samochodach. Konkursy są właściwie przyjemnością, ale one nie trwają długo. To nie konkursy męczą, lecz wiele miesięcy poza domem. W moim przypadku dochodzą jeszcze liczne obowiązki, które mają związek z popularnością. Udzielam więcej wywiadów, niż bym chciał, i muszę spotykać się z ludźmi nie wtedy, kiedy mam na to czas i ochotę. Nie płaczę z tego powodu, tylko mówię, skąd się bierze zmęczenie. 

Czy ludzie pana męczą? 

To jest delikatny temat, ale spotkań w moim przypadku jest po prostu za dużo. Lubię rozmawiać z prezydentem Kwaśniewskim nie dlatego, że to głowa państwa, bardzo ważna osoba, lecz dlatego, że on zna i lubi sport. Moje wyniki zna chyba lepiej ode mnie. Nie lubię natomiast tych wszystkich uroczystości, na których jestem sadzany za stołem na specjalnym miejscu i obsypywany miłymi słowami. Nie bardzo wiem, co mam ze sobą zrobić, poza grzecznym uśmiechaniem się i spuszczaniem oczu. Trwa to zazwyczaj bardzo długo i mówi się o mnie jak o kimś bardzo ważnym, wyjątkowym. A ja przecież tylko dobrze skaczę. 

Czy pana to dziwi, że ludzie się do pana garną? 

Jest mi bardzo miło, ale ogromna większość ludzi w ogóle ze mną nie rozmawia i chyba nawet nie chce. Jestem dla nich takim automatem do pisania autografów, specjalnych życzeń, do pokazywania palcami i czasem dotykania. Ludzie nie chcą wiedzieć, co myślę, w jakim jestem nastroju, tylko chcą mieć ze mną zdjęcie. Popularności dopiero się uczę, ale im więcej na ten temat wiem, tym częściej czuję się takim misiem na Krupówkach. Chyba miałem rację, mówiąc po pierwszych zwycięstwach w Pucharze Świata przed rokiem, że chciałbym skakać jak Martin Schmitt, ale żyć jak Adam Małysz. 

Co z domem? Ciągle nie jest pan na swoim? 

Dom jest w stanie surowym, a przeprowadzkę planujemy z żoną na lato. Jestem zbyt zmęczony sezonem, żeby o nowym domu mówić tak, jak na to zasługuje. Z entuzjazmem, z wypiekami na twarzy. Strasznie przy nim dużo roboty, wiele nierozstrzygniętych jeszcze do końca spraw. Nie wiem, jak urządzić ogród, nie wiem, co posadzić. 

Skoki są na kilka lat, dom jest na całe życie. Chyba łatwo odpowiedzieć na pytanie, co ma pierwszeństwo? 

Ja o tym wszystkim wiem, ale przez kilka ostatnich miesięcy nie dość, że nie zajmowałem się nowym domem, to jeszcze byłem gościem w domu teściów, gdzie teraz mieszkamy. Budowa była na głowie żony. Poza tym na dom muszę zarobić, a zarabiam skakaniem. Odpocznę kilka dni i zabiorę się za sprzątanie, za ogród. Lubię to robić. 

Jeśli ludzie pozwolą. Może prace w ogrodzie trzeba zacząć od postawienia płotu? 

Droga, która prowadzi od głównej ulicy w Wiśle do naszego nowego domu jest zatarasowana ogromnym kamieniem. Jeszcze przedwojennym. Blokada jest pochodzenia naturalnego. Wycieczki autokarowe będą mnie szukały pod starym adresem i poprosiłem teściów, żeby mnie zastępowali w miarę możliwości. Źle się sadzi drzewa, kiedy podpisuje się autografy. Nie chciałbym, broń Boże, chować się przed ludźmi, ale mogliby mi dać kilka miesięcy urlopu okolicznościowego. Na prace domowe. Podobnie telewizja, która filmując w przeszłości dom teściów, zaczynała reportaż od pokazania tablicy z adresem. Czy to nie jest naruszenie prywatności i spokoju kilku rodzin, bo przecież nie mieszkałem wtedy u siebie? Powtarzam - nie chcę uciekać przed ludźmi, ale złości mnie, kiedy zaprasza się ich do mnie, nie pytając o zgodę gospodarza. 

Łatwo do pana trafić? 

Tak się dziwnie składa, że ludzie, których zapraszam, mają trudności ze znalezieniem adresu, podczas gdy wycieczki autokarowe jadą do mnie jak po sznurku. Zaprosiłem niedawno braci Golców, wytłumaczyłem, jak dojechać. Przejechali Wisłę i wylądowali w Kubalonce. Jak mnie wreszcie znaleźli, wyglądali na ludzi zmęczonych. 

Czy był pan gdzieś, gdzie ludzie nie wiedzą, co to skoki narciarskie? 

Na Mauritiusie, gdzie byłem w ubiegłym roku na krótkich wakacjach, ludzie nie widzieli nigdy śniegu, więc siłą rzeczy nie mogli wiedzieć, co to są skoki narciarskie. Kiedy usłyszeli, że skaczę dość daleko na nartach, koniecznie chcieli się dowiedzieć, czy to jest coś podobnego do skoków na nartach wodnych. Dociekali, czy zanim skoczę, rozciąga mnie motorówka. Nie mogli uwierzyć, że biorę rozbieg sam, odbijam się w powietrze i lecę dwieście metrów. Potraktowali to jak dobry żart. Patrzyli podejrzliwie. -


