Kinematografia Sukces "Ogniem i mieczem" oraz "Pana Tadeusza" zachęcił innych

Nadprodukcja superprodukcji

"Przedwiośnie" i "W pustyni i w puszczy" zabierają sobie widzów

FOT. BARTŁOMIEJ ZBOROWSKI

BARBARA HOLLENDER

W tym roku na ekrany wchodzi 5 polskich superprodukcji, filmowcy przygotowują następne projekty o budżetach powyżej 5 mln dolarów. Ale czy polski przemysł filmowy nie popełnia grzechu przeinwestowania? Już dzisiaj "Przedwiośnie" i "W pustyni i w puszczy" zabierają sobie widzów. 

Oparte na dziełach literackiej klasyki superprodukcje powstawały w Polsce w latach 60. i 70. Oglądało je po 6-12 mln widzów, a najbardziej popularne tytuły - jeszcze więcej. Absolutnego rekordzistę -"Krzyżaków" Aleksandra Forda obejrzało przez lata 31 mln osób, "Potop" Jerzego Hoffmana - blisko 14 mln. Ich koszty produkcji zwróciły się wielokrotnie. 

Dzisiaj filmowcy idą śladem tamtych projektów, czasem nawet sięgają po te same powieści, jak "W pustyni i w puszczy" czy "Krzyżacy". Zmienił się jednak rynek filmowy, który jest znacznie płytszy niż przed laty. Widzowie mają szerszą ofertę kulturalną i ogromną podaż produktów konsumpcyjnych, współzawodniczących z zakupem kinowych biletów. 

Kto finansuje superprodukcje

Zmieniły się też warunki produkcji w kinematografii. W latach 60. i 70. filmy były w całości finansowane przez państwo. Dzisiaj pieniądze Komitetu Kinematografii stanowią zaledwie ok. 5-7 proc. budżetów superprodukcji. W przypadku "W pustyni i w puszczy" producenci w ogóle zrezygnowali z funduszy państwowych.

Inwestorami są stacje telewizyjne: publiczna TVP, prywatny Canal+. Czasem włączają się: Polsat, Wizja TV czy HBO. Zazwyczaj telewizje finansują powstający jednocześnie serial, zapewniając sobie tym samym prawo do jego emisji, a czasem i sprzedaży praw telewizyjnych. Jednak Komitet Kinematografii i telewizje, które są w stanie złożyć się na budżet przeciętnego filmu (ok. 3 mln zł), nie mogą zapiąć budżetu superprodukcji w wysokości od kilku do kilkunastu milionów dolarów.

Na Zachodzie producenci szukają inwestorów prywatnych. W Polsce ciągle takowych nie ma. Raz jeden zdarzyło się, że pieniądze zainwestował w "Psy" Pasikowskiego - Wojciech Fibak. Przy "Quo vadis" producent Mirosław Słowiński umówił się na współfinansowanie filmu z jednym ze znanych biznesmenów, jednak po pół roku przedsiębiorca wycofał się bez słowa wyjaśnienia. Najczęściej więc polscy producenci występują o kredyty w bankach. To zjawisko całkiem nowe.

Drogę przetarło "Ogniem i mieczem". Wtedy, gdy nikt nie wierzył, że filmowa produkcja za kilka milionów dolarów może się zwrócić - Jerzy Hoffman i Jerzy Michaluk negocjowali z bankami przez wiele miesięcy, robiąc badania rynku i biznesplany. Kilku dyrektorów banków odmówiło pożyczki. Wreszcie prezes Stanisław Pacuk z Kredyt Banku zdecydował, by produkcji "Ogniem i mieczem" udzielić kredytu w wysokości 13 mln zł, a potem jeszcze, w czasie realizacji, dodał 5 mln zł. Pod warunkiem jednak, że z wpływów z biletów najpierw miał zostać spłacony kredyt, a dopiero potem mogli  dzielić się zyskami poszczególni producenci. Rezultaty przeszły wszelkie oczekiwania - kredyt razem z odsetkami spłacono w dwa tygodnie po premierze. 

Sukces "Ogniem i mieczem", a potem jeszcze "Pana Tadeusza", zachęcił innych. Jedynym producentem, który dotąd nie korzystał z kredytów, jest Lew Rywin z "Heritage Films". Współinwestorów dla "Pana Tadeusza" i "Pianisty" Romana Polańskiego znalazł na Zachodzie, o bankową pożyczkę dla "Wiedźmina" wystąpił, ale gdy dostał odmowę, musiał radzić sobie inaczej.  

Inni oparli budżety na kredytach. "Quo vadis" i "Przedwiośnie" - z Kredyt Banku, "W pustyni i w puszczy" - z Amerbanku, a "Chopin. Pragnienie miłości" - z PKO BP.

Pod zastaw własnych domów

Na świecie producenci korzystają z różnych - krótko- i długoterminowych - bankowych pożyczek. Biorą je zwykle pod zastaw podpisanych wcześniej kontraktów i sprzedaży filmu w przedprodukcji, a więc na etapie scenariusza i skompletowanej obsady. W Polsce taka praktyka nie istnieje. W chwili występowania o kredyty filmy nie są jeszcze sprzedane. W tej sytuacji zdarza się, że producenci i reżyserzy gwarantują spłatę własnym majątkiem. Tak uczynili Jerzy Hoffman i Jerzy Michaluk przy "Ogniem i mieczem" oraz Filip Bajon i Dariusz Jabłoński przy "Przedwiośniu". Włodzimierz Otulak, producent "W pustyni i w puszczy", wziął kredyt w Amerbanku, z którym jego firma dystrybucyjna "Vision" współpracuje od lat. Dostał pieniądze pod zastaw nieruchomości firmy. 

Najczęściej kooperuje z filmowcami Kredyt Bank. Przygotowując "Quo vadis" Mirosław Słowiński negocjował z kilkoma bankami. Dzisiaj uważa, że Kredyt Bank jest najlepiej przygotowany do tego, by podjąć taką współpracę. Ma doświadczenie i ludzi, którzy rozumieją specyfikę kina. Podobnie twierdzi Dariusz Jabłoński ("Przedwiośne"), dodając, że uzyskanie kredytu wymaga od producenta wielu działań i nakładów finansowych. Przygotowanie materiałów dla banku - badań i biznesplanów pochłonęło 5 miesięcy i pierwsze 100 tys. zł. 

Ale rola banku w produkcji filmowej zaczyna się zmieniać. Prezes Pacuk z Kredyt Banku przyznaje, że znakomite wyniki finansowe "Ogniem i mieczem" oraz "Pana Tadeusza" zachęciły go do zaryzykowania i wejścia w produkcję "Quo vadis" również w charakterze inwestora-współproducenta. Chętnie też sponsoruje promocję i dystrybucję filmów. Tak było przy "Panu Tadeuszu", "Przedwiośniu", "W pustyni i w puszczy", tak będzie przy "Quo vadis". Reklama, jaką instytucja finansowa w ten sposób zyskuje, jest niewspółmiernie duża w stosunku do jej rzeczywistych kosztów, czyli pieniędzy, które trzeba wyłożyć na taką liczbę ogłoszeń telewizyjnych, prasowych czy zwiastunów kinowych. Według badań Kredyt Banku dzięki sponsorowaniu "Ogniem i mieczem" oraz "Pana Tadeusza" znajomość banku w społeczeństwie wzrosła o ponad 10 proc. Nie bez znaczenia jest fakt, że wizerunek firmy jest kojarzony z mecenatem kultury. Jak wykazują badania, aż 85 proc. Polaków takiej właśnie działalności od banków oczekuje. Przy poprzednich filmach Kredyt Bank budował swój wizerunek, teraz - przy "Przedwiośniu" i "W pustyni i w puszczy" - reklamuje swoje produkty, takie jak np. Ekstrakonto.

Interes ponad wszystko

Kredyty bankowe są jednak bardzo drogie. Poza zwyczajowymi odsetkami kredytodawcy żądają całej gamy ubezpieczeń - zarówno filmu, realizatorów, jak i samego kredytu. Środowisko filmowe nie ma też złudzeń - jeśli którakolwiek z megaprodukcji poniesie finansową klęskę - uzyskanie kredytu przestanie być takie proste. 

Dlatego trzeba szybko odpowiedzieć na pytanie, czy superprodukcje są jedynym sposobem ożywienia polskiego kina? I czy nie okaże się, że pięć rodzimych obrazów o budżetach 4,5-17 mln dolarów ("Przedwiośnie", "W pustyni i w puszczy", "Wiedźmin", "Quo vadis", "Chopin. Pragnienie miłości") w ciągu dziesięciu miesięcy to zbyt dużo w kraju, gdzie obywatel chodzi do kina przeciętnie raz na dwa lata? W 1999 roku takiego tłoku na ekranach jeszcze nie było - "Pan Tadeusz" wszedł do kin osiem miesięcy po "Ogniem i mieczem". Dzisiaj "Przedwiośnie" - mówiąc językiem dystrybutorów - nie zostało zgrane, bo ustąpiło miejsca "W pustyni i w puszczy". "Wiedźmin" trafi do rozpowszechniania w lecie, "Quo vadis" - we wrześniu, "Chopin. Pragnienie miłości" - w styczniu 2002 r.

A przecież polscy producenci już pracują nad następnymi, bardzo kosztownymi projektami. Część z nich to koprodukcje, jak "Pianista" Romana Polańskiego czy dwa projekty Agnieszki Holland: "Julia wraca do domu" i "Hanneman". Ale są i filmy czysto polskie. Poza "Krzyżakami" przygotowywane są m.in. "Król Maciuś I", "Kajko i Kokosz". Które z tych tytułów nie wytrzymają konkurencji? 

Warto też zastanowić się, czy wielkie produkcje nie zniszczą  skromniejszych filmów artystycznych. Jabłoński 5 mln dolarów na "Przedwiośnie" zbierał niecały rok. Zdobycie 600 tys. zł na bardzo udany, jak się potem okazało, debiut Łukasza Barczyka "Patrzę na ciebie, Marysiu" zajęło temu samemu producentowi ponad 3 lata. Podobnie jak zapięcie budżetu "Małżowiny" czy "Sezonu na leszcza". Takie skromniejsze filmy z ogromnym trudem konkurują z szeroko reklamowanymi gigantami. Są ostatnie w kolejce po pieniądze i coraz trudniej im się przedrzeć do widzów. A przecież to właśnie one opisują świat i kształtują naszą wrażliwość. -


#### SUMMARIES ####
#### SUMMARY START ####
Niedługo na ekrany wchodzi pięć polskich superprodukcji. W latach 60. i 70. ekranizacje literackiej klasyki, "Krzyżaków" czy "Potop", oglądały miliony widzów. Dziś rynek filmowy jest inny, widzowie mogą wybierać z szerokiej oferty kulturalnej. Inne są też warunki produkcji: dawniej filmy były finansowane przez państwo, dziś producentami filmów są przeważnie stacje telewizyjne, publiczne i prywatne. W Polsce wciąż brakuje inwestorów prywatnych, producenci, którzy nie są w stanie zapiąć budżetu superprodukcji, biorą kredyty. Producentom "Ogniem i mieczem" kilka banków nie chciało udzielić pożyczki. Ostatecznie kredyt zaciągnięty w Kredyt Banku został zwrócony w dwa tygodnie po premierze filmu. To zachęciło innych producentów. Jak dotąd tylko Lew Rywin radzi sobie bez bankowej pożyczki. 
Ponieważ w Polsce nie można wziąć kredytu np. pod zastaw sprzedaży filmu w przedprodukcji, zdarza się, że producenci i reżyserzy, np. Jerzy Hoffman i Filip Bajon, gwarantują spłatę kredytu własnym majątkiem. Przygotowanie dokumentów dla banku jest kosztowne i czasochłonne. Z filmowcami najchętniej współpracuje Kredyt Bank, który ma doświadczenie i ludzi rozumiejących specyfikę kina. Dla banku korzyści wynikające z inwestowania w superprodukcje (zwłaszcza uznanie społeczne) są znacznie większe niż rzeczywiste koszty promocji.
Kredyty są drogie, wymagają dodatkowych ubezpieczeń. Filmowcy zdają sobie sprawę, że klęska którejś superprodukcji może oznaczać koniec bankowych pożyczek. Czy tak kosztowne ekranizacje są polskiemu kinu potrzebne? Czy nie zaszkodzą skromniejszym filmom? Superprodukcje wchodzą na ekrany jedna po drugiej, planowane są kolejne, a według statystyk przeciętny Polak chodzi do kina raz na dwa lata. 
#### SUMMARY END ####
#### SUMMARY START ####
W tym roku na ekrany kin wchodzi pięć polskich superprodukcji. W latach 60. i 70. ekranizacje literackiej klasyki oglądały miliony widzów. Dziś rynek filmowy i warunki produkcji są inne; filmów nie finansuje już państwo, inwestorami są najczęściej stacje telewizyjne oraz banki. Pierwsza bankowa pożyczka w Polsce, zaciągnięta w Kredyt Banku przez producentów "Ogniem i mieczem", została zwrócona w dwa tygodnie po premierze filmu. Zdarza się, że producenci i reżyserzy gwarantują spłatę kredytu własnym majątkiem. Z filmowcami najchętniej współpracuje Kredyt Bank, który ma w tej dziedzinie doświadczenie. Korzyści wynikające z inwestowania w superprodukcje są dla banku ogromne. Warto się zastanowić, czy tak kosztowne ekranizacje, które wchodzą do kin jedna po drugiej, są polskiemu kinu potrzebne. 
#### SUMMARY END ####
#### SUMMARY START ####
W tym roku na ekrany kin wchodzi pięć ekranizacji literackiej klasyki. Współcześnie, inaczej niż w latach 60. i 70., inwestorami są najczęściej stacje telewizyjne oraz banki. Zdarza się, że producenci i reżyserzy gwarantują spłatę kredytu własnym majątkiem. Z filmowcami najchętniej współpracuje Kredyt Bank. Finansowanie superprodukcji jest dla banku bardzo korzystne, ale czy superprodukcje są potrzebne polskiemu kinu?
#### SUMMARY END ####
