Kazimierz Kutz o Tadeuszu Łomnickim w dziesiątą rocznicę śmierci aktora

Zawsze był gotów do wielkiego skoku

Łomnicki nie był człowiekiem, którego można kochać bezgranicznie.  Miał bardzo skomplikowaną osobowość. Stała się źródłem jego wielkiego talentu, witalności, bo warunki aktorskie miał marne.  Cierpiał z tego powodu nieustannie. Bolał, że nie jest popularny i tak rozpoznawalny jak różne sezonowe gwiazdy.

Mimo swoich kompleksów, chciał osiągnąć w teatrze wszystko, jego pracowitość była godna pozazdroszczenia. Niecodzienna inteligencja zaprowadziła go na szczyty. Był oczywiście "potworem", który wszystko podporządkował sztuce. Zawsze czuło się jego gotowość do wielkiego skoku. I to było wspaniałe. Zawsze robił co najmniej trzy rzeczy naraz. Pamiętam, jak odwoził mnie po próbie. Jednocześnie prowadził samochód, rozmawiał o swoich problemach i z magnetofonu uczył się nowej roli albo angielskiego.

Był cholerykiem i często nie panował nad sobą, łatwo było go podrażnić i sprowokować do gniewu, choć sam również nie unikał prowokacji. We wszystkim, co robił, nieco przesadzał, "błaznował". Wszystko, wszystko musiało mieć formę, nawet jego nieautentyczność była jakby "robiona". Sprawiał wrażenie aktora, który nie traci ani chwili - ćwiczy cały czas. Kiedy natykał się na kogoś nieżyczliwego, też stawał się niesympatyczny. Pamiętam, jak na planie "Pokolenia" Andrzeja Wajdy Zbigniew Cybulski bardzo bał się spotkania z Łomnickim. Poprosił mnie o kupienie skrzynki piwa. Opróżnił wszystkie butelki dla kurażu i gdy przyszło do nagrywania sceny, zaskoczył Tadeusza swoją improwizacją. Łomnicki z wrażenia przestał grać, a całą złość na siebie dość brutalnie wyładował na mnie.

Zapomniany majowy kartofel

Spotkaliśmy się po latach, kiedy Tadeusz zaprosił mnie do reżyserowania w Teatrze Na Woli "Przedstawienia ČHamletaÇ we wsi Głucha Dolna", tragedii ma motywach Szekspira o kacyku rządzącym jugosłowiańską wioską. W latach 70. był to tekst niecenzuralny. Łomnicki bał się. Nie o siebie, lecz o teatr. Mimo to podjął się wystawienia dramatu. Na dobrą sprawę jako reżyser nie mogłem aktorom powiedzieć, o czym ten tekst jest. W dodatku, przeważnie młodzi, bali się Łomnickiego. Mierzenie się z jego wielkością, niedawnym rektorem, profesorem, blokowało ich. Szukałem sposobu na rozładowanie niekorzystnego napięcia. Na scenie ludzie muszą się czuć wolnymi. Aż któregoś dnia przyłapałem Tadeusza kompletnie nieprzygotowanego do próby. Zacząłem go pouczać, czym jest praca w teatrze, jakby był amatorem. Mówiłem, że nie rozumie tekstu, tłumaczyłem każdy szczegół, jak komuś głupiemu. Zespół osłupiał, a on zzieleniał. Poczuł się dotknięty, nie wytrzymał i wyszedł. Zapadła cisza. Udawałem, że czekam na jego powrót, a gdy po 10 minutach nie wrócił, krzyknąłem: "Co wy się, k...., tego ch.... boicie?! " - a wiedziałem, że podsłuchuje mnie. "To ma być wielki aktor, wasz nauczyciel, a zrywa próby we własnym teatrze? Przecież to jest ostatni kartofel zapomniany w piwnicy w maju! ".

Wyznanie wiary

Po próbie specjalnie nie wróciłem do hotelu, tylko poszedłem spać do kolegi, żeby Tadeusz nie mógł mnie znaleźć. Następnego dnia za pięć dziesiąta byłem w teatralnym bufecie. Cały zespół czekał w gotowości. Usiadłem jak najdalej od drzwi. O dziesiątej pojawił się... i rozpoczęła się komedia. To cały Łomnicki! Najpierw pocałował w rękę bufetową, potem podszedł do każdej aktorki i każdą pocałował w rękę, a na końcu przeprosił wszystkich kolegów. Potem podszedł do mnie i najskromniej w świecie, cały skruszony powiedział: "Przepraszam, Kaziu, źle się zachowałem". "Tak mi się zdawało, Tadeusz. Mam do ciebie pytanie - ciągnąłem dalej i widziałem, jak cierpnie mu skóra. "Podobno uczysz w szkole. Wiesz, czego ty uczysz? Paraliżu postępowego! ". Na te słowa Łomnicki czmychnął za drzwi. Widziałem, jak stamtąd macha do mnie ręką. Podszedłem, a on do mnie: "Błagam cię, Kaziu, możesz mi wszystko powiedzieć, ale nie przy ludziach! ". "Masz to u mnie. A teraz na scenę i próbujemy jeszcze raz to, co wczoraj. " Próbował genialnie, choć trzymałem go z 10 minut. Kiedy skończył, spojrzał na mnie. "Obiecująco" - powiedziałem. Była to moja zemsta za "Pokolenie". Dzięki niej zespół nabrał odwagi do "Łoma" i wszystko poszło jak z górki. Po kłopotach z cenzurą mogliśmy twórczo pracować. Zezwolono na kilka zamkniętych pokazów. Na jedno z przedstawień przyszła cała śmietanka SPATiF-u. Tadeusz zawsze grał na 100 procent, ale dopiero podczas tego wieczoru zobaczyłem, czym może być teatr z wielkim aktorem. Grał w natchnieniu, jakiego jeszcze nie widziałem, bo chciał zadowolić kolegów. Nigdy nie odchodził od wersji ustalonej z reżyserem, ale tego dnia w finale zaczął chrząkać jak knur i rozwijał to chrząkanie niczym muzyczny motyw aż po pointę. W zachwycie pobiegłem do garderoby Tadeusza i spytałem, jak na to wpadł. "Aaaa!, Kaziu, ja to znam z lektur. Było na widowni paru kolegów, którzy widzieli Jaracza, jak zagrał to przed wojną w ČUciekła mi przepióreczkaÇ, a ja chciałem im zrobić przyjemność". Niby był to żart, ale tak naprawdę pokazywał, że jest kontynuatorem tradycji Jaracza, a to chrząkanie - wyznaniem wiary w sens kontynuacji jego sztuki.

Ukochany świntuch

W czasach Teatru Na Woli widziałem też, jak Łomnicki buduje swój kolejny dom. Razem z Marią Bojarską stworzyli wspaniałą parę. Nie zapomnę nigdy, jak mnie z nią poznał. Byliśmy w jego malutkiej garderobie. Na ścianie wisiał wielki portret Swinarskiego, nagle weszła ona. Bardzo młoda, w okularach, w długiej sukni. Siedząc w kostiumie Giordana Bruna, Łomnicki powiedział: "Poznaj ją, to moja Marysia" i sięgnął po skraj sukni, całą ją odsłonił. Diabeł, zawsze z wszystkiego robił teatr. A jednocześnie sprawdzał ją, czy nadaje się, czy przyjmie go takim, jakim jest.

Dyrekcja Łomnickiego miała smutny finał. Płacił cenę za swoje polityczne uwikłanie. Pastwiono się nad nim. Każdy głupek wypominał mu pracę w KC PZPR. Nawet część jego zespołu w Teatrze Na Woli, ludzie, którym dał pracę, których "wymyślił". Cierpiał bardzo. A przecież role partyjnych działaczy w "Przypadku", "Człowieku z marmuru" świadczyły nie tylko o jego ekshibicjonizmie, ale i klasie, autoironii. Na pewno myślał też o nich w kategoriach zawodowych - wiedział, że to są ciekawe role do zagrania. Byliśmy w wielkiej przyjaźni, więc mogłem sobie pozwolić na przekomarzanki z Tadeuszem o jego partyjnej karierze. Kiedy miałem z nim trudności na planie, rzucałem: "Przypomnij sobie, jak byłeś w KC". Śmiał się, wściekał, raz to go bolało, raz śmieszyło, ale spinał się i grał.

Duch konkurencji

Artystyczna i ludzka męka Łomnickiego pod koniec życia brała się także stąd, że miał niewiarygodnie rozbudowaną świadomość aktorską, dlatego mierziły go podstawowe braki zawodowe partnerów. Pieklił się i cierpiał. Wolał grać sam wielkie, całospektaklowe role. A przecież uwielbiał występować z utalentowanymi kolegami. Miał się wtedy z kim mierzyć. Kiedy zobaczył Gajosa w roli von Horvatha w "Opowieściach Hollywoodu", chwycił za telefon i z zachwytem mi opowiadał: "Oglądałem. Nikt jeszcze czegoś takiego nie zrobił w telewizji. Gajos to genialny aktor". A kiedy już zadzwonił do mnie, starał się, jak to on, upiec drugą pieczeń. Dodał: "Wiesz, niektórym kolegom się zdaje, że potrafią grać intelektualistów" - to o Holoubku. Obaj konkurowali o pierwsze miejsce cały czas, obaj piekielnie inteligentni, tylko absolutnie różni... To, jak potrafi docenić kolegów, widziałem też na własne oczy pracując nad "Stalinen", ostatnim spektaklem telewizyjnym z jego udziałem. Wcześniej nigdy z Trelą się nie spotkali. Jurek w ostatniej chwili wziął zastępstwo za Janusza Gajosa, uczył się tekstu nocą, no i bał się Łomnickiego i odpowiedzialności. Z tego wszystkiego dostał skurczu mięśni dłoni. Starał się go ukryć, ale Tadeusz zauważył. Wiedział, że to skutek nadmiernego wysiłku i zatroszczył się o kolegę jak najlepsza pielęgniarka. Masował mu mięśnie i przynosił herbatę. Cieszył się też talentem Jurka. To był wspaniały mecz między teatralną Warszawą i teatralnym Krakowem. Kiedy po dwóch dniach Trela zaczął dobrze czuć się w roli Stalina, Tadeusz poprosił mnie na bok i wyszeptał: "Kaziu, ja się go boję. On ma ołowiane oczy. Jak Stalin" - wyszeptał.

Lindsay Anderson, jego przyjaciel, powiedział komuś, że Tadeusz był wielkością absolutną, ale pod koniec życia nieco przeintelektualizowaną, co zaczęło mu wadzić w aktorstwie. Mogło tak być. W czasie prac nad "Stalinem", jego wiedza o komunizmie, towarzyszach z Politbiura, o WKPb była tak kolosalna, że nie mógł jej przetrawić. Jak każdy wielki aktor potrzebował wskazówek reżysera bardziej niż debiutant. Jak anioł. Wtedy zapalały mu się oczy, a w chwilę potem grał jak w natchnieniu. Wszyscy wtedy na planie zastygali, oglądali jego grę w absolutnej ciszy. Widziałem, jak ścina się powietrze.

Kiedy kończyliśmy pracę nad "Stalinem", urządziliśmy skromny pożegnalny bankiet w telewizyjnej hali. Tadeusz pojawił się z garderoby, z walizeczką w dłoni. Spieszył się do Poznania na próby "Króla Leara". Podziękował nam, nie łyknął nawet szampana, nie przegryzł nawet paluszka. Pożegnał się i poszedł. Widzę go jeszcze, jak drepcze przez halę z walizeczką, w płaszczyku, z przekrzywioną na prawo głową. Aż wszedł w światło drzwi i zniknął.

Notował Jacek Cieślak



#### SUMMARIES ####
#### SUMMARY START ####
Łomnicki miał skomplikowaną osobowość, którą nadrabiał marne warunki aktorskie. Miał kompleksy na punkcie swojej niskiej rozpoznawalności. Był bardzo pracowity. Łatwo się złościł i nie stronił od prowokacji. Spotkaliśmy się po latach, kiedy zaprosił mnie do reżyserowania niecenzuralnego spektaklu w Teatrze Na Woli. Młodzi aktorzy byli zestresowani, onieśmielał ich autorytet Łomnickiego. Żeby rozładować atmosferę, poniżyłem go przy nich, kiedy akurat nie przygotował się do próby. Następnego dnia wszystkich teatralnie przepraszał. Oskarżyłem go o uczenie w szkole paraliżu postępowego. Poprosił mnie na stronę i powiedział, że mogę mu wszystko powiedzieć, ale nie przy ludziach. Po tym incydencie atmosfera w zespole znacznie się poprawiła. Młodzi nie byli już sparaliżowani współpracą z wybitnym kolegą. Łomnicki grał fenomenalnie, starając się wszystkich zadowolić. Chcąc zrobić przyjemność widowni pamiętającej przedwojenną grę Jaracza, genialnie naśladował jego chrząkanie. Budował w tamtym okresie swój kolejny dom, tworząc wspaniałą parę z Marią Bojarską. Dyrekcja Łomnickiego w Teatrze Na Woli miała smutny finał. Ludzie wypominali mu pracę w KC PZPR. Nawet ci, którzy zawdzięczali mu karierę. Bardzo cierpiał z tego powodu. Pod koniec życia Łomnicki, posiadający niewiarygodnie rozbudowaną świadomość aktorską, cierpiał też z powodu podstawowych braków zawodowych partnerów. Wolał sam grać wielkie, całospektaklowe role, choć uwielbiał występować z utalentowanymi kolegami. Cenił Gajosa. Docenił też Trelę, którym w trudnej sytuacji podczas prac nad spektaklem telewizyjnym "Stalin" wspaniale się zaopiekował. Krytykował za to Holoubka, z którym nieustannie konkurował. Lindsay Anderson, przyjaciel Łomnickiego, powiedział komuś, że choć Łomnicki był wielkością absolutną, to pod koniec życia w aktorstwie nieco wadziło mu przeintelektualizowanie. Nie potrafił przetrawić ogromu wiedzy, którą posiadał. Potrzebował pomocy reżysera bardziej niż debiutant, jak każdy wielki aktor. Po zakończeniu pracy nad "Stalinem" szybko opuścił bankiet. Spieszył się do Poznania na kolejne próby.
#### SUMMARY END ####
#### SUMMARY START ####
Łomnicki miał skomplikowaną osobowość, którą nadrabiał marne warunki aktorskie. Miał kompleksy, ale był bardzo pracowity. Łatwo się złościł. Lubił prowokować. Spotkaliśmy się po latach, kiedy zaprosił mnie do reżyserowania niecenzuralnego spektaklu w Teatrze Na Woli. Żeby rozładować atmosferę, musiałem go wtedy poniżyć przed młodszymi kolegami, których tremował jego autorytet. Udało mi się i zespół grał potem znakomicie. Łomnicki budował w tamtym okresie swój kolejny dom, tworząc wspaniałą  parę z Marią Bojarską. Pod koniec piastowania stanowiska dyrektora w Teatrze Na Woli bardzo cierpiał, ponieważ ludzie wypominali mu pracę w KC PZPR. Łomnicki potrafił docenić wielkość swoich kolegów po fachu, m. in. Gajosa i Treli, z którym wystąpił w swoim ostatnim spektaklu telewizyjnym "Stalin". Pod koniec życia nie potrafił przetrawić ogromu wiedzy, którą posiadał. Jego gra była przeintelektualizowana. Potrzebował pomocy reżysera bardziej niż debiutant, jak każdy wielki aktor. 
#### SUMMARY END ####
#### SUMMARY START ####
Łomnicki miał skomplikowaną osobowość, którą nadrabiał marne warunki aktorskie. Spotkaliśmy się po latach, kiedy zaprosił mnie do reżyserowania niecenzuralnego spektaklu w Teatrze Na Woli. Żeby rozładować atmosferę, musiałem go wtedy poniżyć przed młodszymi kolegami, których tremował jego autorytet. Pod koniec pracy w Teatrze Na Woli bardzo cierpiał, ponieważ ludzie wypominali mu pracę w KC PZPR. Łomnicki potrafił docenić wielkość swoich kolegów. Pod koniec życia jego gra była nieco przeintelektualizowana.
#### SUMMARY END ####
